Rozdział 3
Nie śpi dobrze ten, co jutra się boi
– Czyli co? Dalej siedzisz w tym hotelu i czekasz, aż łaskawie da odpowiedź? – spytała Klara, pogubiwszy się już całkiem w chaotycznie przedstawionej przeze mnie historii.
– Odpowiedź dał, teraz czekam, aż łaskawie się wyprowadzi. Podobno w niedzielę dom ma być już pusty.
– Musisz być taka szczęśliwa! Myślałaś już o wystroju wnętrza i jakimś remoncie? – pytała podekscytowana.
– Nie. Poprosiłam, żeby wszystko zostawili, jak jest. Na zmiany przyjdzie jeszcze czas, teraz nie są konieczne. Wolę trzymać pieniądze, na wszelki wypadek. Zobaczymy zresztą, co mi z nich zostanie, jak kupię ten kawał suchego wzgórza…
– Przecież niczego nie musisz kupować. Dom jest twój, powiedz mu, że zmieniłaś zdanie.
– To nie fair. Opuścił mi dziesięć tysięcy tylko dlatego, że obiecałam kupić tę ziemię – zaoponowałam.
– Nic się nie znam na rodyjskim rynku nieruchomości, ale agenci to jedna rasa, czy w Grecji, czy w Polsce. Pewnie dał ci wygórowaną kwotę, którą i tak by ją opuścił. Według mnie nie musisz mieć żadnych wyrzutów sumienia, w biznesie nie ma miejsca na sentymenty, on by się tobą na pewno nie przejmował.
– Nie wiem, jeszcze myślę… nawet jeśli ją kupię, to dalej zostanie mi solidna sumka.
– Coś mi mówi, że czego nie zrobisz, będzie dobrze, więc zrób, jak chcesz.
– Twoje nieomylne „coś” – roześmiałam się.
– Śmiej się, śmiej. Nigdy mnie nie zawiodło.
– Czyżby? Nigdy? Co w takim razie „coś” ma do powiedzenia odnośnie do Piotrka? Rozmawiamy od pół godziny, a ty omijasz temat jak śmierdzące odchody. Moje „coś” podpowiada mi, że masz jakiś powód…
– Tak, bo się boję twojej reakcji – powiedziała ostrożnie Klara.
– Mojej? Dlaczego? Przecież obiecałyśmy sobie…
– Karola – weszła mi w słowo. – Kocham cię za to, jaka jesteś, ale prawda jest taka, że bywasz w swoich opiniach bardzo stanowcza i szorstka, można się ciebie bać…
– Myślę, że przesadzasz. Mów, teraz już nie masz wyjścia.
– No dobra, to mówię. Tylko postaraj się, na ile to możliwe, panować nad sobą. Dobrze?
– Teraz to ja się boję… – uśmiałam się. – Siadam, a ty mów. – Wyszłam na taras hotelowego pokoju, usadowiłam się wygodnie w fotelu i otworzyłam piwo.
– Jeszcze nie podjęłam ostatecznej decyzji, ale rozmawiamy z Piotrkiem o powrocie.
– Powrocie gdzie?
– No chcemy spróbować naprawić nasz związek.
– Chyba zbudować od nowa, bo z tego, co pamiętam, to Piotrek zrównał go z ziemią. – skomentowałam. – Nie boisz się, że znów się napracujesz, włożysz czas i emocje, a na koniec spotka cię powtórka z rozrywki?
– Ludzie się zmieniają.
– Czyżby? A powiesz mi, gdzie widziałaś tych „pozmienianych ludzi”?
– Na przykład mąż mojej kuzynki. Był alkoholikiem, ale zaczął chodzić do kościoła i od roku nie pije.
– To gówno, a nie się zmienił. Po prostu zamienił jeden nałóg na drugi. Teraz, zamiast alkoholem, upaja się bajkami o bogu i świętych. Jestem też pewna, że nie stał się mniej wnerwiający niż wtedy, kiedy pił. Założę się też, że mniej przepijał wtedy, niż teraz zostawia na tacy – mówiłam, popijając piwo. – Słyszałam, że kościół chce pieniądze za narodziny, za śmierć i za każdy oddech pomiędzy nimi. Ciekawa jestem, czy to prawda. Pytałaś tej kuzynki, czy mocno obrywa im się po kieszeni?
