Rozdział 4
MAŁA ŚMIERĆ
Postanowiłam zmierzyć się z ignorowaną przez ostatnie dni rzeczywistością. Czekały na mnie milion nieodczytanych SMS-ów i prywatna skrzynka pocztowa, do której nie zaglądałam od prawie dwóch tygodni.
Zaczęłam odpowiadać na wiadomości według hierarchii ważności; pierwszy w kolejce stał Anatolij, który napisał mi, że właściciele zgodzili się sprzedać wzgórze za zaproponowany przeze mnie bezcen. Maila, którego wysłał trzy dni wcześniej, czytałam cztery razy, żeby upewnić się, czy na pewno wszystko dobrze rozumiem. W pierwszym odruchu chciałam do niego natychmiast zadzwonić, ale powoli rozwijający się we mnie instynkt bizneswoman skutecznie mnie od tego pomysłu powstrzymał. Minęło kilka dni i rzeczywiście istniał cień szansy, że cały deal już szlag trafił – mógł przecież trafić się ktoś gotów zapłacić tyle, ile chcieli. Mógł, ale było to mało prawdopodobne. Usiadłam więc wygodnie, skleciłam krótką wiadomość wyrażającą zadowolenie i zadeklarowałam, że z samego rana może oczekiwać ode mnie telefonu. Później wyskrobałam ojcu, że żyję i mam się dobrze; o tym, że jestem w Polsce, nie wspominałam.
Brałam się do pisania wiadomości do Klary, kiedy kątem oka zobaczyłam powiadomienie – sms z nieznajomego numeru: „Hej, odezwij się do mnie w wolnej chwili, to bardzo pilne. Pozdrawiam. Zosia (siostra Borysa)”. Czego mogła ode mnie chcieć o dwudziestej drugiej? Nie wiele myśląc, zadzwoniłam.
– Hej, oddzwaniam! Mówiłaś, że to pilne.
– No hej! Dzięki, że dzwonisz i przepraszam…
– Nie przepraszaj, mów co się dzieje.
– Borys mówił mi, że się rozstaliście.
– I to jest tak pilne? – spytałam zniecierpliwiona.
– I tak, i nie. Wiem, że różnie się w życiu układa i zupełnie to rozumiem. Podziwiam cię za to, że umiesz powiedzieć nie, mnie to nigdy nie wychodziło… – Odchrząknęła. – Ale do rzeczy. Od tygodnia nie mam z nim kontaktu. Wiem, że jest pod telefonem i żyje, ale boje się, że dzieje się z nim coś niedobrego. Chciałam cię prosić, jeśli to nie problem, żebyś może sprawdziła, czy wszystko z nim w porządku?
– Mówiąc szczerze, jest to problem. Nie rozstaliśmy się w przyjaznej atmosferze, ale to nawet nie jest główny powód, mnie zwyczajnie nie ma na wyspie, jestem w Polsce.
– Nie miałam pojęcia, przepraszam w takim razie, że w ogóle zawracałam ci głowę.
– Nie ma problemu, gdybym miała brata, też na pewno nie mogłabym spać spokojnie… mówiąc „coś niedobrego”, co dokładnie miałaś na myśli? – spytałam w przypływie empatii.
– Borys miał kiedyś problemy z alkoholem, mam wrażenie, że dalej pije, gdy w życiu ma pod górkę. Myślałam, że wiedziałaś.
– Nie wiedziałam, nigdy się nie chwalił – westchnęłam. – Będę na wyspie niedługo, jeśli do tego czasu nie uda ci się z nim skontaktować, to podjadę zobaczyć co i jak, okej?
– Będę wdzięczna, dziękuję.
– Za tydzień zaczyna się pierwszy turnus jakichś obozów kondycyjnych. Wiem, że je współorganizuje, może jest zajęty?
– Czuję, że to nie to… naprawdę się martwię – powiedziała Zosia i wyraźnie słyszałam, jaka jest niespokojna.
– Dam ci numer do jego pracownika, Grześka. On powinien wiedzieć więcej, w końcu widują się codziennie – zaproponowałam.
– O, to świetny pomysł!
– Zaraz ci go prześlę. Odezwij się do niego rano, ale nie dzwoń, tylko napisz, nie odbiera od obcych.
– Tak zrobię.
– I śmiało kontaktuj się ze mną, pomogę, jak tylko będę mogła.
– Nawet nie wiesz…
– Nie ma za co, naprawdę – przerwałam jej. – A powiedz mi co u ciebie, już się dobrze czujesz?
– Fizycznie tak, ale psychicznie od „dobrze” jestem bardzo daleko… nie wiem, czy kiedykolwiek tam dotrę. Plus jest taki, że wniosłam o rozwód.
– To ogromny krok.
– Wiem, najtrudniejszy w moim życiu – wyznała drżącym głosem. – Bo wiesz, ja do końca myślałam, że to wszystko się ułoży, że on…
– … się zmieni?
– …się zmieni.
– Ale wiesz, że to by się nie wydarzyło, prawda? – spytałam.
– Na poziomie racjonalnym, owszem.
– Zrobiłaś dobrze. I dla siebie, i dla Franka.
– Dziękuję ci jeszcze raz, będę w kontakcie – ucięła.
– Do usłyszenia, trzymaj się.
Ciekawe, jakie inne smaczki jeszcze po drodze wyjdą. Problemy z alkoholem? Na pewno nie miał problemów z wypijaniem jego gigantycznych ilości. Zdaje się, że zupełnie niechcący uniknęłam wdepnięcia w głębokie bagno, myślałam. Z całą niechęcią i ciągle ciążącą w sercu urazą zaczynało mi się robić go szkoda i miałam wielką nadzieję, że nie odbiera, bo rzeczywiście jest zajęty przygotowaniami do tego cholernego obozu, a nie ponieważ wiruje w pijackim cugu.
Nakarmiłam i wyprowadziłam psa, a później runęłam do łóżka. Spałam głęboko i dobrze, budząc się rano bez budzika i lęku. Zrobiłam sobie mocną kawę i wzięłam prysznic. Odbicie w lustrze zaczęło wyglądać bardziej znajomo, sina oprawa oczu zniknęła, a skóra nabrała jędrności.
Kiedy rozczesywałam włosy, zadzwonił Anatolij, wyraźnie uradowany faktem, że dalej chcę kupić wzgórze. Zaniepokojona jego radością, zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie popełniam jakiegoś sporego błędu. Słowo się jednak rzekło i zamiast snuć teorie spiskowe, postanowiłam się zwyczajnie cieszyć.
Przez chwilę miałam nawet pomysł, żeby całą transakcję przeprowadzić bez mojej fizycznej obecności, ale na samo hasło elektroniczny podpis Anatolij zaczął się jąkać ze stresu, twierdząc, że to absolutnie niemożliwe. Był tak zestresowany, że pod koniec trwającej niecałe dziesięć minut rozmowy obiecałam mu, że zjawię się na wyspie najdalej pojutrze i sfinalizujemy wszystko. Bardzo go ta wiadomość ucieszyła i w końcu opanował swoją, iście południową, egzaltację.
Trochę zaplanowałam to wszystko bez rozmysłu, ale wyszło dobrze; Max i tak musiał być w szpitalu, więc moja dwudniowa nieobecność nie robiła żadnej różnicy.
Weszłam na oddział i pognałam do jego pokoju, otworzyłam drzwi i zobaczyłam najpiękniejszy uśmiech, jaki znałam, przebijający się przez grymas bólu.
– Dzień dobry?
– Bywały lepsze, chodź tu do mnie, szybko – zażądał Max, wyciągając rękę.
– Idę, poprawię tylko rękawiczkę.
– Nienawidzę przez lateks. – Mrugnął okiem.
– Humor wraca. – Pokiwałam głową litościwie. – Musisz trochę nad nim jeszcze popracować.
– Dziękuję…
– Za co? To nie był komplement.
– Za to, że wczoraj zadzwoniłaś na mój telefon i powiedziałaś, że to twój narzeczony.
– Wiedziałam, że to poprawi ci humor. I nie ma za co, mnie też już cała ta sytuacja irytowała – przyznałam.
– Cwana jesteś.
– Zawsze byłam! – Zadarłam dumnie brodę. – Chcesz wiedzieć, co jeszcze cwanego zrobiłam?
– No, dawaj!
– Podjęłam decyzję, że kupuję na Rodos piękne wzgórze, widać z niego w oddali morze, jest wprost idealne, żeby… postawić na nim dom. Ale to ty go wybudujesz, dobrze?
– Wybuduję, cokolwiek będziesz chciała.
– Jutro lecę podpisać umowę, ale wrócę pojutrze. Nie zostawiam cię tu na długo samego.
– A co z Marcinem? – spytał przytomnie.
