Przypływy i Odpływy 2

„Jedyną rzeczą, której musimy się lękać, jest sam strach”. – Napoleon Hill

Rozdział 1

Gdy się boisz

Strach. Pierwsze wspomnienie o nim mam z mieszkania na Królewskiej. Dopadał mnie tam zawsze, gdy w nocy zamykali drzwi do mojego pokoju.

Bałam się ciemności jak cholera, strach przed nią sprawiał, że czasem nie zasypiałam, dopóki za oknem nie zaczynało świtać. Błagałam matkę, żeby pozwoliła mi zostawiać uchylone drzwi, ale jej zasady nie podlegały negocjacjom, niezależnie od ich sensu czy jego braku. Przez krótki czas miałam na szafce lampę z wiklinowym abażurem, którą sobie włączałam, jednak matka zarekwirowała ją od razu, gdy zostałam na tym przyłapana. A szkoda, bo musiała być dla mnie ważna. Miałam wtedy tylko trzy lata, a do dziś pamiętam jej włącznik, biały kabel i poczucie bezpieczeństwa, które mi dawała, zresztą jako jedna z nielicznych rzeczy w całym moim życiu.

Dziecięcy strach zwykle nie ma żadnego sensu, ale wcale nie czyni go to mniej prawdziwym – w przeciwieństwie do monstrów i duchów, które go powodowały, towarzyszący mi każdej nocy lęk był paraliżująco realny. Wierzyłam, że pod łóżkiem czai się potwór, który chwyci mnie za stopę swoją szponiastą łapą, gdy tylko wysunę ją spod pościeli. Zakutana w kokon z kołdry nasłuchiwałam też tego, który zadomowił się w szafie, i czekał tylko na moment, gdy zasnę, by wyjść i wydłubać mi oczy. Byłam również przekonana, że po moim pokoju kręciły się różne duchy o niesprecyzowanych intencjach.

Dziś już wiem, że te stwory żyły jedynie w mojej wyobraźni, ale dalej instynktownie wolę mieć stopy przykryte, a nogi podkurczone.

Nigdy nie zrozumiem, dlaczego matka nie pozwalała mi włączyć tej nieszczęsnej lampki, albo zostawić niedomknięte drzwi. Może w swej pozornej racjonalności stała się irracjonalna i zapomniała o tym, że człowieka nie wypycha się na siłę na spotkanie z lękami; że każdy rozprawia się z nimi sam: na własnych zasadach i we własnym czasie. Gotowość i świadomość w mierzeniu się ze strachem są jedynym sposobem, by przekuć go w prawdziwą odwagę.

Całkiem niedawno przymierzałam się, by skoczyć do wody z klifów na Rodos. Jednak gdy stanęłam na krawędzi, aż zamarłam. Powtórzyłam sobie wtedy kilka razy w duchu: nie wahaj się, weź rozbieg, wyskocz, a później tylko celuj nogami w taflę. No, Karolina, dawaj! I hop, poszło! Odhaczone. I każdy kolejny raz był tylko łatwiejszy.

Takie namacalne strachy to nawet lubię, bo widzę, z czym się mierzę. Problem jest tylko taki, że to nie ma końca; zawsze znajdzie się kolejny, wyższy klif, kolejne, cięższe wyzwanie. Strachu, w przeciwieństwie do głodu, nie da się zabić. Strach to jakieś cholerne perpetuum mobile, co się samo nakręca. Człowiek myśli, że go pokonał, ale zaraz się dowiaduje, że to zaledwie chwilowe zwycięstwo, które tylko otwiera drogę do doświadczania kolejnych jego poziomów.

I powiedzcie mi, czy nie jest to niesprawiedliwe, że odwaga cieszy się glorią, a na strach wszyscy plują? Kiedy przecież strach bez odwagi świetnie sobie radzi, a ona bez niego nigdy by nie zaistniała. I nie jestem tu bez winy, bo sama przez większość mojego życia nie chciałam mieć z nim nic wspólnego, ale ostatnio ta mała dziewczynka we mnie dojrzała, nie ucieka z ciemności do światła. Przyszedł na nią czas i jest gotowa żeby rozbłysnąć w mroku brawurą, wziąć ten niesławny strach za rękę i spróbować się z nim zaprzyjaźnić.

I można o strachu powiedzieć wiele, ale nic nie osadza w tu i teraz lepiej od niego. Kiedy się boisz, przynajmniej wiesz, że żyjesz. Energia tak szybko płynie przez ciało, że wylewa się na wierzch jako pot. Twoje serce – serce, które ją pompuje – huczy w piersi jak stary wiatrak w burzliwą noc. Na nic więcej nie ma miejsca. Zapominasz o zmęczeniu, zimnie i głodzie. Zapominasz o poobijanym kolanie i o bolącym zębie. Zapominasz o przeszłości i o tym, że istnieje coś takiego jak przyszłość.

Jego rozluźnione ciało tonęło w materacu. Leżał w kompletnym bezruchu, tylko pościel unosiła się nad nim w rytm miarowego oddechu. Wiedziałam, że śpi głęboko, dlatego bez skrępowania się w niego wgapiałam. Piękny to był seans, ale do pełni szczęścia brakowało mi kubka kawy, wyślizgnęłam się więc z łóżka i poszłam do kuchni. Zaparzyłam zieloną Jacobs – moją ulubioną taniochę – i dolałam sojowego świństewka. Wyszło pyszne. Walcząc, by nie naruszyć wypukłego menisku, powoli doszłam do łóżka i bezszelestnie wsunęłam się z powrotem. W mieszkaniu było dość chłodno, więc z rozkoszą zanurzyłam się w ukrytym pod kołdrą ciepełku. Wokół roznosiła się woń mieszanki Versace Eros męskiego z damskim, naszego snu i świeżej kawy, a za oknem był zimny, Nowy Rok, który pachniał smogiem dokładnie tak samo jak ubiegły.

Cholera, to wszystko się jednak wydarzyło, jak to w ogóle możliwe? – myślałam w duchu. Patrzyłam na jego perfekcyjnie nieperfekcyjną twarz, mając pierwszy raz w życiu przed oczami obrazek, w którym nic bym nie zmieniła – nie lada rewelacja dla kogoś, kto i zawodowo, i z zamiłowania zajmuje się szukaniem niedoskonałości.

Mam to, o czym marzyłam. Doszłam. Jestem. Leży tu teraz obok, cały dla mnie; mogłabym czochrać jego włosy, całować usta, położyć skroń na klatce piersiowej i kochać się z nim, ile dusza zapragnie. Tak bardzo go chciałam. I to tak naprawdę chciałam – wiem, bo przecież próbowałam sobie udowodnić, że może być inaczej, że są inne drogi prowadzące do szczęścia. Nawet Borys, egzemplarz prima sort, nie był w stanie wybić mi go z głowy. Szukałam dróg naokoło, tylko po to, żeby przekonać się, że wszystkie w końcu doprowadzą mnie do niego. I doszłam. I jestem. Mój ci on. To dlaczego nie czuję, że wygrałam, że wzrosłam? Czemu mam wrażenie, że coś mnie osłabia?

Kiedyś słyszałam, że kobieta zakochuje się w mężczyźnie po czwartym seksie – bzdura. W Borysie nie zakochałam się i po czterdziestym, a z Maxem wystarczył raz i wsiąkłam. Nie ukrywam, byłam tym stanem poważnie przerażona. Dotąd miałam nad wszystkim kontrolę, a po wczorajszej nocy jakby ktoś odebrał mi stery. Karolina wszechmogąca i wszechogarniająca była mi najbliższą osobą na świecie, a teraz czułam, że gdzieś ją tracę.

Czy zawsze tak jest, że nie może być po prostu dobrze? Czy zawsze łeb musi skomplikować mi życie? Był głód, dlaczego nie mogłam po prostu go zabić i żyć długo i szczęśliwie? Dlaczego natychmiast coś się musi skomplikować? Jakbym nie miała wystarczająco problemów na tapecie… Czy to jest wpisane w mój kod i po prostu tak ma być? Czy zawsze coś musi mnie kłuć i dręczyć? Stan fizyczny nie godził się ze stanem duchowym. Nie umiałam się zwyczajnie zrelaksować i chłonąć miłej chwili, coś blokowało mi tryby odpowiedzialne za luz. Myśli nie mają swobodnego przepływu, szczęka zaciska się mocniej niż powinna, a każde zdanie zaczyna się od „ale”, mimo że wszyscy wiemy, że nie powinno. Znam to wszystko doskonale – to strach. I nawet nie muszę się zastanawiać dlaczego go czuję, ja doskonale wiem, znam siebie nie od dziś. Boję się, że tak zwyczajnie złamie mi serce, że mnie odrzuci, że teraz – skoro już złapał – zechce zabawić się w berka z kimś innym. Boję się, że zatracę się w nim i stracę tę siebie, o którą tyle lat walczyłam… już widzę, że słabnę. Boję się, że silna Karolina usiądzie na widowni, a na scenę wejdzie ta, której nie lubiłam, której od dekady próbuję się pozbyć – słaba, niepewna i zawstydzona. Ta, która myśli, że nic nie jest warta. Chciałam miłości, ale nie tak ją sobie wyobrażałam; ta moja miała uskrzydlać i wzmacniać, a nie zabierać grunt pod nogami.