– Dobrze, że nikt poza mną cię nie słyszy, bo to, co mówisz, jest podłe. Naprawdę. I jak zwykle miałam rację co do twoich opinii… ale nic, nie ważne, byłam na to przygotowana – westchnęła. – Liczy się to, że znalazł wyjście z nałogu.
– Nie wyjście, tylko zamiennik. Mówiłam ci już. Zapytaj swoją kuzynkę, czy taki świętobliwy mąż jej odpowiada.
– Chyba odpowiada, bo sama z nim chodzi do kościoła.
– No to już podwójna tragedia! Nie dość, że sam, to jeszcze rodzinę w to gówno wciąga – podsumowałam.
– Karolina, ty naprawdę powinnaś się czasem ugryźć w język.
– W nic się nie będę gryzła. Pointa jest taka: nie wierzę, że ludzie się tak diametralnie zmieniają. Może mogą zmienić małe rzeczy, ale na pewno nie trzon charakteru. A już absolutną głupotą jest wiązać się z kimś i zakładać, że ta osoba dokona wielkiej autorewolucji. To błąd. Zrobisz, co chcesz, ale ja ciebie błagam, nie popełniaj go.
– Nie posłucham cię.
– Wiem, ale musiałam to powiedzieć, dla czystości własnego sumienia.
– Twoja czystość sumienia jest ważniejsza od mojego samopoczucia.
– Jestem egoistką, nie nauczyłaś się jeszcze? – powiedziałam łagodniej. – Przede wszystkim miałam nadzieję, że może jednak przemyślisz moje słowa i zmienisz zdanie.
– Wiem – odpowiedziała ciepło. – Ale nie zmienię. Powiedzieć ci dlaczego?
– Oczywiście! Nie mogę się doczekać, jak mnie oświecisz… – Wzięłam kolejny łyk piwa.
– Bo zgadzam się z tobą. Może nie we wszystkich kwestiach, bo są ewenementy, ale, co do zasady, też nie wierzę, że ludzie się zmieniają… a już na pewno nie, że Piotrek może się zmienić. Za bardzo sam siebie lubi. Sęk w tym, że u niego nie chodzi o zmiany w charakterze, a bardziej transformację potrzeb.
– Nic nie rozumiem. Mów do mnie po ludzku.
– On uciekł ode mnie, bo się bał.
– Czego się bał?
– Od jakiegoś czasu wywierałam nacisk na dzieci, a to go przeraziło.
– Na tyle, że musiał zmienić orientację? – dopytywałam.
– Czy ty kiedykolwiek odpuszczasz sobie uszczypliwości?
– Nie, ludzie się nie zmieniają – odpowiedziałam zawadiacko.
– Sytuację z Majkim też przegadaliśmy. Co ciekawe, to właśnie ona sporo mu uświadomiła.
– Że jest gejem czy jak?
– Jest bi. Majki był pierwszym mężczyzną, z którym spał.
– Grubo – bąknęłam. – I jak się z tym czujesz?
– Dziwnie, ale wracając do rzeczy… – zaczęła.
– Nie. Chcę posłuchać, jak się czujesz z tym, że twój eks czy zarazem przyszły partner jest biseksualny.
– Nie umiem się w tym odnaleźć. Jak jesteśmy w miejscu publicznym i widzę jakiegoś atrakcyjnego mężczyznę, to zastanawiam się, czy też na niego patrzy.
– Zważywszy na to, że podobał mu się Majki, wasze gusta raczej się nie pokrywają.
– To prawda – parsknęła śmiechem. – To nowe i dość niekomfortowe, ale z czasem się odnajdę.
– A dowiedziałaś się, co poszło z Majkim nie tak? Dlaczego się rozstali?
– No właśnie cały czas próbuję Ci powiedzieć, ale w kółko zadajesz mi jakieś durne pytania i nie mogę! – krzyknęła zirytowana.
– To mów, a nie wściekaj się.
– Piotrek powiedział, że po kilku miesiącach imprezowania zszedł na ziemię i uznał, że to nie dla niego. Twierdzi, że układ z Majkim był ucieczką od prawdziwych problemów.
– Jakich problemów?
– I tu dochodzimy do sedna i powodu, dla którego rozważam powrót.
– Poczekaj – przerwałam jej. – Wezmę tylko drugie piwo. – Wyjęłam z lodówki chłodną butelkę i zdjęłam kapsel. – Mów dalej.