– Twój kuzyn się nim zajmie, już wszystko uzgodniłam.
– Dziś podobno obejrzy mnie ortopeda i jest szansa, że zostanę przeniesiony z tej umieralni na bardziej normalny oddział, może w końcu będą ze mną jacyś ludzie – relacjonował. Spróbował się ruszyć, ale malujący się na twarzy licznymi zmarszczkami ból mu to uniemożliwił. – Chcę zasnąć i obudzić się, kiedy już będzie po wszystkim…
– Tak mi przykro… poczekaj, pójdę poprosić pielęgniarkę, żeby dała ci coś na ból.
– Nie, nie chcę. Niedobrze mi po tych lekach, wolę tak, naprawdę. No ale zmieniając temat, opowiedz mi więcej o tym wzgórzu – poprosił, chowając ból za krzywym uśmiechem.
– Mogę ci pokazać! – Zaczęłam wyciągać z torebki telefon.
– To też, ale później. Najpierw mi opowiedz, chcę sobie wyobrazić.
– Nie jestem mistrzynią opowiadania, ale spróbujmy. Od głównej drogi, ciągnącej się wzdłuż wybrzeża w górę wyspy, odbija mała, piaszczysta ścieżka, która po chwili robi się bardzo stroma. Wokół rosną małe krzaki, bez liści i tak twarde, że jak rzucisz w nie sporym kamieniem, to odbiją go jak śmieszną piłeczkę – snułam moją opowieść.
– Rzucałaś w krzaki kamieniem? – spytał Max, marszcząc czoło.
– Tak, skąd inaczej miałabym wiedzieć, że się odbiją?
– No tak… mów dalej.
– Krajobraz to suche pagórki i skały, ale jest w nim coś magicznego, sam zobaczysz… Jedzie się tak tą piaszczystą ścieżką, wzniecając za sobą kłęby kurzu, przez jakiś kilometr, a na samym szczycie jest właśnie ten skrawek ziemi. Widać z niego morze i szybkim spacerem można zejść prosto na plażę, chyba jest nawet wydeptana jakaś ścieżka, ale nie sprawdzałam. Na wzgórze dociera dźwięk fal, ale jest przyjemnie stłumiony i uspokajający. Wieje ciepły wiatr, pachnący gorącym piaskiem i solą, gdzieniegdzie wyrastają małe kwiatki, ale nie wiem, jak się nazywają. Bardzo chciałabym kiedyś położyć się tam, doczekać nocy i zobaczyć gwiazdy. Coś czuję, że to może być całkiem spektakularny widok.
– Zrobimy to, razem. Jak tylko będę mógł stąd wyjść, to od razu jedziemy! – Max ścisnął moją dłoń przez niebieską rękawiczkę. – Gratuluję. Jeśli można zrobić coś dobrego z pieniędzmi, to właśnie zamienić je na piękny kawałek ziemi z widokiem na morze.
– Cieszę się, że to powiedziałeś, bo ciągle tłukę się z myślami, czy aby na pewno podejmuję dobrą decyzję – wyznałam.
– Kiedy opowiadałaś mi o tym miejscu, miałaś miłość w oczach. Wydaje mi się, że robisz dobrze.
– To pokaże czas, ale żałować nie będę, to już postanowiłam.
– I bardzo dobrze, życie jest za krótkie na żal, poza tym słyszałem, że zwykle żałuje się tych rzeczy, których się nie zrobiło, a to akurat tobie chyba wcale nie grozi.
– Ale co, mam cię tu tak po prostu zostawić i jechać? Czy nie chcesz, żebym tu była?
– Oszalałaś? A co tu zmienisz? Nawet się nie zastanawiaj. Jedź tam, załatwiaj, co masz do załatwienia, i wracaj szybko. Ja będę tu czekał, już nic mi nie grozi.
•
Kiedy doleciałam na Rodos, było już ciemno. Z lotniska odebrał mnie sam Piotrek, bo Klara kończyła gotować obiad, którym miała mnie powitać. Postanowiłam przez najbliższe dni skupić myśli i działania wyłącznie na tym, co miałam do załatwienia, i to w relatywnie krótkim czasie.
Weszłam do samochodu trochę spięta, znałam tło ich wyboistej historii i chociaż chciałam, żeby wszystko się im dobrze ułożyło, nie umiałam wymazać z pamięci krzywd, których doświadczyła moja przyjaciółka. W zgodzie ze swoim zwyczajem, wywaliłam prosto z mostu:
– Piotrek, wiem, że to może nie moja pozycja, ale wydaje mi się, że musimy pogadać, inaczej nigdy się nie wyluzuję w twoim towarzystwie.
– Zgadzam się, dlatego przyjechałem tu po ciebie bez Klary.
– Naprawdę? – zdziwiłam się.
– Naprawdę. Wiem, że się bardzo zbliżyłyście, poza tym jestem obecnie gościem w twoim domu. Oczywiście, że należą ci się wyjaśnienia. Będziesz zadawać pytania czy ja mam mówić?
– Ty mów.
– Miałem kryzys egzystencjonalny, Klara chciała dziecka, a dla mnie było to równoznaczne z pożegnaniem młodości, a na to nie byłem gotowy, dlatego postanowiłem się z nią rozstać.
– I teraz to się tak nagle zmieniło?
– Nie, to się akurat nigdy nie zmieni. Nie porzucę młodości, bo to by było równoznaczne z porzuceniem siebie.
– No to ja już niczego nie rozumiem.
– Daj mi, proszę, mówić…
– Tak, jasne. Mów.
– Dotarło do mnie, że dziecko nie musi mnie niczego pozbawiać, a nawet może coś ciekawego wnieść i stać się kompanem.
– Kiedyś na pewno, ale pierwsze lata podobno są Hiroszimą.
– Jak się nie ma kasy na pomoc, to na pewno, ale my sobie ze wszystkim poradzimy. Zatrudnimy dobrą nianię, potem będzie przedszkole. Damy radę. Poza tym nie wyobrażam sobie życia bez dzieci. – Piotrek zjechał na pusty parking przy drodze, wyłączył silnik, spojrzał na mnie i mówił dalej. – Zjebałem, wiem o tym. Skrzywdziłem ją i uważam to za największy błąd życia. Naprawdę się pomyliłem, ale wynagrodzę jej to, obiecuję. Przez te kilka miesięcy bez niej zrozumiałem, że nie umiem i nie chcę żyć z nikim innym. Sam dałem sobie obuchem w łeb, ale potrzebowałem tego.
– A co, jeśli za kilka lat znów ją skrzywdzisz? Myślałeś o tym?
– Nigdy więcej tego nie zrobię. Kto jak kto, ale ty powinnaś mnie akurat zrozumieć.
– Ja? A niby dlaczego? – obruszyłam się.
– Cała ta historia z Maxem, jakby ktoś powiedział ci, że na pewno znów go zostawisz, to jakbyś zareagowała?
– Myślę, że nasze historie bardzo się od siebie różnią… ale tak, rozumiem, do czego pijesz – przyznałam, wsadzając do ust gumę do żucia. – Skoro rzeczywiście uważasz, że jesteśmy do siebie tacy podobni, to powinieneś wiedzieć, że prędzej czy później strzeli ci do głowy jakiś głupi pomysł. Myślałeś, jak wtedy się zachowasz?
– Powstrzymam się. Jak chcę, to potrafię – powiedział pewnym tonem.
– Ale czy będziesz chciał, jak przyjdzie ten moment?
– Będę. A ty? Co zrobisz ty?
– Też się powstrzymam. – Spojrzałam w dal, rozumiejąc, że rzeczywiście może łączyć nas więcej, niż myślałam. – Dziękuję, że po mnie przyjechałeś, i cieszę się, że tu z nią jesteś. Możecie zostać tak długo, jak tylko macie ochotę, mnie i tak tu nie będzie.
– Ironia losu, co? Klara mówiła, że ten rok dał ci popalić. Chciałaś uciec z Polski i zaszyć się tutaj, a wypadki losowe ci nie pozwalają.
– To, że nie mogę tu być, w porównaniu z tym, że matka nie żyje, a Max leży w szpitalu, to żaden problem.
– Oczywiście, idiotycznie to zabrzmiało… przepraszam – odparł zawstydzony.
– Nie przepraszaj, wiem, o co ci chodziło. Mam nadzieję, że ten ciąg ponurych zdarzeń się zaraz skończy, pora na słońce.
– Za te wszystkie burze należy ci się słońce bez końca – powiedział łagodnym głosem Piotrek.
– Zgadzam się i planuję się grzać w jego promieniach na wzgórzu, które już jutro będzie moje – odparłam zdecydowanym tonem.
– Gratuluję, to wielki moment.