– Dzień dobry. – Otworzył oko i spojrzał na mnie radośnie. – Od dawna nie śpisz?

– Od niecałej godziny. – Uśmiechnęłam się nieśmiało i wzięłam łyka kawy, żeby schować twarz w kubku.

– Hej, wszystko w porządku? Jakaś nieswoja jesteś.

– Prawda? Też to czuję, nie wiem, co ze mną nie tak…

– Chodź do mnie, przytul się – odparł i odchylił zachęcająco pościel.

– Miło tu u ciebie – wtuliłam głowę w jego klatkę, zaciągając się jego zapachem. – Wspaniale leżą na tobie te perfumy, to był dobry wybór.

– Jeszcze nimi pachnę?

– Ledwo, ale tak.

– Wiesz, że nigdy wcześniej nie miałem perfum?

– Nie żartuj.

– Nie żartuję, nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, żeby się czymkolwiek psikać.

– U rodziców mam karton z jeszcze kilkoma innymi męskimi zapachami, powinieneś go przejrzeć, może coś ci się spodoba.

– Chyba nie. Sam nie jestem pewien, czy w ogóle lubię czymś pachnieć – przeciągnął się jak zwierzę. – A właśnie. Rozmawiałaś już dziś z tatą, są jakieś wieści ze szpitala? – spytał i wyjął mi z ręki kubek, upił kawy i zmienił minę na szczenięcą. – Pyszna, zrobisz mi też taką?

– Zrobię – przytaknęłam i zaczęłam wychodzić z łóżka.

– Nie, jeszcze nie teraz, za chwilę. – Max przyciągnął mnie mocno z powrotem. – To co, rozmawiałaś z tatą?

– Tak, zadzwoniłam do niego na chwilę. Matka dalej leży w śpiączce, bez zmian. Będę musiała go dziś odwiedzić.

– Może pójdziemy razem? Chyba że masz ochotę pobyć z nim sama.

– Nie, zupełnie nie mam ochoty. Wolę, kiedy jesteś tam ze mną, atmosfera jest wtedy mniej grobowa.

– No to super. Może zamówimy pizzę?

– Teraz?

– Nie, u twojego taty. Zjedzmy z nim. Szkoda mi go… ledwo to wszystko znosi.

– Pizza to dobry pomysł – odparłam i wsunęłam stopy między jego uda, żeby je ogrzać. – Wiesz, tak sobie pomyślałam, że nie chciałabym, żebyś czuł się w jakikolwiek sposób zobowiązany. Dziwnie wyszło. Miałeś przyjechać do Warszawy na miły weekend, a tu nagle zdarzył mi się rodzinny dramat, którego nieplanowanie stałeś się częścią. Chcę, żebyś wiedział, że nie jesteś w żaden sposób zobligowany do tego, żeby tu siedzieć i opiekować się mną czy moją rodziną.

– Zobligowany? Wydaje mi się to zupełnie naturalne… ale poczekaj, w sumie nawet nie pomyślałem, że może tobie to nie odpowiada i wolałabyś żebym się tu nie kręcił… przecież wiesz, że możesz powiedzieć mi szczerze.

– Nie. Cieszę się, że tu jesteś.

– No to o co chodzi? Bo naprawdę nie rozumiem.

– Chodzi mi o to, że nie chcę, żebyś poczuł, że ledwo się ze mną związałeś i już spada na ciebie jakieś brzemię i odpowiedzialność.

– Karolcia, ale o czym ty mówisz? – uniósł się i przesunął tak, żeby widzieć moją twarz. – Ty myślisz, że co ja jestem?

– Myślę, że jesteś tu niedługo i to nie fair, że zamiast tęczy i motyli zaserwowano ci moją matkę z udarem i roztrzęsionego ojca. To nie twoje problemy i nie chcę, żebyś brał je na swoje na barki.

– Problemy mojej dziewczyny są moimi. Dzielimy łóżko, dzielimy kawę. – Znów zabrał mi kubek. – Nie widzę powodu, dla którego mamy nie dzielić też problemów. Przecież na moim miejscu zrobiłabyś to samo, prawda?

– No prawda.

– Ja nie przyszedłem tu po tęczę i motyle. I zaczyna denerwować mnie, że masz mnie za jakiegoś gówniarza czy podlotka, który nie potrafi odnaleźć się w relacji. Zaczynam zastanawiać się, czy ty w ogóle w nią wierzysz. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że nie. – Max zmarszczył brwi. – Wiesz, jeśli ma nam wyjść, jeśli to, co tworzymy, ma działać, to musisz zacząć traktować mnie jak równorzędnego partnera, a nie nieudolnego chłopca, który nie ogarnia, co i jak.

– Nie traktuję cię tak – podniosłam ton.

– Wydaje mi się, że jednak trochę tak. I nie podnoś na mnie głosu – odpadł i odsunął się ode mnie. – Borysowi też byś tak powiedziała? Wątpię. Myślę, że podchodzisz do mnie jak do dziecka, bo urodziłem się dziesięć lat po tobie. Wydaje ci się, że gówno wiem i raczkuję przez życie? Bo tak to odbieram. Może zastanów się, czy nie wolałabyś kogoś innego na moim miejscu.

– A ta wypowiedź, jak rozumiem, ma dowodzić twojej dojrzałości? – Podniosłam się szybko i wyszłam z łóżka. – Nie odpowiadaj. To wszystko dość raniące i nie chcę słyszeć ani słowa więcej, nie podoba mi się, w którą stronę poszła ta rozmowa i nie chcę na nią tracić ani sekundy więcej. Idę się umyć. Wypij do końca. – Wskazałam wzrokiem kubek kawy, który cały czas trzymał w ręce.

Poszłam do łazienki. Ręce mi się trzęsły, a serce waliło jak porządny subwoofer. Patrzyłam w lustro i próbowałam znaleźć jakiś sposób, żeby uspokoić samą siebie; robiłam ćwiczenia oddechowe, ale one tylko potęgowały zirytowanie, bo przez to wszystko nie mogłam porządnie wciągnąć powietrza. Odkręciłam kran z zimną wodą i zaczęłam chlapać nią twarz, co skutecznie mnie usadziło. Przypomniałam sobie wtedy, że z Mariką, jako nastolatki, wchodziłyśmy do wanny z zimną wodą, żeby opanować ataki histerii. Pomysłodawczynią tej metody była jej ciotka ze wsi pod Mrągowem, która zawsze wrzucała swoje dzieci do balii z chłodną wodą, gdy dostawały spazmów od płaczu i – według zeznań Mariki – to zawsze działało. Nas nie miał kto wrzucić do takiej balii, bo rodziców jakoś nigdy nie było, więc robiłyśmy to same. Możecie się domyślić, że w chwili rozstroju emocjonalnego trudno jest odnaleźć resztki rozumu i zafundować sobie to samoootrzeźwienie, ale musicie mi uwierzyć, że po kilku razach człowiek nabiera wprawy. Od dawna tego nie robiłam, ale czułam, że to jak z jazdą na rowerze. Nie zastanawiając się długo, zrzuciłam z siebie piżamę i weszłam pod prysznic. Zawirowałam do oporu niebieskim kurkiem i zaciskając zęby i pięści, ze zmarszczonym czołem, czekałam, aż ściana lodowatego strumienia obleje mój gorący łeb. Chlusnęło pod ciśnieniem. Ścisnęło mi płuca i usztywniło ciało. Walczyłam o przetrwanie, patologicznie znajdując w tej torturze ukojenie. W stołecznych rurach, zimą, woda jest niemal arktyczna i choć słabo radzi sobie z tłuszczem na patelni, to w kwestii furii, podniet i lęków jest bezlitosna – studzi w sekundę.

Stałam twardo, przyjmując bolesny strumień. Po dłuższej chwili oddech się unormował. Skórę ledwo czułam i zrobiła się całkiem czerwona, ale to nie miało znaczenia, bo osiągnęłam najważniejsze: schłodziłam wrzące emocje. Warto było się przemóc i – na przekór strachowi – wleźć pod ten strumień; wziąć się w garść i po prostu to zrobić. Odnalazłam się w dyskomforcie i już nie był mi straszny, znów miałam kontrolę: nad łbem, nad strachem, nad sobą.

Wszechświat chyba postanowił mnie jakoś uhonorować, bo po chwili usłyszałam pukanie do drzwi łazienki.

Otworzyłam. Spojrzał na mnie bez słowa i mocno przytulił.