– Powiedział mi, że kiedy zaczęliśmy remont domku w Zakopanem, to zaczął się cholernie bać tych nadchodzących zmian. Lubił nasze życie i nie chciał w nim burzącego wszystko dziecka – Klara odchrząknęła. – Wiesz, fajnie sobie to wszystko ogarnęliśmy. Zimą narty i górskie wyprawy, całe lato na Helu. Kasa była, czas był… nie chciał więcej, bo i czego tu więcej chcieć? I tak to w tej jego głowie rosło i rosło, a kretyn bał się powiedzieć mi o tym, był więc z tymi swoimi paranojami sam i tak zainfekowały mu łeb, że stwierdził, że chce się odciąć. Później pojawił się Majki, a z nim trwa i imprezki. Przyznał, że pierwszy miesiąc był oczyszczający, ale później czuł się tylko gorzej, a problemy zamiast znikać, narastały. Mówił, że tęsknił za naszym życiem i tym, jaka jestem bezproblemowa.
– No ale nie widzę tu transformacji potrzeb – powiedziałam z przekąsem.
– To słuchaj dalej. Powiedział, że nie wyobraża sobie życia z nikim poza mną, że do wszystkiego dojrzewa i myśli o dzieciach. Poprosił o czas i drugą szansę.
– Czyli uważasz, że nagle zachciało mu się dzieci i rodziny?
– Znam go nie od wczoraj i wierzę, że tak właśnie jest.
– Coś mi mówi, że decyzję już podjęłaś – skwitowałam spokojnym tonem. – Czujesz, że to wszystko jest fair wobec ciebie?
– Na pewno jeszcze ostatecznie jej nie podjęłam, ale tak, biorę to pod uwagę – powiedziała bez entuzjazmu. – A czy jest fair? Co masz dokładnie na myśli?
– Ty z nikim nie spałaś w tym czasie, kiedy on rżnął Majkiego w najlepsze.
– Wiem, myślałam o tym… i pewnie zabrzmi to głupio, ale fakt, że Majki jest typem, sprawia, że nie traktuję tego jako zdrady… durna jestem?
– Nie jesteś durna – zamilkłam na chwilę. – Może też powinnaś pójść z kimś do łóżka, żeby było symetrycznie – zaproponowałam.
– W sensie sprawiedliwie?
– Tak, w takim właśnie sensie.
– Może powinnam, ale nie mam ani ochoty, ani nikogo na oku.
– Zrobisz, co będziesz chciała, mam tylko nadzieję, że nie zaczniesz chodzić do kościoła.
– Ty znów z tym kościołem… A co by ci w tym przeszkadzało?
– To, że zmieniłabyś dla kogoś swoją tożsamość.
– To inna rzecz i w pełni się zgadzam. Robić coś z własnej, nieprzymuszonej chęci to jedno, ale dlatego, że ktoś inny zmusza, to już inna bajka. Inna, nie moja. Przemyślałam sobie dużo i jeśli miałabym się z nim zejść, to na pewno nie pozwoliłabym mu organizować mojego życia tak, jak robił to w przeszłości.
– Może, koniec końców, ta przerwa wyszłaby wam na dobre?
– Tak myślę, Karola. Tak właśnie myślę… ale jeszcze przemielę to w głowie milion razy.
– Miel, bądź mądra.
– Myślałam, żeby cię odwiedzić. Co powiesz?
– Pytasz, co powiem? Naprawdę? Im szybciej tu będziesz, tym lepiej. To powiem! – Ucieszyłam się na myśl zobaczenia na żywo mojej siostry z wyboru.
– Są dobre bilety na ten piątek, ale…
– Ale co?
– Jesteś dalej w hotelu.
– To będziesz w nim ze mną, Lindos ci się spodoba. A później pomożesz mi ogarniać nową chatę!
– W takim razie sprawdzę, czy dalej są tak tanie i jeśli tak, to kupuję.