– Dzięki, też tak czuję, chociaż trochę się boję.
– Ty się boisz? Ostatnie, o co bym cię posądził, to strach.
– Żebyś tylko miał pojęcie…
– Nie bój się, nie ma sensu. – Otworzył okno. – Bo z tym strachem to bywa dziwnie, wiesz?
– Co masz na myśli? – spytałam, unosząc brwi.
– Bo widzisz, rozstałem się z Klarą przez strach i ze wstydem muszę przyznać, że bardzo dużo straciłem, nie tylko czasu i kolejnych wspólnych doświadczeń, ale przede wszystkim zbudowanego zaufania. Strach, kiedy mu ulegasz, paraliżuje. To taka mała śmierć, a przecież życie to nie czas na umieranie.
– To znaczy tylko tyle, że przez kawał życia przeszłam martwa… – Spojrzałam w nicość.
– Nie ty jedna. Grunt to więcej sobie na to nie pozwolić.
– Piotrek? – zagadnęłam, patrząc już w jego stronę.
– No?
– Myślisz, że zanim pojedziemy do domu, moglibyśmy zahaczyć o jeszcze jedno miejsce? Trochę nie po drodze, ale zależy mi, żeby tam zajrzeć.
– Gdzie tylko chcesz.
– To tu, zatrzymaj się, gdziekolwiek.
– Jak ty tu cokolwiek widzisz? Gdzie my w ogóle jesteśmy? Po czym ja jadę? Jakoś tu grząsko. – Piotrek krzywił się, kręcąc ciężko kierownicą i próbując w zupełnym mroku odgadnąć nasze położenie.
– Jesteśmy na plaży, jedziesz po piachu.
– A po cholerę… stop. Chyba nie chcę wiedzieć. – Zaparkował i wyłączył silnik. – A to światło, co to? Czy zamierzasz mnie tu zabić i zakopać? Pamiętaj, że umiem się bronić.
– To szkółka windsurfingowa. I nie, nie zabiję cię, nie dziś.
– Szkółka Borysa? – dopytał.
– Tak, właśnie ta.
– Czy dalej nie chcę wiedzieć?
– Jego siostra dzwoniła do mnie zaniepokojona i prosiła żebym sprawdziła, czy wszystko z nim okej, podobno nie odbiera telefonów od tygodnia. Boi się, że zaczął pić.
– Widok najebanego Borysa nie zdziwiłby mnie szczególnie – odparł Piotrek, uśmiechając się złośliwie.
– Zdaje się, że wszyscy wiedzą o czymś, o czym ja nie miałam pojęcia.
– Bo pewnie był w fazie zakochaństwa i się pilnował, na co dzień to niezła moczymorda.
– Całkiem nieźle prowadzi biznes jak na moczymordę.
– Tak, to nad wyraz dobrze funkcjonująca moczymorda – odparł Piotrek niemal z podziwem.
– No nic, idę tam tylko na chwilę zobaczyć, co się dzieje. Światło się pali, więc ktoś jest. Jeśli żyje, to go widzieli i potwierdzą. Jeśli nie, będziemy szukać dalej. – Zapięłam kurtkę pod szyję. – Idziesz ze mną, czy czekasz?
– No jasne, że idę.
Wyszliśmy z samochodu i doszły do nas, tłumione przez huczący wiatr i bijące fale, dźwięki imprezy, od której dzieliła nas minuta spaceru. Niebo mieniące się gwiazdami i grająca w oddali muzyka sprawiły, że przez chwilę poczułam się jak w beach barze na Helu.
Dochodziliśmy już do wejścia, kiedy w odległości kilkunastu metrów od nas zobaczyłam Borysa pchającego taczkę, a dopiero po kilku kolejnych krokach dojrzałam, że w taczce wiezie człowieka.
– O kurwa… – powiedział przez śmiech Piotrek. – No dobra, widzisz, że żyje. Chyba misja wykonana… możemy wracać?
– Takie cudo mam przed oczami, a ty każesz mi wracać? O nie… teraz muszę się temu wszystkiemu lepiej przyjrzeć – odpowiedziałam w radosnej ekscytacji.
Podeszliśmy bliżej. Dostrzegłam, że poza Borysem jest też drugi gość i pchają tę taczkę razem. Dalej już się nie ruszaliśmy, bo szli wprost na nas.
– O kurwa, czy ty widzisz kto w tej taczce siedzi? – zapytałam ze zdumieniem w oczach.
– No jakaś laska, nie wiem… powinienem wiedzieć?
– To Asia Ochocka!
– Kasia jaka?
– Nie Kasia, tylko Asia. Ochocka, taka trenerka, slash influencerka.
– A co ty, ja nie żyję w świecie mediów społecznościowych, wolę ten prawdziwy. – Splunął owadem, który wpadł mu do ust.
– I niczego nie tracisz, niczego… – zapewniłam, obserwując zbliżające się do nas postaci.
Asia ochocka była znaną trenerką. Znaną, ale nie dobrą. Moja koleżanka Paulina pełniła kiedyś funkcję menadżerki zajęć fitness w największej stołecznej sieci siłowni i cieszyła się równie szeroką sławą w internecie, co Asia Ochocka, z tą tylko różnicą, że w przeciwieństwie do niej miała też autorytet. Przez pewien okres trzymałyśmy się z Pauliną naprawdę blisko (pewnie przez wspólne zamiłowanie do blantów i gorzały), siłą rzeczy więc bujałam się w warszawskim sportowym światku. Na którejś z imprez pojawiła się ta właśnie Asia. Paulina opowiedziała mi wtedy historię, kiedy to na jej oczach, podczas prowadzenia szkolenia dla instruktorów jakiejś fitness-jogi czy innego wynalazku, Asia Ochocka przy kilkudziesięciu kursantach, okrutnie obśmiała jedną z uczestniczek, która pomyliła się w nomenklaturze i pozycję żurawia nazwała wroną. Podobno szydziła z niej do końca szkolenia, a dziewczyna przejęła się wszystkim tak bardzo, że napisała skargę do organizacji.
Paulina powiedziała mi też, że Asia nie lubi towarzystwa ładnych dziewczyn; podobno preferuje te, które uważa za brzydsze od siebie, by móc jasno lśnić na ich tle. I to wszystko się chyba zgadza, bo ta biedna, przez nią wyśmiana była rzekomo zjawiskowo piękna. Przyznam, że sama przejęłam się jej losem, ale odwieczna zasada, mówiąca o równowadze w naturze, najwyraźniej się tu aplikuje, bo według zeznań Pauliny dwa lata po tym, jak została upokorzona w sali treningowej, wyszła za mąż za super przystojnego Australijczyka. Mieszkają gdzieś nad oceanem, mają piękne dziecko, a ona wygląda tak, że nie uwierzylibyście, że kiedykolwiek je urodziła. No ale wracając do rzeczy, odkąd Paulina opowiedziała mi tę historię, Asię znielubiłam i nie mogłam uwierzyć, że oto widzę ją, więzioną w taczce na rodyjskiej plaży.
Czasem się tak zdarza, że to, co dobrze wygląda w obiektywie, na żywo nie radzi sobie już tak świetnie. To jednak nie dotyczyło Asi – ona była dokładnie tak samo zjawiskowa, jak ilustrujące ją na Instagramie zdjęcia; nawet teraz, kiedy była kompletnie pijana. Jej ciało było smukłe, wręcz chude, o długich nogach i rękach, przytwierdzonych do zgrabnego torsu zdobionego małymi piersiami. Twarz miała niebrzydką, ale też niepiękną, trochę jak lalka Barbie, ale o bardziej końskich rysach. Platynowe włosy i niebieskie oczy robiły z niej przysmak dla koneserów klasycznych blondynek. Usta miała lekko poprawione, ale na tyle dobrze, że umiało to dostrzec tylko wprawne oko. Gorzej było z permanentnie wytatuowanymi brwiami – te krzyczały rysunkowym kunsztem w klimacie „faszyn from raszyn”, ale wciąż nie na tyle głośno, by przyćmić jej, niestety niekwestionowaną, urodę.
Staliśmy w półmroku i nadal nas nie widzieli. Zatrzymali taczkę. Asia próbowała się z niej wydostać, ale marnie jej szło. Borys i ten drugi zaczęli jej pomagać, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło i wszyscy runęli na piach, a taczka razem z nimi.
– Skąd oni wzięli tu taczkę? – spytał Piotrek, wyraźnie pochłonięty szukaniem odpowiedzi na to pytanie.
– Nie wiem, a co to ma za znaczenie? – odpowiedziałam szeptem. – Cicho, oglądajmy.
– Chcesz? – wyciągnął w moją stronę jointa.
– Pytanie! – Łapczywie się zaciągnęłam.