– Wiem, dlaczego tak powiedziałem – przyznał, nie odpuszczając uścisku. – Boję się, i to tak naprawdę, że ty nie traktujesz mnie poważnie.

– Skąd ci się to wzięło, oszalałeś?

– Bo dlaczego taka dziewczyna jak ty miałaby ze mną być?

– Ty naprawdę o to pytasz? Spójrz na siebie, czy można chcieć czegoś więcej?

– Można… – Wykrzywił wargi i opuścił wzrok. – Czemu jesteś taka lodowata?

– Właśnie stałam dwie minuty pod strumieniem zimnej wody. Gorąco polecam.

– Naprawdę? Co cię opętało?

– Taki stary, sprawdzony sposób. Co ciekawe, dalej działa! – zapiałam w entuzjazmie, trochę za wysoko. – Idź, spróbuj.

– A żebyś wiedziała, że spróbuję.

Wszedł do wanny i dzielnie wystał swoje. Słyszałam, jak dławił w sobie krzyk i łykał powietrze. Minę miał nietęgą, ale spod prysznica wyszedł zwycięzcą.

– Jak ci pasuje ta metoda?

– Cholera, to działa. Naprawdę.

– Może niech to będzie taka nasza tradycja, że zawsze, gdy zacznie nam się gotować pod kopułą, to damy zimnej wodzie zrobić robotę? – spytałam podniecona.

– To może być bardzo dobra tradycja… – przytaknął i strzepał z włosów wodę.

– To co? Umowa?

– Umowa, i nie wolno stawiać oporu.

– Absolutnie. Jak padnie hasło „prysznic”, to natychmiast trzeba iść, bez gadania.

– Trochę się czuję jak po jesiennej sesji windsurfingu w Bałtyku. – odparł, po czym zerwał ze mnie ręcznik, sam się nim owinął, a mnie zostawił nagą. – Boże, jaka ty jesteś piękna… ciągle nie wierzę, że to naprawdę się dzieję… – Wgapiał się jak w transie w moje pokryte gęsią skórką, zaczerwienione ciało. – Jesteś moja?

– Jestem – roześmiałam się. – Cała twoja. I ze wszystkiego co mam, to ciebie traktuję najpoważniej.

– Wczorajsza noc była najpiękniejszą w moim życiu, nigdy czegoś takiego nie przeżyłem, przysięgam.

– Cieszę się, że tak czujesz… – zrobiłam krok w jego stronę i pocałowałam wargi, po których dalej spływały krople.

Rzucił ręcznik i zajął się moimi sztywnymi od chłodu sutkami, a po chwili chwycił za dłoń i zaprowadził do łóżka.

Zaciągnięte zasłony tłumiły i tak marne, styczniowe światło, tworząc półmrok. Jest w ciemności coś takiego, że wszystko staje się w niej bardziej zmysłowe. Nie wiem jak Wy, ale ja na pewno – w kwestiach cielesnych rozkoszy – po ciemku pozwalam sobie na więcej. Może dlatego, że wyobraźnia ma szersze pole do popisu? A może pod kotarą z cienia czuję się mniej obnażona, mniej skrępowana? Zresztą jakie to ma znaczenie… Nasze zmarznięte ciała zadziwiająco szybko zajęły się ogniem, a my pozwoliliśmy im spłonąć, bo młodość podobno od tego właśnie jest.

Sukces pierwszego razu mógł być przypadkiem, ale drugi potwierdził, że wcale nim nie był. W feromonowej dyfuzji przeżywaliśmy wzlot życia, ćpając się nawzajem i ciesząc jak dzieci w cyrku, że nikt nie wyśle nas na detoks.

Potem leżeliśmy tylko, mając za akompaniament nasz nierówny oddech i szybkie uderzenia serca.

– Karolcia, boję się.

– Teraz? Oszalałeś? A czego ty się możesz bać? Przecież nie może być lepiej.

– Właśnie tego się boję. Że jest tak dobrze, że zaraz coś się spieprzy.

– A, o to ci chodzi… Wiesz… zaraz to nie, ale z czasem pewnie tak –westchnęłam ciężko. – Czytałam całkiem wiarygodny artykuł, z którego wynika, że po półtora roku mija zakochanie i zaczyna się udręka dnia codziennego.

– No wiadomo, ale nie to miałem na myśli… A ty? Czy ty boisz się właśnie tego?

– No pewnie, że się boję. Sam spójrz, jest nam jak w niebie, wyobrażasz sobie, że ktoś może to zabrać?

– Myślę, że to nie tak, że ktoś coś zabiera, to raczej jakaś ewolucja; powolna i naturalna przemiana, niekoniecznie na gorsze. I ja to nawet na to czekam… sam nie wiem, zobaczymy – odparł i pocałował mnie w skroń.

– Zobaczymy, to na pewno. Takie życie: nic nie trwa wiecznie. Trzeba cieszyć się z tego, co jest i póki jest… – powiedziałam zamyślona i przeklęłam ślinę. – A ty? Czego się w takim razie boisz, skoro nie końca zakochania?

– Że czekają nas trudne chwile.

– Te są pewne, jak wschody i zachody słońca… ale nie martw się. Jesteśmy tu, a nie w trudnych chwilach. Jak przyjdą, to się z nimi zmierzymy. A teraz się cieszmy tymi dobrymi.

– Święte słowa. Wiesz, ten strach to też wcale nie jest taki zły.

– Nie? A jaki?

– Jakiś odświeżający. To w sumie miło tak znaleźć w życiu kogoś, na kim zależy ci tak bardzo, że boisz się go stracić. – Max przytulił mnie mocno.

– Masz rację, taki strach to powód do radości – uśmiechnęłam się. – Chodźmy się ubrać, niedługo powinniśmy wyjść.

Wciągnęłam na tyłek obcisłe spodnie, założyłam za duży sweter i brudne, białe Conversy za kostkę. Podeszłam do lustra i zaczęłam czesać niemiłosiernie skołtunione, jeszcze wilgotne kłaki. Max stał obok i wyciskał sobie pryszcze z czoła. Przerzuciłam włosy na bok, żeby zabrać się za dolne kołtuny, gdy zobaczyłam srebrzącego się w ich czerni siwulca.

– O nie… – pisnęłam cienko i zaczęłam płakać.

– Co się stało?

– Zaczyna się… mam siwy włos!

– I z tego powodu płaczesz?

– Jestem stara, nie rozumiesz tego?

– Nie jesteś stara, o czym ty mówisz?

– Ty nie masz ani jednego!

– Ja może nie, ale mój kumpel z roku jest cały siwy. Daj spokój, to kwestia genów. Jeden siwy włos nic nie zmienia, uspokój się.

– Nie chcę być stara. – Szarpnęłam mocno, wyrywając i ten siwy, i kilku jego brunatnych sąsiadów.

– Oszalałaś… – podsumował i kontynuował wyciskanie pryszczy, zupełnie niewzruszony.

Przeszukałam resztę głowy, ale drugiego nie znalazłam. Z podłym nastrojem oznajmiłam, że jestem gotowa do wyjścia. Zamknęliśmy za sobą drzwi i poszliśmy na Królewską.

Park Saski sprawiał wrażenie martwego, łyse gałęzie drzew, biały od mrozu beton i szare niebo rozsiewały smutną aurę. Miałam być teraz w Grecji i cieszyć się słońcem, a dalej jestem tu. Życie zaserwowało nie to, co zamawiałam, i jest mi nie w smak. Tak to właśnie jest z tą egzystencjonalną stołówką: trzeba żreć, co dają. Doszliśmy do bramy, weszliśmy po schodach. Złapałam za wyślizganą, miedzianą klamkę, ale drzwi były zamknięte. Przekręciłam klucz w zamku i weszliśmy. W przedpokoju nie powitał nas nikt, ale wiedziałam, że ojciec jest w domu. Coś było nie tak. Nie zdejmując nawet butów, poszłam wprost do dużego pokoju. Zastałam go na kanapie, bladego i zgarbionego.

– Tato, co jest?

– Dzwonili ze szpitala. Zrobili mamie EEG.

– I co?

– I już się nie obudzi.

– Jesteś pewien? To niemożliwe…

– Karolina, zadzwonili do mnie ze szpitala i powiedzieli, że się nie obudzi.

– Co to znaczy?

– To znaczy, że poza tym, że bije jej serce, cała reszta nie żyje.

– Tato… – Usiadłam obok i przytuliłam go.

– Czekałem na ciebie. Jedziemy na Szaserów.

Pierwszy raz od wielu dni ojciec był dobrze ubrany; założył spodnie khaki, koszulę w kratkę i wysokie, zimowe buty. Uczesał się i wyperfumował Bleu de Chanel – ulubionymi matki. Wróciłam do korytarza, żeby powiedzieć Maxowi, co się stało, ale już go nie było; wszystko usłyszał zza drzwi i szybko wyszedł. Wysłał mi tylko wiadomość, że wraca do mieszkania, że jest tam, jeśli będzie do czegokolwiek potrzebny, i że mnie kocha.