Patrzyłam z hotelowego balkonu na rozciągający się przede mną, tętniący życiem błękit nieba, kontrastujący boleśnie z martwą i wysuszoną słońcem ziemią. Razem tworzyło to ładny obrazek. Morze było na tyle daleko, że nie sięgałam wzrokiem, ale czułam, że wieje, i warunki na windsurfing są dobre. Jeszcze kilka dni, pomyślałam. Jeszcze kilka dni i znów popływam. Wiedziałam, że będę spotykać Borysa częściej, niż bym chciała. Wiedziałam, że nie będzie to dla mnie miłe. Wiedziałam też, że albo oboje nauczymy się funkcjonować w wspólnie na małym terytorium plaży, albo któreś będzie musiało się wycofać. I byłam pewna, że osobą, która się wycofa, nie będę ja, bo siedząc w południowym słońcu i wdychając zakurzone powietrze, jak nigdy wcześniej miałam pewność, że jestem tu, gdzie być chcę i być powinnam.
Otworzyłam kolejne piwo, bo dwa poprzednie zdeterminowały już scenariusz dnia. Nie ma nic złego w nieróbstwie, a czasem nawet jest najlepszym, co możemy sobie zafundować. Czekało na mnie słoneczne popołudnie i sześciopak w lodówce. Na krawędzi tarasu usiadła rudogłówka.
– O, znów ty! A może jesteś tylko jej siostrą? Może wszystkie jesteście takie słodkie i odważne – mówiłam do ptaszyny. Wyciągnęłam rękę, a ona zaraz wskoczyła, wbijając mi pazurki w dłoń. Kiwała elektrycznie łebkiem z osadzonymi w niej, nie wiadomo gdzie patrzącymi, czarnymi oczkami. Zeskoczyła na oparcie fotela i skręciła główkę w moją stronę. – Chcesz coś jeść? Poczekaj, zaraz ci przyniosę!
Poszłam do pokoju po ciastko – jedyne jedzenie, które miałam, ale kiedy wróciłam na balkon, już jej nie było.
•
Wynajęłam skuter i pojechałam jeszcze raz zobaczyć suche wzgórze. Nie byłam przekonana, czy jego zakup to dobry pomysł, bo niby do czego mi było takie wzgórze potrzebne? Kóz przecież tam nie wypuszczę, domu też nie zbuduję, przecież dopiero jeden kupiłam.
Wiatr delikatnie szumiał, plącząc mi włosy i dodając dramaturgii widokowi tonącego w morzu słońca. Przy pomarańczowym, nasyconym kolorze nieba ziemia wyglądała, jakby zaraz miała zapłonąć. Pomyślałam, że pięknie byłoby jednak kiedyś mieć tu dom, widzieć każdego dnia bezkres morza i nurkującą w nim ognistą kulę. Czekałam z nadzieją na rudogłowego ptaszka, jego porada bardzo by mi się przydała. Ale ptaszek nie przyleciał. Byłam tylko ja, wzgórze i szumiące, wyblakłe kłosy. Usiadłam na wyschniętej na wiór ziemi. Miałam ochotę zostać tam do nocy i zobaczyć, jak wygląda sypnięte gwieździstym brokatem niebo, a później obudzić się ze wschodem i przekonać, czy będę mokra od rosy. Wstałam jednak, gdy tylko słońce dało ostatecznego nura i pożegnało się zielonym błyskiem.
Wsiadłam na skuter i pognałam w stronę Lindos, zostawiając za sobą chmury brązowego kurzu. Po przyjeździe do hotelu zadzwoniłam do Anatolija i dałam mu ofertę tak niską, że ani przez chwilę nie uwierzyłam, że ją zaakceptuje. Powiedział, że musi skontaktować się z właścicielami i odezwie się po weekendzie, a ja nie wstrzymywałam oddechu, bo było mi kompletnie obojętne, z jaką odpowiedzią do mnie wróci. Rzuciłam telefon w kąt i poszłam pod prysznic.