Borys, z trudnościami, postawił się w pionie, później pomógł Asi i ona, po kilku próbach, też stanęła na nogach. Drugi gość dalej leżał na ziemi i zwijał się ze śmiechu, i to właśnie po tym śmiechu rozpoznałam, że był to Grzesiek.
Nie wiem, skąd Borys wziął Asie Ochocką albo skąd ona wzięła jego, ale zdecydowanie wiatr, choć znacznie zakłócający równowagę, obojgu im sprzyjał. Asia szczerzyła się, jakby ktoś zaraz miał strzelić jej fotkę, a Borys trzymał ją to za rękę, to za dupę i cieszył się widokiem jej złej, ale niebrzydkiej gęby. Ta sama gęba chwilę później uwolniła wielkiego pawia, którego znaczna część wylądowała na jej kremowej bluzie, a reszta na stopach o perfekcyjnie pomalowanych paznokciach. Kierowana instynktem, doszła z powrotem do taczki i przez chłopaków została na niej z powrotem posadzona.
Piękna Asia Ochocka, zachlana do nieprzytomności i zarzygana, jedzie na taczce, pchanej przez trochę mniej najebanego Borysa i jego skutego asystenta. Nie byłoby w tym obrazku nic niezwykłego, bo pewnie wielu pijaków ewakuowano na taczkach, ale fakt, że była to ona – Asia Ochocka – zmieniał wszystko. Stałam tak sobie, popalając blanta, i zastanawiałam się, co by było, gdybym wyjęła teraz telefon i cały ten obrazek nagrała, a później puściła do sieci. Jak zareagowałaby jej publika – religijne, śmieszne grono niewzajemnej adoracji? Czy podobałaby im się Asia zamiast uśmiechem tryskająca pijackim rzygiem? Czy wiedzą, że ona też jest człowiekiem, czy zapomnieli? Mogli zapomnieć, bo przecież jedyne, co pokazuje w swoim stworzonym z obrazkowych kafelków świecie, to boskie portrety i rajskie widoczki. Co by było, gdyby pokazać im wszystkim całkiem ludzkie oblicze samozwańczej bogini? Pytanie to pozostaje póki co bez odpowiedzi, bo wolałam wtedy palić jointa i patrzeć, niż wyciągać telefon.
Współczułam jej, że ma ponumerowane uśmiechy, oddzielny na każdą okazję, i nawet będąc kompletnie nachlaną, któryś z nich nosi przyklejony do gęby. Współczułam, że depcze innych, żeby się odbić. Współczułam Asi Ochockiej, że stała się tą Asią Ochocką, miała przecież tyle różnych dróg. Współczułam jej szczerze, bo było oczywistym, że żyje, ciągle coś udając i nie będąc w harmonii ze sobą, a to trudne – sama tam kiedyś byłam i pamiętam jakie to nieprzyjazne miejsce.
– Wracajmy, zanim nas zobaczą.
– Dlaczego? – spytał wyraźnie rozczarowany Piotrek. – Mam wrażenie, że zabawa dopiero się rozkręca.
– Zabawę to mamy tu chyba tylko my…
– Czy właśnie nie o to chodzi?
Długo zastanawiałam się nad odpowiedzią.
– Masz rację, właśnie o to. – Zdmuchnęłam popiół z żaru. – Zostańmy jeszcze, ale cofnijmy się choć kawałek, bo jeszcze nas zauważą.
– A czemu tak bardzo nie chcesz, żeby nas zobaczyli? – Wyciągnął rękę po skręta.
– Z tego samego powodu, dla którego safari jest lepsze od zoo. Zwierzęta w swoim naturalnym środowisku ogląda się najlepiej, a gdy nas zobaczą – mówiłam, podając mu jointa – będzie po safari. Poza tym jutro znów muszę tu przyjechać…
– Po co? Ciągnie wilka do lasu? – zapytał z głupawym uśmiechem.
– Zdecydowanie nie ciągnie. Mam tu deskę z żaglem i chcę je zabrać.
– A rzeczywiście, Klara mówiła, że Borys dał ci ładny zestaw, to właśnie ten chcesz odebrać?
– Tak, ten. Długo się biłam z myślami, czy go w ogóle po niego przychodzić. To dość niewygodna sytuacja, bo wiesz… cała ta spina między nami… niehonorowo przychodzić do byłego i żądać prezentu, który się od niego dostało. Z drugiej strony uwielbiam ten sprzęt i nie widzi mi się kupować kolejnego, nie wiadomo skąd. Poszukałam więc cen używek, uśredniłam i przelałam mu odpowiednią kwotę na konto.
– Sprytnie! Czyli jutro czeka nas tu kolejna wycieczka?
– Jeśli będziesz taki kochany… – Wyszczerzyłam zęby i zatrzepotałam rzęsami.
– No jasne, że będę – potwierdził i dał mi końcówkę skręta.
Asia Ochocka leżała w taczce, już bez uśmiechu, bo albo była nieprzytomna, albo zasnęła. Borys i Grzesiek gdzieś zniknęli.
– Przedstawienie się skończyło, chodźmy na obiad, Klara czeka – powiedziałam i klepnęłam go w ramię.
– Chodźmy.
Piotrek nie miał pojęcia, gdzie jesteśmy, więc nawigowałam. Powiedziałam mu, że kieruję się na podstawie gwiazd, ale ani przez chwilę mi w to nie uwierzył, bardzo go to jednak rozbawiło – jak bywa po paleniu trawy – i dzięki temu nasza podróż do domu przebiegła wesoło.
Dojechaliśmy na miejsce szybko, dom oświetlony był przez jasny księżyc, któremu brakowało zaledwie dwóch nocy do pełni – wyglądało to przepięknie.
– Stary, ten dom jest piękny, i mój! – zachwyciłam się wzruszona.
– Twój, twój – odparł, wyciągając z bagażnika moją małą walizkę. – Szkoda tylko, że tak rzadko tu bywasz.
– Spoko, to się zmieni, kwestia czasu.
– Nie spiesz się, mnie tu dobrze. – Uśmiechnął się, mrużąc swoje czerwone, i tak już do połowy przymknięte, oczy.
W drzwiach stanęła Klara. Przywitała mnie uśmiechem i bijącym z jej twarzy spokojem. Wyglądała doskonale; miała na sobie beżowe, lniane spodnie do połowy łydki i odsłaniającą cały wytatuowany brzuch wiązaną koszulę z długim rękawem do kompletu. Jej ciemne włosy urosły w międzyczasie aż za linię talii.
– Jest i moja piękna druidka, mój anioł. – Przytuliłam ją mocno. – Ale pachnie…
– To pewnie łosoś.
– Nie, to coś innego. To czystość. Czy wy tu sprzątaliście?
– Odrobinę.
Rozejrzałam się dokoła. Zasłony, pokrowce kanapy i foteli były wyprane, podłoga i okna lśniły – to, czym pachniało w domu, było niczym innym, a czystością.
– Oszaleliście… nie wiem, co mam powiedzieć! – wydukałam zdumiona.
– Gościsz nas w swoim domu i nie powalasz się nawet dorzucić do rachunków, chociaż tyle mogliśmy zrobić – skwitował Piotrek. – A teraz chodźmy jeść, umieram z głodu.
Klara nakryła pięknie do stołu. Na glinianych talerzach w kolorowe wzorki podała smażonego łososia z sosem maślano-czosnkowym, ryżem zasmażanym z warzywami i surówką z kopru włoskiego i pomarańczy. Nagle zrozumiałam, dlaczego tak marzyła się jej pełna dzieci rodzina – ona była po prostu stworzona, żeby być jej głową. Swoim magicznym dotykiem tchnęła w ten dom życie, sprawiła, że stał się bezpieczną przystanią, do której człowiek chce wracać; gdzie je się smacznie i śpi spokojnie. Aż skręcało na myśl, że taki potencjał mógłby się zmarnować – że miałby nie rozpalić ognia domowego ogniska i nie ogrzać jego ciepłem serc swoich dzieci. Wtedy to do mnie dotarło, i wiedziałam, że do Piotrka też, tylko nieco wcześniej.
– Zrobiłaś przepyszną kolację, nie miałam pojęcia, że umiesz tak gotować.
– Cieszę się, że ci smakuje. – Uśmiechnęła się nieśmiało. – Powiesz nam, jak Max?
– Wbrew temu, co „coś” ci mówiło, żyje i ma się coraz lepiej.
– I całe szczęście! – odpowiedziała.
– O, „cosiem” cię straszyła? – Piotrek spojrzał wymownie na Klarę. – Mnie „coś” też nieraz napędziło strachu, ale teraz już wiem, że to taki papierowy tygrys. –Mrugnął do mnie okiem.