Do szpitala jechaliśmy przez Most Świętokrzyski. Ojciec siedział na miejscu pasażera, a ja prowadziłam. Nie odezwaliśmy się do siebie całą drogę. Zaparkowałam ich śmieszne, małe autko i zmierzyliśmy do budynku. Nie wiedziałam, czy matka dalej leży na OIOM-ie, czy może gdzieś ją przenieśli, ale też nie zajęło mi długo, żeby te wiadomości zdobyć. Pielęgniarka, niewiele młodsza od matki, patrzyła na mnie ze współczuciem i właśnie to spojrzenie sprawiło, że wszystko do mnie dotarło; moja matka naprawdę już nigdy więcej mnie nie pouczy ani nie nakarmi kluskami śląskimi z duszonymi grzybami.

– Proszę pani, a czy ona cokolwiek słyszy? – spytałam naiwnie kobietę.

– Bardzo trudno powiedzieć. jaki obszar kory mózgowej został uszkodzony, zawsze istnieje nadzieja, że tak.

– Czyli jest szansa, że nas usłyszy?

– Tak.

– Możemy z nią porozmawiać?

– Tak, prosiłabym tylko, żebyście weszli państwo pojedynczo.

– Oczywiście, bardzo pani dziękuję.

Weszłam pierwsza, bo chciałam, żeby to ojciec był ostatnią osobą, która będzie przy niej; od zawsze był najważniejszy i to on musiał ją odprowadzić.

Stanęłam nad łóżkiem i spojrzałam na nią. Jeszcze tydzień temu egzaltowana szalała w kuchni i się mądrzyła, a dziś, bezbronna, zbliża się do mety swojej podróży. Wyglądała już inaczej, powieki miała niebieskie, a twarz zapadniętą i odwodnioną. Nachyliłam się, żeby powąchać jej skórę i choć dominowała woń medykamentów i chloroformu, jej zapach wciąż lekko się przebijał. Nie miała wyrazu twarzy, jedynie głęboka lwia zmarszczka przypominała o jej intensywnym, wybuchowym charakterze.

Złapałam jej dłoń i dotarło do mnie, że nie jestem w stanie sobie przypomnieć żebym ją kiedykolwiek wcześniej trzymała. Hmm… nie, no kiedyś przecież musiałam, w końcu byłam jej dzieckiem – pomyślałam. Dobra, to nie miejsce i czas, żeby przypominać sobie, jak kiepską była matką. Wymyśl coś miłego, Karolina, ten jeden, kurwa, raz. Drugiego nie będzie. Wymyśl – powtarzałam w duchu.

Nie puszczając uchwytu dłoni, przyciągnęłam krzesło i usiadłam. Miała zamknięte oczy i mogłam bez skrępowania na nią patrzeć, ale z przyzwyczajenia tego nie robiłam, wbiłam wzrok w jej prawie przezroczystą dłoń, a łzy napływały mi mimowolnie.

– Cześć, mamo. Chciałam ci trochę poopowiadać. Zacznę od tego, że Max powiedział mi, że mnie kocha. I wiesz co? Ja też go kocham. To dziwne uczucie, nie takie, jak sobie wyobrażałam. Ale cieszę się. Cieszę się też, że go poznałaś i mógł zjeść twoje bitki wołowe z grzybami – przerwałam, żeby nie usłyszała, jak załamuje mi się głos. – Zabiorę go niedługo do Grecji, chciałabym, żeby zobaczył mój raj i może odnalazł tam i swój… ale wiesz, też nie wiem jak to będzie, bo na miejscu jest ten Borys, poprzedni chłopak, pamiętasz? Opowiadałam ci… no w każdym razie Max jest o niego zazdrosny i boję się, że jak na siebie trafią, a to nie do uniknięcia, to będzie niezły kwas. No ale nic, nie ma co się bać, będzie, co ma być. Słabo to wszystko rozegrałam, ale to chyba w moim stylu, jestem pewna, że tu się ze mną zgodzisz – zaśmiałam się. – Tata powiedział mi, że postanowiliście dać mi pieniądze ze sprzedaży ziemi na Mazurach… nawet nie wiesz, jak jestem wam wdzięczna. Dzięki temu nie będę musiała brać kredytu i kupię dom na Rodos, zacznę poszukiwania, jak tylko tam wrócę. I nie bój się, nie kupię byle czego, poczekam na dobrą okazję. Dziękuję ci, mamo, to naprawdę wspaniały prezent – dodałam i ścisnęłam jej dłoń mocniej. – Jest dziś Nowy Rok, wiesz? Na dworze jakoś tak ponuro i brzydko, aż się nie chce wychodzić. Oj, mamo… co ja ci jeszcze mogę powiedzieć? O, wiem! Pewnie nie spodziewałaś się, że kiedykolwiek będę szczęśliwa. Chcę ci powiedzieć, że możesz być spokojna, bo w końcu jestem. Naprawdę jestem, aż sama nie dowierzam. – Otarłam łzy. – Wiem, że różnie między nami było, ale ten ostatni obiad był super. Cieszę się, że w końcu miło sobie pogadałyśmy. I wiesz co jeszcze? Dziękuję ci, że jestem, że mnie urodziłaś. Życie to piękna sprawa, bez ciebie bym go nie miała. Wiele ci zawdzięczam. Dziękuję, mamo – powiedziałam jej do ucha. – Będę już szła, bo kolej na tatę, ale chciałam dodać jeszcze tylko jedno: wiem, że nigdy sobie tego nie mówiłyśmy i nie zamierzam robić tego teraz, byłoby to zbyt patetyczne, a przecież tego nie znosisz, ale wiesz, co mam na myśli… i wiem, że ty mnie też. Gdziekolwiek idziesz, zrób tam z nimi wszystkimi porządek i, jeśli będzie ci się chciało, to daj mi jakiś znak, czy coś czeka na nas po tamtej stronie. Do zobaczenia, mamo. – Zagryzłam wargi, żeby nie usłyszała, jak łkam, i pocałowałam ją w policzek.

Zanim wyszłam, spojrzałam na nią jeszcze jeden, ostatni raz. Naprawdę wierzyłam, że mnie słyszała, i powiedziałam jej to, co wydawało mi się, że ułatwi jej drogę. Trochę skłamałam, ale czasem zwyczajnie tak trzeba. Bo kłamstwo nie zawsze jest złe. Bo kłamstwo ma dwie strony – jak moneta, jak ludzka dusza i jak drzwi, które w końcu za sobą zamknęłam, żegnając się z matką na zawsze w ostatnim dniu jej życia. Matką, której nigdy bym sama sobie nie wybrała, a która jednak była sprawczynią mojego wszystkiego.

Zamieniliśmy się z ojcem, został z nią do samego końca, który nastąpił niecałą godzinę później. Zastanawiam się, czy to my zdążyliśmy, czy to ona na nas czekała.

Zaraz po wyjściu ze szpitalnego pokoju płakałam, ale później już nie. Musiałam wziąć sprawy w swoje ręce, bo ojciec był w kompletnej rozsypce, nie dawał rady ogarnąć nawet najprostszych spraw związanych z pogrzebem. Do tego w pracy niespecjalnie przejmowali się tym, że mam „rodzinną sytuację”, więc musiałam w tym szale zmusić się jeszcze do kreatywności. Ale nie powinnam narzekać, bo to akurat pozwoliło mi odciąć głowę od ponurych wydarzeń i wykorzystać konstruktywnie noce, których i tak bym nie przespała.

Kiedy wezwali nas do szpitala na identyfikację zwłok, ojciec dostał ataku paniki, takiego prawdziwego. Tak się hiperwentylował, że stracił przytomność, a ja przez chwilę myślałam, że i on umarł. Stał się kłębkiem nerwów i cieniem człowieka, oczywistym było, że na rozpoznanie pójdę zatem ja. Zrobiłam więc to, jak i całą, okropną resztę.

Z samego rana pojechałam na Szaserów, żeby potwierdzić, że matka jest matką. W szpitalnej kostnicy jegomość wysunął z szuflady jej ciało i zaczął zbierać się do wyjścia.

– Proszę pana, ale gdzie pan idzie? – spytałam zaskoczona.

– Zwykle bliscy życzą sobie zostać ze zmarłym sam na sam, nie chce pani?

– Nie, nie chcę. Wolałam ją żywą. – Odwróciłam się w stronę wyjścia. – To moja matka, potwierdzam. Czy czegoś jeszcze pan ode mnie potrzebuje?

– Musi pani jeszcze tu podpisać.

– Bardzo proszę. – Maznęłam szlaczek na dokumencie. – A teraz będę wdzięczna, jeśli mnie pan stąd szybko wyprowadzi.

– Proszę, tędy. – Mężczyzna wskazał drzwi i przeprowadził mnie przez długi korytarz.