Miałam kłaść się spać, kiedy zobaczyłam za oknem czyste nocne niebo, kuszące rozsianymi gwiazdami. Założyłam bluzę, żeby wyjść na balkon i na to wszystko popatrzeć, przedtem rzuciłam jeszcze tylko okiem na telefon, by sprawdzić, czy ktoś się do mnie odzywał. Cisza. W całym wielkim wszechświecie nikogo nie obchodził mój los. Mnie – dla odmiany – obchodził wszystkich dokoła. Gdzie tu balans? Matka powtarzała, że telefon działa w obie strony i nie wolno się narzucać, że trzeba mieć klasę. Koniec końców, i na końcu świata, byłam sama. Ja, morze gwiazd i księżyc. Ciekawe, czy on teraz też na niego patrzy, myślałam. Może powinnam stawiać tylko na siebie i nie przejmować się innymi wcale? Bo odkąd się dowiedziałam, że nigdy nie będę mieć dzieci, dręczył mnie strach, że będę samotna. A może prawda jest taka, że każdy z nas jest zdany na siebie, a te wszystkie przyjaźnie i miłości to jakaś iluzja i ludzie trwają przy sobie tylko tak długo, jak długo widzą w tym własny interes? A przyjaźń i miłość to nic innego, tylko obopólny zysk? Zastanawiało mnie to tym bardziej, że Max nie odzywał się do mnie już od kilku dni, a taki przecież niby był zainteresowany i zakochany. Nie opuszczało mnie wrażenie, że odkąd się dowiedział, że jestem w hotelu, daleko od Borysa, to uznał, że nie ma o co się martwić i walczyć, a jego zaangażowanie spadło do zera. Zgodnie z doktryną głoszoną przez matkę, ja sama też się nie odzywałam, tym bardziej, że nie do mnie należał tu kolejny ruch. No nic, może się myliłam i mój słodki chłopiec był tylko słodkim chłopcem? Może tego wyśnionego inicjatora i protektora, za którego go miałam, wcale tam nie ma i powinnam przestać szukać go wokół, a zamiast tego odnaleźć wewnątrz siebie? Być sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Może to właśnie jest recepta na udane życie? Wzięłam ostatnią butelkę z sześciopaku, otworzyłam ją, delektując się dźwiękiem odskakującego kapsla. Wlałam do gardła delikatnego lagera, spojrzałam na czarny, migocący bezkres rodyjskiego nieba, w słodko-gorzkim tu i teraz i, o dziwo, wcale nie było mi tam źle.
Nie zawsze przecież wiatr sprzyja, a rejs musi trwać.
Klara wylądowała w piątek po południu, przyjechała do Lindos taksówką i od razu poszłyśmy na obiad. Następnie wybrałyśmy się nad małą zatoczkę i mimo odstraszającej temperatury, skakałyśmy z klifów do wody, przełamując małe strachy – te miłe, niemające nic wspólnego z dużymi. W sobotę, gdy znów tam byłyśmy, po strachu zostało wspomnienie. Później szwendałyśmy się po miasteczku, poznałyśmy grupę czterech głośnych, chamskich i niemiłosiernie przystojnych Brytyjczyków. Poszłyśmy z nimi na drinki, oni stawiali, a my piłyśmy i byłyśmy piękne, tak to chyba działa. Później wszyscy wróciliśmy nad zatoczkę i skakaliśmy z klifu, woda była już dużo cieplejsza. Zaprosili nas do siebie i skorzystałyśmy z tej propozycji. Kiedy błękit nieba znów zalała zasłona czerni, jeden z naszych czterech towarzyszy, o najbardziej kanciastych rysach i intensywnych oczach, postanowił położyć dłoń na mojej nodze. Fala gorąca uderzyła, nietrudno było sobie wyobrazić, jak ten scenariusz mógłby się potoczyć. Opowiadał piękną historię, ale nie moją. Z trudem i zaciśniętymi wargami podniosłam się z kanapy, szukając wzrokiem Klary. Znalazłam ją szybko, nogę miała zarzuconą na kolano najbrzydszego z całej czwórki, śmiała się jak trzpiotka. Spojrzała na mnie, a jej oczy mówiły wszystko. Moje zaciśnięte usta zmieniły się w uśmiech, wyszłam sama, ciesząc się, że będzie symetrycznie.
Wróciła do hotelu nad ranem, rozczochrana i wymęczona, w nieswojej koszuli. Stopy miała brudne, a sumienie czyste.
W sobotę poszłyśmy z naszymi przelotnymi znajomymi na śniadanie, a reszta dnia była powtórką z poprzedniego. Klara znów wróciła nad ranem, ale tym razem nie pozwoliłam jej spać, w końcu była niedziela.
Przekręciłam klucz w zamku. Weszłam do tego domu nie pierwszy raz, ale pierwszy raz był naprawdę mój. Czułam się inaczej, dziwnie. Później otworzyłyśmy szampana i rozlałyśmy go do kieliszków. Cieszyłam się, że była ze mną Klara, i żałowałam, że nie ma Maxa – to z nim najbardziej chciałam dzielić ten moment. Wciąż się do mnie nie odezwał. Wysłałam mu zdjęcie klucza na tle drzwi, podpisałam „szkoda, że Cię tu nie ma”. Nie odpowiedział. Tego samego wieczora zadzwoniłam, bo byłam już trochę zła i maniery mi zbrzydły. Nie odbierał. Sprawdziłam wszystkie komunikatory, nie logował się na żadnym z nich od sześciu dni. Złość zastąpiło zmartwienie.