– Śmiejcie się, śmiejecie… ja swoje wiem. – Klara pokręciła głową z rezygnacją i wzięła kęsa ryby. – Ufam swojej intuicji.
– Klaritko, za mądra i za duża jesteś na to, żeby wierzyć w „cosia” – prowokowałam przyjaźnie.
– Zmieńcie temat, okej? – poirytowała się.
– No już, nie stresuj się. – Piotrek pogładził jej dłoń. – Jesteś mądrą dziewczyną i masz sporo zdrowego rozsądku, to dlatego w większości przypadków twoje przypuszczenia są trafne, nie wiązałbym tego z intuicją.
– Prosiłam! Skończmy temat. – Odłożyła sztućce i położyła ręce na stole. – Zjarani jesteście nie do wytrzymania. – odparła, lustrując nas wzrokiem. – Karolina, miałaś opowiadać o Maksie, mów więc.
Złapała z powrotem z nóż i widelec, a ja posłusznie opowiedziałam im wszystko. Później wypiliśmy jeszcze tylko miętę z rumiankiem, bo Klara ubóstwiała ten napar i parzyła pełen dzban każdego wieczora, a potem poszliśmy spać.
Zatopiłam się w czystej pościeli, pachnącej suszonym na słońcu praniem. Nie otwierałam okna, bo tamta noc była wyjątkowo chłodna. Zatęskniłam za Maxem, chciałam, żeby był obok. Z tą myślą zamknęłam oczy i momentalnie zasnęłam.
Ranek obudził mnie dochodzącym zza nieszczelnych okien śpiewem ptaków, wychyliłam się, próbując dojrzeć, czy nie ma wśród nich rudogłówki, ale nie przyleciała. Pokręciłam głową, niedowierzając samej sobie… jeszcze wczoraj wieczorem śmiałam się z przyjaciółki i jej wiary w intuicję.
Miałam godzinę do przyjazdu Anatolija, przynajmniej nie musiałam się martwić robieniem porządku, Klara z Piotrkiem wylizali chatę na błysk. Po spotkaniu z nim zaplanowałam wizytę w szkółce Borysa i zabranie z niej sprzętu, gdzieś w środku miałam nadzieję, że go tam nie zastanę i wszystko przebiegnie bez zbędnych dramatów.
Narzuciłam na siebie muślinowy szlafrok i zeszłam na dół, już na schodach poczułam roznoszący się zapach kawy i – mogłabym przysiąc – croissantów z masłem. Wbiegłam do kuchni, podniecona jak sęp na wieść o padlinie.
– Czy ja czuję croissanty? – spytałam, pobudzona na samą myśl.
– Niezły masz węch – uśmiała się Klara, wskazując na stół i przykryty ściereczką talerz. – Łap, jeszcze ciepłe.
– Poczekaj, zróbmy to po ludzku; najpierw kawka. – Wlałam do kubka czarny płyn i zabieliłam sojostwem.– Jeszcze gdyby była do tego nutella… świat byłby idealny.
– Masz szczęście, Piotrek też traktuje croissanty nutellą. – Klara wyjęła z szafki słoik i podała mi z uśmiechem.
– Ten dzień nie może pójść źle, wiesz? – Przytuliłam ją w talii, mocniej niż trzeba.
– Aua! Połamiesz mi żebra! – Dolna połowa jej twarzy uśmiechała się, a górna malowała grymasem bólu. – Jesteś gotowa na spotkanie z Antonim?
– Anatolijem. Tak, jestem.
– Antoni, Anatolij, jeden pies. – Machnęła ręką.
– Ciekawe, czy on też jest tego zdania – zakpiłam, po czym zanurzyłam nuż w czekoladowo-orzechowym kremie.
– A co z wizytą u Borysa, kiedy to załatwisz?
– Po spotkaniu z Anatolijem.
– I uważasz, że zdążysz później na samolot powrotny?
– A nie. O tym, że nie zdążę, wiedziałam już wczoraj. Na szczęście udało mi się przełożyć bilet na jutro, i to bez dopłaty – odparłam dumnie.
– Mądrze. Bardzo mądrze, aż niebywałe w twoim przypadku.
– Małpa jesteś.
– Może i jestem, ale wiesz, że mam rację.
– Człowiek z czasem się uczy, w końcu zaraz kończę trzydzieści jeden lat, wiek zobowiązuje.
– No tak, wielki dzień się zbliża, pierwszy marca, tak?
– Tak jest. Tylko nie mów nikomu, dobrze?
– Niby dlaczego?
– Bo nie chcę, po prostu. Nie lubię życzeń, śpiewania „sto lat” i szumu wokół siebie.
– Ty nie lubisz szumu wokół siebie? – parsknęła śmiechem. – Od kiedy?
– No lubię, lubię, ale nie ten urodzinowy… nie wiem, jak ci to wytłumaczyć, wzdryga mnie na samą myśl…
– Starzy cię straumatyzowali imprezami niespodziankami?
– Nie, nigdy nie obchodziliśmy moich urodzin. Dostawałam prezent, ale tortu czy przyjęcia – tego nie robili nigdy, chwała bogu…
– Rozumiem, nikomu nie będę wspominała… a teraz idź się ubrać. I zrób to dobrze, w końcu później jedziesz do Borysa, niech go krew zaleje, że taka ładna jesteś. Należy mu się.
– Nie wiem, czy nawet spojrzy w moim kierunku, zdaje się, że przygruchał sobie Asię Ochocką.
– Kasię jaką?
– Czy ja naprawdę tak bełkoczę? – spytałam ze niedowierzaniem. – ASIĘ, nie Kasię. Asię Ochocką.
– Hmmm. – Klara spojrzała z niezrozumieniem. – Powinnam wiedzieć, kto to jest?
– Nie, zupełnie nie.
Nie miałam ze sobą prawie żadnych ubrań; pakowałam się w popłochu i bez głowy, całe szczęście Klara miała ich multum i, choć była chudsza ode mnie, to lubiła oversize, więc jej ciuchy leżały na mnie jak ulał. Pozazdrościłam jej zestawu, który miała poprzedniego dnia – lnianych spodni i odsłaniającej brzuch koszuli – i to właśnie ich zażądałam. Obwąchała tkaniny, jak pies tropiciel, i obszukała w kierunku plam, a po tej krótkiej inspekcji uznała, że absolutnie nadają się do ponownego użytku. Z radością wystroiłam się w przepiękny zestaw. Wyglądałam świetnie, do perfekcji brakowało tylko tatuażu na brzuchu i to chyba właśnie wtedy przeszło mi pierwszy raz przez myśl, że powinnam go sobie zrobić.
Anatolij przyszedł z eleganckim, dziesięciominutowym opóźnieniem, i chwała mu za to, bo w ostaniej chwili postanowiłam jednak umyć głowę – Klara przemówiła mi do próżności i stwierdziłam, że wolę wyglądać dobrze, jeśli rzeczywiście przyjdzie mi natknąć się na Borysa.
Piotrek podał nam wszystkim kawę, Anatolij myślał chyba, że jest osobą, której wynajmuję dom, a ja go z tego błędu nie wyprowadzałam. Wyrzucił na stół stos papierów i zanim je wszystkie przeczytałam, Klara zdążyła zaparzyć dwa kolejne dzbanki kawy i podać przekąski. Po wszystkim pojechaliśmy do banku, do którego ledwo zdążyliśmy przed zamknięciem.
Po pięciu godzinach papierologii i użerania się z międzynarodowymi transferami, wzgórze było oficjalnie moje. Podziękowałam Anatolijowi za transakcję, uścisnęłam mu dłoń i poszłam, nie mając pojęcia, że był to ostatni raz, kiedy się widzieliśmy. Wsiadłam do samochodu, w którym cierpliwie czekał na mnie Piotrek.
– To co, chcesz jechać teraz na wzgórze, symbolicznie zapluć swoje? – zaproponował.
– Zapluć? Pierwsze słyszę.
– Nie plułaś w podstawówce na krzesło, żeby nikt cię nie podsiadł?
– Nigdy… gdzie ty chodziłeś do podstawówki? – Uniosłam brwi. – Widzisz, Piotrek, w moim świecie w posiadanie wchodzi się drogą transakcji i umów, a nie poprzez zapluwanie swojego – zażartowałam, uśmiechając się przyjaźnie.
– W świecie bogaczy i ziemskich posiadaczy, co? – Szturchnął mnie w ramie i zaśmiał się. – U nas, w świecie szarych, wrocławskich bloków, obowiązywało prawo dżungli, a każda, jak to mówisz, „transakcja” była wiązana.
– Brzmi całkiem ciekawie.
– Jedna ziemia, wiele światów – podsumował i poczochrał mnie po głowie. – Kupiłaś sobie działeczkę na Rodos, co?