Wyleciałam ze szpitala jak z procy i nie zatrzymałam się, dopóki nie dobiegłam do jakiejś restauracji. Wzięłam colę, zapłaciłam i poszłam do łazienki, gdzie wyszorowałam ręce aż do łokci. Później ruszyłam prosto do centrum handlowego, po drodze wypijając karmelowe, gazowane gówno o wspaniałym smaku.

W wielkim domu handlowym weszłam do pierwszego lepszego sklepu. Kupiłam tam nowe spodnie, kurtkę, bluzę i buty. Ruszyłam prosto do toalety dla inwalidów i przebrałam się w nowe rzeczy. Wszystko, w co byłam ubrana wcześniej, rzuciłam w kąt z nadzieją, że ktoś sobie weźmie. Było mi szkoda, szczególnie kurtki, ale już tych ciuchów nie chciałam – miały na sobie śmieć, której nic nie spierze, nawet program „ultra brudne” i najsilniejszy detergent. Duszę też mi ta śmierć dopadła, ale z nią sprawa jest trochę bardziej skomplikowana; jej nie da się tak po prostu z siebie zrzucić i zamienić na świeżą, trzeba z taką już żyć.

Nic więcej nie mogłam zrobić, żeby sobie pomóc, trzeba było iść. Kiedy zaczęłam się zbierać do wyjścia z łazienki, poczułam nagły napływ śliny pod językiem. Nie minęły trzy sekundy, a ja, przewieszona w pół nad obrzydliwym publicznym sedesem, wyrzucałam z siebie lepki karmelowy płyn zmieszany z żółcią. I emocje, one też tam były.

Pamiętam dokładnie, kiedy ostatni raz rzygałam ze stresu: po mojej aborcji. Nigdy tego nie zapomnę. Gdy matka umarła było podobnie – czułam się przeładowana i błagałam w duchu los, żeby niczego mi więcej nie dowalał. I byle dotrwać do wieczoru, byle dotrzeć do domu i, zgodnie z polską tradycją, utopić smutki w wódce.

Wróciłam Uberem do wynajmowanego mieszkania, zadzwoniłam po drodze do ojca, by sprawdzić, jak się czuje. Na szczęście przyjechała moja ciotka i o niego zadbała. Mną zajął się Max; usiedliśmy razem na podłodze i upiliśmy się okropnie. Następnego dnia miałam kaca i czułam się jak gówno, ale przysięgam, że było mi to potrzebne jak nic na świecie.

Do pogrzebu zostało osiem dni. Długo. Coś musiałam ze sobą przez ten czas zrobić, a w Warszawie szło mi miernie. Max zaczynał szkołę i musiał jechać do Trójmiasta, zdecydowałam więc, że zabiorę się z nim i wrócę do Warszawy tylko na pogrzeb. Upewniłam się, że ciotka zostanie przez ten czas z ojcem, spakowałam się i wyjechaliśmy.

O ile uciekanie od strachu w moim przypadku nie działało, o tyle od smutku – zawsze. Mój weltszmerc jest przypisany jakby trochę do mnie samej, a trochę do miejsca jego akcji. Trzy godziny pociągiem w stronę północy zdjęło mi z barków co najmniej połowę niewygodnego cargo i ulżyło.

Weszłam po raz pierwszy do jego mieszkania. Rzeczywiście było małe, ale to zupełnie nie przeszkadzało. Odmalowane ściany, drewniana klepka i prosta, ale w miarę nowa kuchnia sprawiały, że kawalerka robiła wrażenie solidnej. Duże okna i balkon dawały poczucie przestronności, było czym oddychać. Wszystkie meble miał czarne, co boleśnie kontrastowało z warstwą gromadzonego na nich, na oko od miesięcy, kurzu. W szklance na biurku stał kubek z pokrytą zieloną warstewką resztką kawy. Cała podłoga była w kudłach Marcina. Łazienka wyglądała tak, jakby nikt w niej nigdy nie sprzątał, poza sedesem, który o dziwo okazał się względnie czysty. Prysznic obrósł kamieniem, a przezroczyste szkło kabiny stało się mleczne od osadu z cholera wie czego. W lustrze, przez rozbryzgi z pasty, nie sposób było dojrzeć własnego odbicia. Syf, kiła i mogiła. Jego pierwsze wady wyszły z ukrycia.

– Witaj w norce – oznajmił zakłopotanym tonem.

– Może norka, ale przytulna, trzeba tu tylko posprzątać…

– Wiem, przepraszam… nie miałem pojęcia, że tu przyjdziesz, przysięgam, że bym posprzątał – uśmiechnął się głupawo.

– To może zróbmy to teraz, razem? Co ty na to?

– Aż tak bardzo ci to przeszkadza?

– Dość – odparłam i mrugnęłam okiem.

– O masz… no dobra, skoro nalegasz…

– No to dawaj, gdzie masz środki do czyszczenia, odkurzacz, mop?

– Mam szczotkę do zamiatania, szufelki co prawda brak, ale używam kartki papieru i działa jak złoto. A środki… – zawiesił głos i rozejrzał się. – Mam płyn do toalet i płyn do naczyń, powinno styknąć?

– Czyli sytuacja jest poważniejsza, niż przypuszczałam. – Pokiwałam głową zrezygnowana. – Nie zdejmuj butów, idziemy do sklepu.

– O boże, nie… nie mam siły, naprawdę.

– Idziemy, nie chcę słyszeć ani słowa więcej. Nie wytrzymam w takim syfie, musimy doprowadzić to miejsce do ładu.

Grzecznie poszedł. Kupiliśmy wszystko, co potrzebne. Sprzątnie zajęło naszej dwójce sześć godzin, ale wylizaliśmy norkę na błysk, uwzględniając okna. W międzyczasie zauważyłam, że jego kołdra nie ma poszewki, więc zaliczyliśmy jeszcze wycieczkę do IKEA.

Wieczorem położyliśmy się z zamówioną pizzą w czystym łóżku i ładzie wokół, włączyliśmy Batmana i zasłużenie oddaliśmy się lenistwu.

Byłam tak po prostu szczęśliwa i trochę mnie to niepokoiło. Właśnie umarła mi matka, powinnam rozpaczać albo przynajmniej się smucić, a nie czuję nic. Czy coś ze mną nie tak? Czy to znaczy, że odziedziczyłam po niej bezduszność? Zatrzymałam film.

– Max.

– No? Czemu zatrzymałaś?

– Muszę cię o coś zapytać, tylko powiedz mi szczerze.

– Wal.

– Moja matka umarła, a ja nawet niespecjalnie czuję żal. Czy coś jest ze mną nie tak?

– Karolcia, z tobą wszystko jest nie tak – zaśmiał się. – Kiepski żart, przepraszam. – Pogłaskał mnie po smutnej twarzy. – Myślę, że nic nie jest z tobą nie tak. Z tego, co mówiłaś, większość życia miałaś albo wrogą, albo żadną relację z matką. Myślę, że taki smutek po śmierci to głównie tęsknota, a ty nie masz nawet za czym tęsknić – powiedział i wzruszył ramionami. – Słuchaj, przecież nie cieszysz się, że umarła, nie życzyłaś jej tego. Wasza więź była luźna i dlatego luźno to znosisz, nie widzę w tym nic niezwykłego. Pewnie będą momenty, w których odczujesz jej brak i zaskoczy cię ból. Przecież tak było w Warszawie, to dlatego tu przyjechałaś.

– No tak, ale czy to jest do pomyślenia, że człowiek tak po prostu może sobie uciec od smutku? Czy to w ogóle przystoi po śmierci matki?

– A co to za gówniana tradycja, żeby się umartwiać? Przecież życia jej tym nie wrócisz, tylko swoje uprzykrzysz. Nie widzę żadnej glorii w wylewaniu łez i uważam, że jeśli można się od tego uchronić, to za wszelką cenę trzeba. – Pogłaskał mnie pocieszająco po ramieniu.

– A ty jak zniosłeś śmierć rodziców?

– U mnie było inaczej. Byłem dużo młodszy od ciebie, a mama z tatą byli mi bardzo bliscy. Na początku świat się zawalił. Niby byłem pełnoletni, ale wcale nie dorosły. Ale ogarnąłem się szybko, musiałem. Wiedziałem, że marazm nie zda za mnie matury i nie pójdzie na studia, a rodzice zawsze mi tłukli do głowy, że edukacja jest kluczowa – przerwał i spojrzał w nicość. – Swoją drogą to ciekawe… mimo, że nie żyją, to jestem w stanie sobie na luzie wyobrazić, co by powiedzieli w danej sytuacji, co by doradzili.

– I robisz to, co by doradzili?

– Zależy. Korzystam z tego, że nie muszę – zaśmiał się. – A tak naprawdę, to nie zastanawiałem się nad tym, wiesz? Jak teraz o tym myślę, to chyba w wielu przypadkach nasze zdania by się pokrywały. Ale jakie to ma znaczenie?