•
Moja głowa zaczęła tworzyć filmy tak barwne w swej makabryczności, że nie dało się z nimi wytrzymać. Niecierpliwa natura nie pozwoliła mi czekać ani chwili dłużej, inaczej zaraz bym oszalała. Postanowiłam, że odnajdę na mediach społecznościowych jego kuzynów, których co prawda nigdy nie poznałam, ale znałam ich nazwiska. Od razu wyświetlił mi się Kuba – syn siostry mamy Maxa. Otworzyłam okienko wiadomości i napisałam krótko: „hej! Tu Karolina (dziewczyna Maxa), chciałam się upewnić, czy wszystko z nim okej”, w odpowiedzi niemal od razu rozległ się dźwięk przychodzącego połączenia.
– Hej – odezwał się niepewnie Kuba.
– No hej! Dzięki, że dzwonisz – zapiałam entuzjastycznie. – Sorry, ze tak nękam, ale nie mam z Maxem kontaktu od wielu dni. To nie w jego stylu i zaczęłam się martwić… pomyślałam, że może ty coś wiesz.
– Mój brat pisał do ciebie. Dziwiliśmy się, że nie odpowiadasz, musiało wpaść do folderu z wiadomościami od nieznanych osób. – Jego głos zastygł na dłuższą chwilę.
– Jaką wiadomość? Niczego nie dostałam.
– Max jest w szpitalu. Miał wypadek.
– Jaki wypadek?! Wszystko jest z nim w porządku? Kiedy to się stało? – Zaczęłam wpadać w panikę. – Jaki wypadek?
– Potrącił go pijany koleś przy przejściu dla pieszych. Jest w śpiączce.
– Jaki koleś? Co mu jest? – Ręce mi się trzęsły i na plecach czułam pot. – Mów mi. Wszystko!
– Rozumiem, że się denerwujesz, ale nie krzycz na mnie.
– Przepraszam, nawet nie wiedziałam, że krzyczę – zniżyłam głos. – Powiedz mi, proszę, wszystko, co wiesz.
– Potrącił go i zwiał. Na szczęście wszystko widział pracownik sklepu i od razu go złapali – wyjaśnił Kuba.
– A Max? Wiesz, co mu jest?
– Wiadomo, że obrażenia są obszerne. Na pewno ma złamany kręgosłup i żebra, jedno przebiło płuco. Ma też pękniętą czaszkę i połamaną żuchwę. Podokręcali wszystko najlepiej, jak umieli, ale czy zęby się przyjmą, okaże się później. Lekarz mówił, że przy takich rozległych urazach organizm nie nadąża i wszystko goi się dłużej, a czasem w ogóle. Dlatego jest w tej śpiączce. Też nie do końca wiadomo, co z mózgiem, dopiero jak się wybudzi, to się okaże, czy nie jest warzywem.
– Warzywem? – powtórzyłam z pogardą w głosie.
– No wiesz o co chodzi.
– Wiem, ale to twój kuzyn… dziwi mnie, że takie słowa przechodzą ci przez gardło.
– A jak inaczej to nazwiesz?
Nie umiałam nic wymyślić.
– Wróćmy do tematu – powiedziałam, kierując uwagę gdzie indziej. – Mów, co jeszcze wiesz.
– Nie kontaktuje zupełnie, od wypadku nie odzyskał przytomności i chcą go trzymać w tej śpiączce jeszcze na pewno z tydzień.
– A co z psem?
– Zanim się dowiedzieliśmy o wypadku, minęły dwa dni, Marcin był sam. Biedak nie jadł, pił wodę z kibla… musiał srać w domu. Teraz jest z nami, ale widać, że się martwi psina. Nie jest sobą. Leży tylko i patrzy przed siebie, nawet żreć nie chce.
– Będę jutro. Wezmę go od razu. Dasz mi klucze do mieszkania Maxa, dobrze?
– Jasne, tylko ostrzegam, że tam dalej jest nasrane.