– No, bez kitu. Kupiłam – potwierdziłam, sama nie dowierzając.
– Podpisałaś papiery, ale dopóki fizycznie jej nie zaplujesz, nie będzie twoja. Jedziemy.
– Skoro tak, to jedziemy! – zgodziłam się i machnęłam ręka, uśmiechając się pogodnie.
Dojechaliśmy na wzgórze, kurz kotłował się za nami nieznośnie, a słońce waliło bez litości, odbijając się dumnie w tafli morskiego bezkresu.
– Na co czekasz? Pluj! – nakazał Piotrek.
Splunęłam.
– Ty sobie żarty robisz? To ma być plucie? – spytał, kręcąc głową z pożałowaniem. – Zbierz porządnie i spluń z sercem. Pokazałbym ci, ale to twoja działka i pluć tu nie będę, a na pewno nie, dopóki ty pierwsza tego nie zrobisz. No, dawaj, jak ty się kobieto uchowałaś, nie potrafiąc pluć?
– Umiem, umiem, poczekaj. Po prostu mi tak głupio przy tobie.
Odcharknęłam, co mogłam. Gęstą, słoną ślinę zmieszałam z tą płynną i słodką. Skumulowałam pod językiem, ułożyłam usta w kształt gwintu, zebrałam na język nabój i silnym dmuchnięciem, połączonym z dynamicznym wyrzutem języka, splunęłam tak dobrze, że certyfikowany menel by się nie powstydził.
– No, i to było solidne splunięcie. – Piotrek tym razem pokiwał głową aprobująco. – Teraz możesz nazywać to, zresztą całkiem niekiepskie wzgórze, swoim.
– Jest moje. – Rozejrzałam się dokoła, nie mogąc przestać się uśmiechać. – Zabawne, że na początku taka byłam sceptycznie nastawiona, nawet trochę żałowałam. Teraz cieszę się z tego kawałka suchej ziemi nawet bardziej niż z domu. Od dziś to moje Wzgórze.
– No, powiem ci, że na bogato. – Wystawił dłoń, żebym przybiła z nim piątkę. – Słuchaj, całkiem tu ładnie, ale czas ucieka, a zdaje się, że masz jeszcze jakieś sprawy do załatwienia…
– Tak, sprawy… załatwmy je, chcę mieć to już za sobą.
– No to pakuj się do auta i jedziemy.
Dojechaliśmy na miejsce po niecałej godzinie. Zobaczyłam zaparkowany samochód Borysa, na którego widok skręciło mi kichy, a w gardle jakby utknął mi kawał buły.
– Co tak pobladłaś? – spytał Piotrek.
– Sama nie wiem. – Wzięłam głęboki wdech.
– Wczoraj byłaś bardziej wyluzowana, co się dzieje?
– Wczoraj nie musiałam stawać z nim twarzą w twarz i… rozmawiać.
– Nie peniaj, jestem z tobą. – Klepnął mnie ziomalsko.
– Dobra, idziemy – zarządziłam, skrzyżowałam dynamicznie ramiona i klepnęłam się dopingująco w barki.
Wyszliśmy z zaparkowanego na tyłach budynku samochodu i nikt nas nie widział. To był jeden z tych nielicznych dni, kiedy nie wiało, miałam więc pewność, że ktokolwiek był dziś w szkółce, na pewno jest w środku. Z każdym krokiem gwar stawał się wyraźniejszy, słyszałam co najmniej pięć różnych głosów, ale gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że osób jest dwa razy więcej.
Na dużej kanapie siedział Borys, obok wciśnięta w niego Asia Ochocka, a wokół siedem innych osób, których nigdy wcześniej nie widziałam. Za ladą recepcji – zresztą zupełnie nową – stał Grzesiek z wyrazem twarzy jeszcze bardziej tępym niż zwykle.
– Hej wszystkim – powiedział Piotrek, zwalniając mnie z tego obowiązku. – Przeszkadzamy? Mamy tylko jedną, krótką sprawę do prezesa. Borys, dasz radę pogadać chwilkę?
– Cześć Piotrek! U mnie dobrze, a co u ciebie? – odpowiedział i spojrzał sugestywnie. – Teraz nie dam rady, jak widzisz, jestem w trakcie rozmowy z moimi obozowiczami. – Zanurzył się jeszcze głębiej w kanapę.
– Rozumiem. Wyjdziemy w takim razie i zaczekamy na zewnątrz. Zaszczyć nas, proszę, jak skończysz rozmowę – odparł Piotrek, uśmiechając się ohydnie, po czym złapał mnie za ramię i zawrócił.
Zgodnie z zapowiedzią wyszliśmy przed szkółkę. Pobladłam już do reszty, bo kiedy byliśmy w środku, widziałam jak Asia Ochocka lustrowała mnie swoim wstrętnym spojrzeniem – nie miałam najmniejszej wątpliwości, że wiedziała, kim jestem.
– Towarzystwo nie traci czasu. Nie ma czwartej, a oni najebani – skomentował Piotrek.
– Myślisz?
– Ja nie myślę, ja wiem.
– Czyli ten obóz już się zaczął, myślałam, że to dopiero za tydzień – analizowałam.
– Jaki obóz?
– No ci wszyscy ludzie są tu na obozie, kondycyjnym chyba. Pewnie to dlatego Ochocka tu w ogóle jest.
– No, widać, że towarzystwo ostro trenuje – obśmiał się. – Natankowani w środku dnia, kondycję do chlania niewątpliwie mają.
– Ciekawe, ile będziemy tu czekać.
– Niedługo, sama zobaczysz. – Zsunął okulary przeciwsłoneczne z głowy na nos.
Miał rację, nie minęło pięć minut, gdy wszyscy gwarnie wypełzli na dwór, rozsiedli się na ustawionych leżakach i zaczęli pić wódkę. Borys, zerkając w naszą stronę spode łba, wychylił z nimi jedną kolejkę. Zaśmiał się głośno, klepną kogoś w ramię, a potem podszedł do nas już lekko chwiejnym krokiem. Za nim – niczym wierny giermek – maszerowała niemniej rozbujana Asia Ochocka. Przepicie wyraźnie jej nie służyło, bo nagle zaczęła dramatycznie różnić się od swojej obrazkowej wersji.
– Co chcecie? – zapytał obcesowo Borys.
– Przyjechaliśmy tylko odebrać sprzęt, nic więcej – odparł Piotrek.
– Jaki sprzęt?
– Sprzęt Karoliny. Ten, który od ciebie dostała.
– A co, Karolinie mowę odjęło, że musisz jej adwokacić? – Borys spojrzał na mnie z pogardą.
– Po waszej ostatniej interakcji nie czuje się w pełni bezpiecznie w twoim towarzystwie, chyba to rozumiesz? – Piotrek wciąż odpowiadał.
– Macie tupet – przemówiła Asia Ochocka, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Przychodzicie tu domagać się nieswojego sprzętu i przeszkadzacie nam w zajęciach.
– Bardzo przepraszamy, nie mieliśmy pojęcia, że prowadzicie zajęcia – odpowiedziałam jej najgrzeczniej, jak potrafiłam. – A co do sprzętu, to zrobiłam ci przelew i tylko dlatego się go „domagam” – oznajmiłam, zwracając się już tylko do Borysa.
– Co ty sobie myślisz? Że będziesz mnie przedrzeźniać? W dupie się poprzewracało! – Ochocka zaczęła miarowo podnosić głos.
– Hej, hej, ale po co te nerwy… – uspokajał ją Borys.
– Nerwy? Przychodzi twoja eks z roszczeniami, a ty mnie pytasz o nerwy? – wrzeszczała już na całego.
– Hej… spokojnie. – Borys zniżył ton, sądząc chyba, że też ją do tego zainspiruje. – Wszyscy na nas patrzą, nie rób scen. Nic się nie dzieje, to jej rzeczy i ma prawo je zabrać.
To ostatnie zdanie nie spodobało się jej chyba najbardziej. Nie wiem, co sobie pomyślała, bo wyraz jej wymęczonej gęby wskazywał na to, że raczej nic. Coś jednak pod tą kopułą musiało się kotłować, bo po krótkiej chwili zdecydowała się nie zważać na niczyje prośby. Niesiona wybuchową mieszanką złości i alkoholu, wyszła zza jego pleców, pomaszerowała wprost w moją stronę, zamachnęła się i uderzyła mnie z płaskiej ręki w twarz. Stałam twardo jak dąb, niewzruszona, bo w porównaniu do policzka, który kiedyś wymierzył mi Adam, ten był jak muśnięcie i jedyne, co poczułam, to lekkie draśnięcie na ego. Zdaje się, że rzeczywiście co nie zabije, to wzmocni.