– Nie wiem, może żadne, a może jakieś jednak ma? Jak pomyślisz sobie, że ktoś chciał wychować cię według jakichś zasad, to ze zwykłej ciekawości można zastanawiać się, czy wpisujesz się w ten kanon.

– Moi rodzice chyba nie mieli jakiegoś ścisłego planu, chcieli, żebym nie kradł i był pracowity, no i ojciec marzył, żebym zdobił okładki sportowych magazynów…

– Czyli jednak jakimś tam kodem cię zaprogramowali.

– No jakimś tak, i nawet mi pasuje, więc z nim nie walczę. – Wziął kawałek pizzy. – Ale twoja historia jest inna, i kod twoich rodziców też, więc nie musisz mieć żadnych sentymentów.

– Wiem o tym i nie mam żadnych. Mój cel życiowy to zrobić wszystko, żeby nie być jak oni. Jak mam podjąć decyzję, to zawsze zastanawiam się, co by doradzili, i działam kompletnie odwrotnie. – Wzruszyłam ramionami zrezygnowana. – Max, a jak myślisz, co twoi rodzice by o mnie pomyśleli?

– Same dobre rzeczy.

– Nie przeszkadzałoby im, że masz starszą o dziesięć lat dziewczynę, która na dodatek nie może mieć dzieci?

– Ty znów z tym wiekiem, musisz zmienić płytę, naprawdę. Słuchać się tego nie da.

– Zadałam pytanie…

– Nie wiem, Karolcia. Nie mam pojęcia. Za ich życia nie miałem nawet dziewczyny, nigdy nie rozmawialiśmy o dzieciach, trudno mi sobie wyobrazić.

– No ale spróbuj…

– Ale męczysz… no co za baba… – westchnął. – Myślę. Moi rodzice byli dobrym małżeństwem, mieli siebie i byli dla siebie. Twoi też, zobacz jak teraz twój tata cierpi po śmierci mamy… i nie chcę cię tu zranić, ale wydaje mi się, że fakt, że ma córkę, niewiele mu ułatwia. Dzieci rodzisz, wychowujesz i idą w pizdu, a ty zostajesz z tą osobą, którą wybrałaś sobie, żeby iść wspólnie przez życie. To chyba jest ważniejsze.

– No ale rodzicielstwo to część bycia człowiekiem, nie chciałbyś tego doświadczyć?

– W tym momencie życia? Absolutnie nie.

– A jak kiedyś ci się zmieni?

– Jeśli się zmieni, to na pewno coś wymyślimy. Zaadoptujemy dziecko, albo zrobimy jakieś in vitro.

– Moja ściana macicy nie przyjęłaby żadnej ciąży…

– To weźmiemy surogatkę. Karolcia, nie wymyślaj problemów, co?

– Ale to są problemy. Jeśli chcesz mieć kiedyś dzieci, to musiałabym zamrozić teraz jajeczka.

– Jeśli teraz coś musisz, to jeść pizzę i oglądać film.

– Max, to są poważne sprawy.

– Może zmieńmy pytanie: czego chcesz ty?

– Ja pogodziłam się z tym, że nie będę mieć dzieci, nigdy nawet nie myślałam, że mogą istnieć alternatywy – odpowiedziałam, spoglądając na niego badawczo. – Ale musisz być teraz przerażony…

– Czym?

– Jesteśmy razem tydzień, a ja cię pytam o dzieci.

– Nie jestem wcale. Bardzo dobrze, że rozmawiamy o takich sprawach. To jest życie. – Wyprostował się. – Wiesz, mam dwadzieścia lat i na dzień dzisiejszy nie widzę siebie w roli ojca, ale jeśli będzie trzeba, to się w niej odnajdę – powiedział, patrząc mi głęboko w oczy.

– Myślę, że nie będzie trzeba. Ja też się nie widzę w roli matki, jestem zbyt samolubna.

– Oboje jesteśmy. Ale życie płynie i wszystko się zmienia.

– Myślisz, że może się zmienić tak, że się kiedyś rozstaniemy?

– Oczywiście, że może. Ale przecież tego nie chcemy, prawda?

– Nie, ale może to też się zmieni?

– Karolcia, nie nadążam za tobą… nie wiem, co w ciebie dziś wstąpiło. Musisz mówić jaśniej, bo już się w tym wszystkim gubię.

– Sama nie wiem, tak płynę z myślami. Po prostu się boję, że kiedyś coś się może zmienić i przez różnicę wieku albo moją bezpłodność nie będziesz ze mną szczęśliwy.

– Nie wierzę, ty znów o tym… – Załamał ręce. – Jeśli powiedziałbym ci teraz, że chcę spędzić z tobą resztę życia, to dałoby ci to spokój? Nie sądzę. Ludzie biorą ślub i rozwodzą się po kilku miesiącach. Słowa nie mają znaczenia. Ja też się boję, że wrócisz do Borysa, nawet nie wiesz, jak mnie to męczy… ale stop, nie ważne. Do brzegu… – przerwał, odłożył pizzę i złapał mnie za dłonie. – Musimy sobie zaufać, że będziemy się wzajemnie starać i rozwiązywać problemy, a nie damy się im przygnieść. I wtedy wszystko pójdzie dobrze, już nie będziesz się martwić, że cię opuszczę.

– Myślisz, że przyjdzie taki dzień, w którym przestaniemy się bać?

– Nie, nawet się nie łudzę… powody do strachu zawsze się znajdą, ale razem łatwiej będzie nam go przezwyciężyć.

– Mówisz, że mamy być odważni razem?

– Dokładnie tak.

– Bądźmy. – Przytuliłam się do niego. – Tak mi z tobą dobrze, najlepiej.

– Pamiętasz Piotrka, tego eks Klary? – zmienił nagle temat.

– Jego nie sposób zapomnieć… co z nim? Dlaczego o niego pytasz?

– Nie wiem, tak mi się przypomnieli. Zawsze wydawali się być taką zgraną parą, ciekawe, dlaczego się rozstali.

– Jak to dlaczego? Przecież okazał się być gejem i zostawił Klarę dla tego całego Majkiego.

– Hmm, naprawdę myślisz, że to był powód?

– Przecież to oczywiste.

– Piotrek nie jest gejem, tylko bi. Zauważył to jeszcze mój ojciec, bo Piotrek wyraźnie miał na niego chrapkę. – Mrugnął okiem. – Znam go wiele lat, nie sądzę, żeby był tyle czasu z Klarą, gdyby jej nie kochał, i sadzę, że fizycznie jarała go tak samo, jak nie bardziej od Majkiego. Nie mam pojęcia, czemu od niej odszedł. Tego nie zrozumiem nigdy. Oni naprawdę byli super razem. Taka para, że aż się cieszysz, jak na nich patrzysz.

– To, że ty nie rozumiesz, to pół biedy. Gorzej, że ona biedna dalej tak naprawdę nie wie. Twierdzi, że już sobie z tym poradziła, ale wątpię, że to prawda. – westchnęłam.

– Rozmawiałaś z nią jakoś niedawno?

– Dzwoniła do mnie kilka dni temu, ale nie mogłam rozmawiać. Muszę do niej oddzwonić, nawet nie wie, że moja matka nie żyje… prawdę mówiąc, to i ja na moment zapomniałam. Dziwne.

– Jeszcze sporo dziwnych momentów przed tobą. – Objął mnie mocno.

– Dobra, odpalaj Batmana.

Nie wiem kiedy skończył się film, bo zasnęłam w trakcie. To była dobra noc, pierwsza przespana od kilku dni.

Obudził mnie kawą do łóżka, z mlekiem sojowym, po które bladym świtem poszedł do sklepu. Przyniósł też jagodzianki. Dokładnie jak na Helu, z tą tylko różnicą, że teraz mogłam się mu rzucić na szyję i wycałować; że był już mój. Później poszedł na uczelnię, a ja otworzyłam laptopa i zaczęłam pracę. Byłam jak w transie, nawet nie zauważyłam, kiedy mięło osiem godzin. Siedziałabym tak pewnie kolejne tyle, gdyby nie Marcin, który domagał się wyjścia na spacer. Związałam włosy, założyłam dres Maxa i wyszłam przed budynek. Niespecjalnie było tam miejsce do wybiegania, ale na szybką defekację – jak znalazł. Marcin walnął wielką kupę pod drzwiami, a ja – oczywiście – nie miałam torebek na „psie sprawy”. Postanowiłam zrobić rundę wokół bloków i zadzwonić w końcu do Klary, bo gdy rozmawiasz przez telefon, to ludzie mniej śmiało cię opieprzają, a widziały mnie co najmniej trzy osoby i miałam przeczucie, że zaraz, zresztą słusznie, przyczepią się do mnie, że nie sprzątam po psie.

– Cześć, żyjesz? – odebrała zaniepokojona.

– Ja tak, ale moja matka nie.

– Kurwa, ty i ten twój czarny humor.