Stanęła przede mną, z miną tak obrzydliwą, że chyba brzydszej nie widziałam w życiu.
– Koleżanko, zrób to jeszcze raz, a pożałujesz – zagroziłam prowokacyjnie.
Na reakcję nie musiałam czekać długo, odwinęła się momentalnie. Tym razem szybkim ruchem złapałam jej rękę w locie i ściągnęłam ją w dół, nie luzując chwytu. Kompletnie zdezorientowana, odwróciła się w prawo, widząc pewnie kątem oka, że coś stamtąd nadciąga. Wzrok jej nie mylił, a to, co zobaczyła, było moją zaciśniętą pięścią lecącą prosto na jej krasny ryj z dokręconego biodrem sierpowego. Twarz Asi Ochockiej, na oczach jej wszystkich kursantów, zalała się jasną krwią płynącą ze złamanego nosa.
– Ostrzegałam. Na przyszłość słuchaj – powiedziałam z kamienną twarzą i roześmianą duszą.
– Ja pierdole, co ci do głowy strzeliło? – zapytał Borys, ale nie mnie, tylko Asię Ochocką.
Nie odpowiadała. Jak osunęła się na piach, tak wciąż na nim siedziała, próbując zatamować rękami bezlitośnie wypływającą z nosa czerwoną, lepką ciecz.
Piotrek patrzył z otwartymi ustami i uradowanymi oczami na tę żałosną scenę.
– Borys – odezwałam się pierwsza. – Powiedz mi tylko, gdzie jest ten sprzęt, nic tu po mnie…
Spojrzał na mnie i wstał.
– Jest złożony w boksie ze sprzętem dziecięcym, od razu zobaczysz – odparł cicho, jakby nie chcąc, żeby patrząca na nas grupa obozowiczów słyszała, co mówi. – Przepraszam cię za nią, co za wstyd. – Zakrył usta i pokiwał głową z niedowierzaniem.
– Nie przepraszaj za nią, każdy powinien robić to sam za siebie. – Spojrzałam mu głęboko w oczy. – A, i jeszcze jedno. Oddzwoń do Zośki, bo odchodzi od zmysłów.
Dałam znak głową Piotrkowi i poszliśmy do rzeczonego boksu. Z oddali słyszałam tylko, jak Borys podniesionym tonem opieprzał Ochocką za jej nieudany popis siły.
Czułam na sobie ich wzrok i przepełniała mnie prymitywna radość z tego, gówno znaczącego, triumfu.
– Cieszysz się, co? – spytał Piotrek szeptem.
– Cieszę, i zupełnie nie rozumiem, dlaczego.
– A dlatego, że podskoczyła ci do gardła, a ty kłapnęłaś mocniej szczękami. Zwykła dominacja. Coś, co cieszy każdego.
– Atawistyczne uwarunkowania.
– A po polsku „ludzka rzecz”.
– Tak jest – potwierdziłam.
– Bijesz bardziej jak rasowa chuliganka niż bogaczka i ziemska posiadaczka. – Piotrek lekko szturchnął mnie z łokcia.
– Jak widać, ziemscy posiadacze to multikulti kasta. – Mrugnęłam okiem.
– Wstydu nie ma, a powiedziałbym nawet, że jest i talent! – przyznał z podziwem.
– Talent to ja mam do ładowania się w gówno…
– To też całkiem chuligańska przywara. Łobuzka z ciebie.
– Wolę być łobuzką, niż zepsutą udawaczką, która na dodatek nie umie nawet dobrze przyłożyć z liścia.
– Jak ta, której właśnie dałaś krwawą lekcję?
– Jak ta, która sama sobie ją wzięła.
Wchodząc do recepcji, zobaczyłam Grześka, który ewakuował się natychmiast, gdy zaczęła się awantura. Uśmiechnęłam się do niego sztucznie i poszłam prosto do boksu ze sprzętem dla dzieci, Piotrek cały czas szedł za mną. Zestaw rzeczywiście zobaczyłam od razu. Ja złapałam za deskę, Piotrek za żagiel i wymaszerowaliśmy.
Wrzuciliśmy wszystko do samochodu. Zanim wsiadłam, obejrzałam się jeszcze raz za siebie, Asia Ochocka dalej siedziała na piachu. Borys stał nad nią, ale patrzył w innym kierunku – moim. Był za daleko, żebym mogła zobaczyć wyraz jego twarzy, więc go sobie wyobraziłam.
Coś mnie przeszyło na wskroś, nie boleśnie, ale nieprzyjemnie, przez chwilę myślałam, że ogarnął mną strach, ale to był zwykły żal.
Piotrek nie odezwał się do mnie przez całą drogę, jakby czytał w moich myślach i widział, że potrzebuję „minuty” ciszy na odżałowanie swojej straty. Przemówił dopiero, kiedy zaparkowaliśmy.
– Wiesz, nie jestem jakimś super specjalistą, ale ostatnimi czasy poznałem się trochę lepiej na życiu i mogę dać ci radę, chcesz?
– Nie gwarantuję, że skorzystam, ale tak, chętnie usłyszę – odpowiedziałam, wciąż wyglądając przez okno.
– Ludzka wyobraźnia to skomplikowana sprawa, tylko wymyśla i wymyśla. Czasem wpada na całkiem niezłe pomysły, ale są też te inne razy, kiedy rodzi jakieś idiotyczne scenariusze i każe nam myśleć, że mogą stać się życiem…
– A kiedy tylko zaczynasz je wdrażać, okazuje się, że w istocie to życie niszczą… – dokończyłam za niego. – Tak, wiem, znam to nie od dziś. Dlatego siedzę i daję tym myślom rozbijać się o potylicę. Przypłynęły, to i odpłyną, potrzebują tylko chwili.
– Widzę, że już masz na nie sposób. Ja swojego dalej szukam.
– W sytuacjach kryzysowych dobrze sprawdza się zimny prysznic… – Odwróciłam się i spojrzałam mu w oczy, moje podeszły łzami. – Wiesz, co przygniata mnie najbardziej? – spytałam, ale nie czekałam na odpowiedź. – Że nie ma nieskończonej liczby żyć, które można by przeżyć. Że trzeba zawsze między czymś wybierać, nie mogąc mieć wszystkiego. Nie mogąc przekonać się, w którym scenariuszu czujemy się najlepiej.
– Niech cię to nie przygniata, to tylko efekt tego, że nam się w srakach poprzewracało. Mamy wszystko, a chcemy tylko więcej. Przypomnij sobie, co czułaś, kiedy Max leżał w śpiączce. Dam głowę, że marzyłaś, żeby wszystko było jak dzień wcześniej. Teraz sytuacja się ustabilizowała, to i łeb zaczyna kombinować. I to nie powód do płaczu – powiedział, ocierając mi łzę wierzchem kciuka. – To prezent od losu, że w życiu nie ma czasu na wszystkie scenariusze, bo zawsze znalazłyby się przynajmniej dwa takie, które podobałyby ci się równie mocno. I co wtedy? Przecież się nie rozdwoisz.
– Mogłabym przeżyć jeden po drugim – mruknęłam z żalem.
– Wtedy zeżarłaby cię tęsknota za tym pierwszym. I nie wiem jak ty, ale ja uważam, że nie ma nic gorszego od tęsknoty.
– Czyli mówisz, że nie ma co się rozglądać wokół, myśląc, że po drugiej stronie trwa jest bardziej zielona?
– Gówno się znam na ogrodnictwie, ale z tego, co słyszałem, to trawa jest zielona tam, gdzie się ją dobrze nawadnia i nawozi.
– Też się gówno znam, ale to, co mówisz, ma sens. Może czas żebyśmy się zajęli pielęgnacją swoich trawników.
– Myślę, że to właśnie ten czas. Nasze trawniki mają potencjał na najbardziej soczystą zieleń.
Weszliśmy do domu. Klara nie mogła przeboleć, że ominęła ją bójka, szczególnie że przedstawiana przez Piotrka relacja była barwna i żywa, godna najlepszego bajarza. Domagała się, żebym pokazała jej Asię Ochocką. Przez dobry kwadrans scrollowaliśmy jej instagramowe imperium, nie zostawiając na nim suchej nitki.
– Skąd ona ma taki following? Przecież tu nie ma żadnej wartości dodanej! Tylko jej dupa, wydęte wary i samozachwyt. Jak ktoś może chcieć to oglądać? To oczywiste, że ta laska chce wzbudzać zazdrość.
– Ktoś jednak chce – wskazałam palcem liczbę obserwujących. – Cyfry mówią same za siebie. Wiesz, dla nas to jałowe gówno, ale może inni znajdują tu źródło inspiracji. To samo można powiedzieć o Fokach z Zatoki; że też się przechwalamy swoim super życiem.
– My pokazujemy windsurfingową drogę dwóch dziewczyn, które motywują się wzajemnie, a nie wypinamy dupy.
– Może gdybyśmy miały takie jak ona, to też byśmy wypinały.
– Macie lepsze – odezwał się z kuchni podsłuchujący naszą rozmowę Piotrek.
– Odrzuca mnie ona. Jest ohydna. Gardzę ludźmi, którzy puszczają w eter coś, co sprawia, że inni czują się gorzej. Trucizna – kontynuowała krytykę Klara.
– No tu się z tobą zgodzę… podobno taka właśnie jest w życiu.
– Musi spędzać połowę doby na organizacji swoich mediów społecznościowych, pewnie ta instagramowa kreacja jest dla niej ważniejsza niż prawdziwy świat. Co za marnotrawstwo życia.
– Komentujemy, komentujemy, a same co? Jesteśmy jeszcze gorsze! Ona przynajmniej monetyzuje swój zmarnowany czas, a my, oglądając ją, tracimy swój, i jeszcze podbijamy algorytm na jej korzyść! Koniec – zarządziłam, odkładając telefon ekranem do dołu. – Koniec Asi Ochockiej i całego jej cyrku. Nie lubimy pizdy, więc nie pozwólmy, by była częścią naszego życia.
– Mądrze – skwitował Piotrek, krzycząc z kuchni.
– A Borys, jak zareagował? – spytała Klara.
– O dziwo spokojnie – odparłam.
– Spokojnie? – wtrącił Piotrek. – Zjebał tę Asię równo za to, że wystartowała do Karoli.
– Ooo, to się Asia musiała wkurwić… – Klara zapiała z zachwytem.
– Ej, miało być koniec o Asi – ucięłam.
– Tak, tak. Koniec. – Klara klepnęła w udo otwartą ręką. – Chodźmy zrobić kolację, sąsiad dał nam w prezencie świeże ryby.
– Serio? Który sąsiad?
– Vasilis.
– Nic mi to nie mówi…
– No ten po sześćdziesiątce, mieszka w domu z tyłu.
– Widziałam go kilka razy, ale nigdy się sobie nie przedstawiliśmy.
– Zaprzyjaźniłam się z nim, jest uroczy! Powiedziałam mu, że jesteś nową właścicielką, wyraźnie się ucieszył. A dziś przyniósł w sąsiedzkim podarku ryby.
– Czy to znaczy, że ja też muszę mu dać jakiś sąsiedzki podarek? – zastanawiałam się na głos.
– Pewnie by wypadało.
– Nigdy nie poznałam tajników sąsiedzkich kurtuazji, całkiem się cieszę, że tu tak miło.
– Jak coś ugotujesz, to mu zanieś – zasugerowała Klara.
– Najpierw muszę się nauczyć gotować coś poza spaghetti…
– Zacznijmy od ryby. Chodź, nauczę cię.
Poszłyśmy do kuchni. Wspólnie spędzony czas był wspaniały. Klara nauczyła mnie filetować i smażyć rybę tak, żeby rozpadała się na wilgotne płatki, a nie kruszyła w suchy wiór. Pokazała również, jak grillować halloumi, by ciemne paski zamiast przywierać na beton do żeber patelni, odklejały się od niej, zdobiąc prostokąty sera i dodając im głębi smaku. Na koniec, kiedy powodowana niemożnością skrojenia pomidora, rzucałam kurwami na wszystkie strony, dała mi szkolenie z ostrzenia noży.
Uwielbiałam towarzystwo Klary, a ją samą kochałam. Zastanawiałam się czasem, która z moich przyjaciółek jest mi bliższa – ona czy Marika. Z obiema łączyła mnie zupełnie inna relacja. Przyjaźń z Mariką wynikała ze wspólnie przebytej, wieloletniej drogi, na której byłyśmy sobie naocznymi świadkami zachodzących w nas zmian. Ponad dwie dekady razem sprawiły, że znałyśmy się jak nikt inny na świecie, a nasza więź, mimo zawirowań, była nierozerwalna. Bywało, że nie rozmawiałyśmy ze sobą miesiącami, ale kiedy już któraś dzwoniła, to nie było niezręcznej ciszy czy small talku, a dzieląca nas wyrwa milczenia zdawała się zupełnie nie mieć znaczenia. Z Klarą miałam inaczej, poznałam ją niedawno, ale zagrałyśmy na tych samych falach i naturalnie było nam razem dobrze. Często przeforsowane, ale szczere rozmowy przełamały między nami lody, pozwoliły sobie wzajemnie zaufać i powierzyć największe sekrety. Ciekawy proces. Kiedy nie słyszałyśmy się długo, potrzebowałyśmy jednak czasu na odświeżenie relacji, na szczęście niedługiego.
Błahostki codzienne wolałam omawiać z Klarą, nie dlatego, że z Mariką nie lubiłam, po prostu jej życie po brzegi wypełniał chaos i dramat związany z rozwodem, więc dzwonienie z trywialnymi tematami zdawało się nie na miejscu. Była jednak pierwszą osobą, do której biegłam z płaczem, kiedy miał on poważne przyczyny, i nikt jak ona nie potrafił mnie tak otulić miłością. Po wypadku Maxa naprawdę potrzebowałam tej jej miłości i na samą myśl, że już za kilka dni przyjedzie do Trójmiasta i spędzimy razem czas, przepełniała mnie szczenięca radość.
Usiedliśmy do obiadu, miło było jeść coś smacznego ze świadomością, że zrobiło się to własnymi rękami. Halloumi, skrzypiąc między zębami, rozpływał się kremowo–słonym smakiem i komponował idealnie z dosmażoną rybą, panierowaną kruszonymi orzechami makadamia, w polewie z sosu beurre blanc. Dodatki w postaci sałatki greckiej i białego, taniego wina sprawiły, że obiad był jeszcze bardziej niezwykły.
– O ile to lepsze niż w tawernie – przyznałam.
– A o ile tańsze – dopowiedziała Klara, z pełnymi ustami. – Pyszne, naprawdę.
– Klara, a czy ty nie byłaś przypadkiem wegetarianką? – zdziałam się, widząc roślinożerną przyjaciółkę, przeżuwająca ze smakiem rybę.
– Co do zasady jestem, ale jak ktoś przyniesie własnoręcznie złowione i już i tak ubite ryby, to zdarza mi się zrobić wyjątek.
– I to mi się podoba. Nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż ekstrema. – Wzięłam kolejnego gryza i z rozkoszy zamknęłam oczy. – Chciałabym móc jeść coś takiego codziennie. Może jednak nauczę się gotować.
– Naucz, to dobra umiejętność.
Po obiedzie mieliśmy smaka na deser. Piotrek ukręcił puchaty kogel-mogel, z którym, wlanym do glinianych, kolorowych kubeczków, zasiedliśmy na kanapie. Na gadulstwie zleciały nam kolejne dwie godziny, aż północ dała o sobie znać, jasno świecąc księżycem w okno. Przyszedł czas na sen.
Starałam się unikać późnych wieczorów, lubiły bowiem raczyć mnie w tamtym czasie myślami, które zabierały w miejsca mroczniejsze niż sama ciemność. Tamtej nocy nie udało mi się zasnąć przed godziną zero i demony w głowie rozszalały się z momentem, kiedy przyłożyłam ją do poduszki. Dyktowały myśli:
Zaraz zasnę, odpłynę, w świat niezbadany, z którego jedyne, co pamiętam, i to wcale nie zawsze, to sny. W świat, który niby znam, a jednak jest mi obcy i co noc zaskakuje. Nigdy nie wiem, o czym przyjdzie mi śnić i z jakim nastrojem się obudzę, i czuję lęk, zasypiając, bo ostatnio zbyt często widzę tam koszmary. Ale ze wszystkich rzeczy najbardziej boję się dnia, w którym zapadną powieki, a razem z nimi klamka. I nic mnie już tam nie spotka, nawet ohydna mara. Koniec, po prostu. Odłączą prąd. Ziemia dalej będzie się kręcić w swym rytmie, a z nią radosny festiwal życia. Ze wschodzącym słońcem inni otworzą oczy, by zobaczyć to piękno, a ja z nimi już nie.
Nie myślę, że jutro, ale wiem, że przyjdzie ten dzień. Dzień końca mojej małej, nieznaczącej historii, która jest mi wszystkim. I to strach przed tym właśnie sprawia, że kurczą się płuca i ciało sztywnieje, i choć serce dalej mi bije, to jestem nieżywa. Strach. Mała śmierć.
Zasypiam tylko dzięki ucieczce – do pięknych wspomnień i barwnych marzeń, które w świecie niechybnego końca, są jedynym sensem krótkiego życia.