– Nie żartuję. Serio nie żyje. Dlatego nie odbierałam.

– O rany… nie wiem, co powiedzieć… tak mi przykro – zamilkła na dłuższy moment. – Kiedy jest pogrzeb?

– Dziesiątego.

– Przyjadę.

– Dziękuję, ale naprawdę nie musisz.

– Nic nie mów. Będę tam i koniec. Jestem twoją siostrą. Mogę ci jakoś pomóc, przyjechać wcześniej?

– Jesteś kochana, dziękuję… naprawdę niczego nie potrzebuję, uciekłam od problemów do Gdańska.

– Jesteś u Borysa?

– Nie, u Maxa.

– U kogo?

– U Maxa.

– Naprawdę nie jestem na bieżąco.

– Zaktualizuję wszystko, jak się tylko zobaczymy.

– Na to liczę. Ściskam cię mocno, moja focza siostro. I jeszcze raz: strasznie mi przykro. Odzywaj się, jakbyś czegokolwiek potrzebowała.

Wróciłam z psem do mieszkania, a zaraz po nas – Max. Znów zamówiliśmy pizzę i odpaliliśmy film. I tak minął nam dzień, a potem kolejny, i kolejny. Wszystkie dokładnie tak samo: w rutynie, którą normalnie nazwałabym ohydną, ale w tym konkretnym czasie mojego życia okazała się jedynym sposobem na zachowanie równowagi i prześlizgnięcie się w jednym kawałku do dnia, w którym znów wsiadłam w pociąg i jechałam do Warszawy pochować matkę.

Stał taki młody brunet w koloratce, szkoda, że wskoczył w sutannę, bo niejedna miałaby z niego w domu uciechę. Bełkotał coś nad dziurą w ziemi, gdzie przed chwilą kopidoły wsadziły urnę z prochami matki. Wyłączyłam się, bo nie dało się tego słuchać. Zawsze się zastanawiam, czy to w seminariach duchownych uczą księży, jak mówić tym powolnym, cienkim, nużącym tonem, czy może mają to wrodzone. Wokół zgromadzili się ludzie, było nas trzynaście osób, spośród których znałam jedynie moje dwie przyjaciółki, chłopaka, ojca i ciotkę. Resztę widziałam pierwszy raz na oczy.

Klecha bredził swoje, a ja myślałam o matce. Można o niej powiedzieć wiele, ale fakt jest taki, że przeżyła życie na swoich warunkach. Postępowała egoistycznie, ale dzięki temu miała w życiu wszystko, czego chciała; nawet mnie, chociaż wszyscy jej mówili, że już za późno na dzieci. A jednak zrobiła swoje. I dobrze, bo dzięki niej tu stoję. Nie dożyła późnej starości, ale może to i dobrze? Nie wyobrażałam jej sobie przykutej do łóżka, jęczącej, zależnej – nie byłoby jej z tym do twarzy.

Zawsze traktowałam życie jako zagadkę do rozwiązania, słysząc przy uchu tykający zegar i bojąc się, że nie uda mi się jej rozgryźć na czas. Przewijając życie matki w przyspieszonej pętli czasu, nagle zdałam sobie sprawę, że ona zamiast szukać dróg, brukowała po swojemu te, na które ją akurat wrzucił los. Z większą lub mniejszą gracją, ale zawsze dochodziła tam, dokąd zmierzała. Do jednego celu prowadzi przecież wiele różnych dróg. Ja stałam gdzieś na swojej, przyjmując właśnie ostatnią lekcję od swojej matki, ważniejszą niż wszystkie poprzednie. Jej zakończona historia pokazała mi, że życie to nie tajemnica do rozwikłania, tylko przygoda do przeżycia. Było to nie byle jakie oświecenie, bo ze wszystkich rzeczy na świecie to przygody ekscytowały mnie najbardziej i czułam, że otwiera się przede mną nowy etap podróży – bez strachu, że coś mi się nie uda, i z miejscem na improwizację.

Ksiądz w końcu skończył, a ja sypnęłam garścią ziemi do grobu.

Kiedy wiozłam matkę do szpitala, byłam pewna, że może nie niebawem, ale w końcu z niego wyjdzie, komentując beznadziejne warunki sanitarne i żywieniowe. Była tak twarda, że robiła wrażenie niezniszczalnej. Jej śmierć mnie zaskoczyła i nawet teraz, gdy duchowny podsumował wszystko krótkim „amen”, nie do końca mogłam uwierzyć, że naprawdę umarła.

Po pogrzebie pojechaliśmy małą grupą na obiad do Domu Polskiego. Ojciec oznajmił tam wszystkim (zupełnie nie wiem po co), że cały majątek przepisuje na mnie już teraz, żebym po jego śmierci nie miała „żadnych problemów”, mając na myśli chyba jakieś podatki. Tym sposobem nagle zostałam właścicielką mieszkania na Królewskiej, kawalerki na Mariensztacie, działki w Podkowie Leśnej i jakichś papierów wartościowych. A, i jeszcze pieniędzy z ziemi na Mazurach. Oznajmił też, że w związku z tym za wszystkie te nieruchomości, poza mieszkaniem, w którym żyje on (póki żyje), jestem odpowiedzialna ja. Trochę mnie to przeraziło. Chciałam jechać do Grecji i mieć święty spokój, a nie obowiązek nadzoru przytłaczającego majątku. Wcale się nie dziwię ojcu, że tak to sobie wymyślił, zrobiłabym to samo. W pierwszej chwili byłam niezadowolona, ale już przy pierwszym daniu – zupie borowikowej – zaczęłam dostrzegać plusy. Może koniec końców był to nie straszny ciężar, a uśmiech losu? W dobie sztucznej inteligencji zastąpienie grafików przez technologię było tylko kwestią czasu i może nie za dwa, ale za dwadzieścia lat już na pewno zostanę bezrobotna, Bycie rentierką, choć nigdy nie było moim marzeniem, na pewno jest lepsze od bycia bezdomną.

Po stypie poszliśmy z Maxem i dziewczynami do jakiegoś baru na rogu Chmielnej i Nowego Światu, jednego z tych, które co rusz zmieniają nazwę i właściciela. Co jednak pozostawało tam elementem stałym, to najlepsze whiskey sour, jakie piłam w Warszawie.

Byli zestresowani. Widziałam to, bo gadali kompletne głupoty, żeby tylko w jakiś sposób ominąć niewygodny temat.

– Słuchajcie, koniec tego smutnego przedstawiania – przerwałam ciszę. – Moja matka nie żyje. Zaraz weźmiemy do rąk nasze eleganckie szklaneczki i wypijemy za nią, ale zanim to zrobimy, chcę coś powiedzieć. – Zaczesałam włosy za uszy i położyłam ręce na stole. – Z matką miałam relację, sami wiecie jaką. Jest mi przykro i dziwnie, ale nie zamierzam robić z siebie zgniłego jaja i wy też go ze mnie nie róbcie. Nie martwicie się, że mnie zranicie, nie dozujcie słów. Życie płynie, nie wariujmy. Możecie pytać o wszystko i mówić wszystko, okej?

– Okej – odpowiedzieli chórkiem.

– No dobra, to szklanki w dłonie – zarządziłam i złapałam lodowate szkło. – Za matkę, która przeżyła swoje życie dokładnie tak, jak chciała.

– Za jej bitki wołowe, sos grzybowy i ogórkową – dodał Max.

– I za sałatkę jarzynową – dorzuciła Marika.

– Za to, że nam cię dała – Klara uniosła koniakówkę, bo jako jedyna zamówiła Hennessy.

Wznieśliśmy trunki ku niebiosom i polskiej tradycji. Ciepło w gardle miło zawirowało. Marika zaczęła rozmawiać z Maxem, a ja nadrabiałam zaległości z Klarą.

– Dziękuję ci, że przyjechałaś na pogrzeb.

– Za co ty mi dziękujesz? Przecież jestem twoją siostrą; oczywiście, że przyjechałam.

– Ale ja ostatnio byłam słabą… przepraszam, że nie oddzwaniałam, nie popisałam się.

– Daj spokój, czasem każdemu zdarza się zdystansować, ale przecież to nie zmienia tego, że jesteśmy sobie bliskie – powiedziała i przytuliła mnie. – Ta śmierć… to musiała być jazda bez trzymanki. Wiem, że wasza relacja była skomplikowana, ale nigdy nie jest łatwo, gdy umiera rodzic. Mogę cię spytać, jak to jest?

– Jasne, że możesz! – Wzięłam łyka pysznego drinka. – Noc przed udarem byliśmy u nich na obiedzie z Maxem. I wiesz co? Była dla mnie naprawdę miła! Pierwszy raz w życiu poczułam, że możemy zbudować jakąś pozytywną relację. Była szczęśliwa, że poznała mojego chłopaka, polubiła go nawet… Myślałam o tamtym wieczorze. Z jednej strony cieszę się, że nasza ostatnia interakcja była tak dobra i rozstałyśmy się w uśmiechu, ale równocześnie gdzieś tam czuję żal, że miałyśmy potencjał na coś dobrego. Coś, co się nigdy nie wydarzy. – Wychyliłam ze szklanki do końca. – Ale wiesz co? Cieszę się. Cieszę się, że pokonałam strach, zadzwoniłam do niej i przyprowadziłam Maxa na tamten obiad. To wcale nie było takie proste.

– Wyobrażam sobie. Pewnie byłaś przerażona, że zacznie mówić mu jakieś przykre rzeczy.

– To by się nie wydarzyło, była zbyt kulturalna, żeby obrażać swojego gościa. W przeciwieństwie do matki Borysa… ale to już opowieść na inny wieczór – dodałam ciszej i spojrzałam na nią sugestywnie, wskazując wzrokiem Maxa. – Bardziej się bałam, że będzie osądzać naszą sytuację; że nie spodoba się jej różnica wieku albo on sam.

– Ale całe szczęście tak się nie stało.

– Nie, nie stało. Jestem z siebie naprawdę zadowolona, wiesz?

– Dlaczego?

– Bo zrobiłam dokładnie to, co należałoby zrobić przed śmiercią matki, mimo że nie miałam pojęcia, że umrze. Wiem, że znów to mówię, ale nie mogę w to uwierzyć.

– Rozumiem cię, to musi być kojące uczucie w tej sytuacji.

– Jest. I podjęłam decyzję, że więcej nie położę się spać pokłócona z kimś bliskim. To moje postanowienie.

– Dobre postanowienie. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy.

– Ani który obiad jest tym ostatnim.

– Ani które słowo… – zamilkła i wyraźnie posmutniała.

– Klara? Co się dzieje? Skąd ta mina?

– Słuchaj, dziś dzień twoich smutków, moje przełóżmy na kiedy indziej.

– Co za bzdura! Celebrować to ja chętnie będę urodziny i sukcesy, a nie smutki. Mów, co się dzieje?

– Cały czas temat Piotrka wraca, jak bumerang.

– Ale mówiłaś, że już ci przeszło; że rewelacja o jego orientacji pomogła ci się wziąć w garść.

– Może pomogło mi to w pozbyciu się złudzeń, że między nami kiedykolwiek się coś wydarzy, ale w kwestii samooceny… no tu zadziałało całkiem destrukcyjnie.

– Ale o czym ty mówisz?

– Karolina, wyobraź sobie, że Max okazuje się gejem? Co to mówi o tobie?

– Hmm, nie wiem? – odparłam zamyślona.

– Że jesteś męska.

– Co za bzdura! Co najwyżej świadczy to o tym, że jestem tak seksowna, że kręcę nawet ludzi o odmiennej orientacji.

– No ja tego tak nie widzę. Straciłam poczucie atrakcyjności, mam wrażenie, że wyglądam jak transwestyta.

– Nie, nie, nie! O czym ty w ogóle mówisz!? – Chwyciłam ją za ramiona. – Otrząśnij się, dziewczyno! Jesteś najpiękniejszą kreacją, jaką w życiu widziałam. Nie pozwól sobie myśleć inaczej… Boże, co ten chłop ci narobił! Dobrze, że chociaż już ten biznes jest podzielony i nie będziesz go musiała oglądać.

– I tu jest kolejna sprawa…

– Co?

– On teraz już nie chce dzielić biznesu… chce prowadzić do dalej wspólnie.

– A czego chcesz ty?

– Ja się cały czas zastanawiam. Wiesz, z tego są dobre pieniądze i firma to takie trochę moje dziecko… wcale nie widzi mi się jej sprzedawać.

– To ją odkup od niego – zaproponowałam.

– Co ty, bez niego nie ogarnę kwestii sprzętu. Mieliśmy tam dobry podział obowiązków, od lat działało jak trzeba, zresztą nigdy by mi nie sprzedał szkółki.

– A myślisz, że umiałabyś rozdzielić te dwie kwestie? Odsunąć emocje na bok?

– Nie wiem… nawet jak widziałam go ostatnio, to wszystko było jakieś dziwne, nienaturalne. Mam wrażenie, że nie jest sobą.

– Od kiedy to trwa?

– Od naszego rozstania. Najpierw chlał, później ten Majki i wspólne jaranie trawy. Teraz zaczął chodzić do kościoła.

– Żartujesz? – Zaskoczona zatrzymałam dłoń z drinkiem w połowie drogi do ust i zamrugałam oczami.

– Nie, nie żartuję.

– A co ksiądz na to, że ma chłopaka?

– Już nie ma chłopaka. Rozstali się z Majkim na początku października. Ale pewnie zaraz znajdzie nowego…

– Albo nową. Max uważa, że Piotrek jest bi.

– Tak? Tak twierdzi?

– Tak. Mówi, że widział was od lat i to niemożliwe, żeby Piotrek przez ten cały czas udawał. Sama go zresztą zapytaj… siedzi obok.

– Może po kolejnym kieliszku, póki co jestem za trzeźwa. – Klara wysączyła małego łyczka koniaku. – Ale wiesz co? To ma sens. Ja też nigdy nie czułam, żeby cokolwiek było „nie tak”. Seks był super, z czasem częstotliwość trochę siadła, ale bez uszczerbku na jakości. Czułam, że mu się podobałam, więc jeśli udawał, to zasługuje na Oskara.

– Może powinnaś z nim usiąść i porozmawiać? Wydaje mi się, że ten cały temat cholernie cię męczy.

– Bo tak jest! Zaraz minie rok, a ja ciągle nie mogę ruszyć do przodu. Ale boje się…

– Czego ty się boisz, co gorszego może się stać?

– Że wyjdę na sfrustrowaną?

– Mówisz mi przez to, że strach przed tym, co Piotrek pomyśli, staje ci na drodze do tego, żeby wygrzebać się z bagna, w którym toniesz po uszy? Słyszysz, jak to brzmi?

– Słyszę.

– Dziewczyna, która nie bała się wytatuować całego ciała, obawia się rozmowy?

– Na to wygląda.

– To niech się zmierzy ze strachem. Tatuaże są najlepszym dowodem, że umie.

– Masz rację. Pomyślę o tym.

– Pomyśl o tym, że jutra może nie być. Pamiętasz? Gdybym zwlekała z zabraniem Maxa do rodziców, to matka nigdy by go nie poznała. Nie pozwól, żeby strach zabierał ci cenny czas, bo naprawdę nie znasz dnia ani godziny. Zrób to, w imię pamięci mojej matki.

– No tu to już zagrywasz nieczysto – obruszyła się.

– Gówno mnie to obchodzi. Zrób to, błagam cię.

– Nie rozumiem cię. Najpierw chciałaś, żebym była najdalej od niego, jak się da. Nawet wzięłaś mnie do swojej przyczepy. A teraz chcesz, żebym z nim rozmawiała? Gdzie tu logika?

– Wtedy sądziłam, że dystans ci pomoże, że ruszysz do przodu i zapomnisz. Ale niestety to nie wystarczyło. Widzę, jak cała ta sytuacja nie daje ci żyć i myślę sobie, że brak wyjaśnienia z jego strony nie pozwala ci zamknąć tematu. To oczywiste.

– A ty, co o tym myślisz?

– O czym?

– O tym, co zrobił.

– A co ja mogę myśleć? Bazując na szczątkowych informacjach, które mam, mogę co najwyżej wymyślać, a tego robić nie chcę.

– Masz rację. Odezwę się do niego, poproszę, żeby wyjechał po mnie do Krakowa.

– Po drodze możecie pogadać, postaraj się tylko z nim nie pokłócić.

– Ja nie ty, Karola. Ja się z ludźmi nie kłócę – uśmiechnęła się wymownie. – To co, jeszcze po jednym?

– Pytasz, a wiesz!

Sama nie byłam pewna, czy to rzeczywiście taki świetny pomysł, żeby Klara przełamywała tak długo wypracowywany dystans, ale nie widziałam dla niej innego rozwiązania. Musiała. Widziałam, jak się boi, jak całe jej życie stanęło w miejscu. Lęk nie pozwalał zrobić kroku naprzód. Są różne strachy; niektóre rzeczywiście sprawiają, że czujesz, że żyjesz, ale inne prowadzą do życiowego zastoju i psychicznej męczarni… marnuje się to bezcenne „tu i teraz” – i te strachy właśnie za wszelką cenę trzeba przełamać, nawet jeśli oznacza to konfrontację z eks, który cię nie chce, a o którym ty nie możesz zapomnieć.

Klaudia Komorowski

Udostępnij felieton na:

Related Posts

Join Our Newsletter

Scroll to Top
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

Ściśle niezbędne ciasteczka

Niezbędne ciasteczka powinny być zawsze włączone, abyśmy mogli zapisać twoje preferencje dotyczące ustawień ciasteczek.