– Zostawiłeś psie odchody w mieszkaniu?
– Tak, myślałem, że się porzygam na samą myśl o ich sprzątaniu.
– To tak samo, jakbyś je zbierał z trawnika… – powiedziałam, nie do końca rozumiejąc jego tok myślenia.
– Dziewczyno, nigdy nie sprzątam gówna z trawnika.
– Nieważne – przestałam drążyć temat, widząc, że nie przebiję się przez napotkaną tamę debilizmu. – Sama wszystko sprzątnę, a potem wrócę po psa. Nie chcę, żeby na to patrzył, jeszcze będzie miał jakąś traumę.
– Super, może z tobą lepiej się odnajdzie.
– Wyślij mi jeszcze adres szpitala, chcę od razu tam pojechać.
– Nie sądzę, żeby mogli cię wpuścić, to OIOM.
– OIOM?
– No OIOM, przecież mówię.
Zamilkłam.
– Jesteś tam? – spytał po chwili.
– Jestem, jestem. Myślę. – Potrząsnęłam głową, jakbym chciała z siebie zrzucić ciężar, który na nią spadł, bez sukcesu. – Dobra, odezwę się jutro. Teraz idę kupić bilet. Będę w kontakcie.
Biedna dziewczyna… najpierw matka jej umarła, a teraz straci ukochanego chłopaka. Nie ma dla niej los litości, a wydawało się, że wszystko idzie ku lepszemu. Biedna ona, naprawdę biedna – mniej więcej tyle mówiło spojrzenie Klary, gdy opowiedziałam jej o wypadku Maxa i pierwszy raz w życiu miałam ochotę jej przywalić.
– Nawet tak nie patrz – warknęłam.
– Jak, przecież nic nie robię…
– Już ty wiesz, co robisz. Nie rżnij głupa. – Spojrzałam na nią surowo. – W dupie mam, co „coś” ci mówi. „Coś” się myli, rozumiesz?
Nie odpowiedziała.
– Jutro jadę do Polski – ciągnęłam. – Wiem, że twój lot powrotny jest za dziesięć dni i chcę, żebyś tu siedziała. Zaproś sobie Piotrka, może to wam dobrze zrobi, ale nie zapraszaj tu nikogo obcego, tylko tyle.
– Karola, jestem dobrej myśli! – Klara złapała mnie mocno za ramiona.
– Chwyt masz mocny, ale oczy coś ci błądzą… obiecywałyśmy sobie, że nie będziemy się okłamywać, pamiętasz? – Odwzajemniłam uścisk, równie mocno. – Więc nie okłamuj mnie – powiedziałam głaszczącym tonem. – Twoje przeczucia obchodzą mnie tyle, co nic. Nie mają żadnej mocy, to tylko twoje ohydne majaki, a nie rzeczywistość.
– Masz rację, nic nie poradzę, że je mam.
– I nikt od ciebie nie wymaga, żebyś cokolwiek na nie radziła. Są z tobą w pakiecie – odparłam, uśmiechając się nieznacznie. – Idź, dzwoń do Piotrka i niech do ciebie przyjeżdża, a ja rezerwuję bilet.
•
Wywodziłam się z dziwnego świata, w którym nagły brak kontaktu ze strony człowieka musiał znaczyć coś złego, najczęściej pogardę lub odrzucenie. Świata, w którym szukanie tego kontaktu, mimo braku odzewu, oznaczało nic innego tylko natarczywość i brak klasy. Uciekłam z tego świata nie bez powodu, ale starych nawyków nie zdołałam się jeszcze oduczyć.
Fakt, że nigdy ich wcześniej nie spotkaliśmy albo nie występują w naszym ekosystemie, wcale nie znaczy, że dobrzy ludzie nie istnieją. Istnieją, są na świecie. Zupełnym przypadkiem znalazłam takiego, nazwałam go swoim, a zaraz później posądziłam o niewłaściwe zachowanie, podczas kiedy on walczył o życie w śpiączce farmakologicznej. Czym w ogóle jest ta śpiączka? Czy człowiek ma wtedy jakieś sny? Czy coś słyszy? Leciałam samolotem i nie mogłam niczego sprawdzić, więc bombardujące głowę pytania skrzętnie notowałam na znalezionym w torebce paragonie. Chciałam być dobrej myśli, ale nachodziły mnie tylko te złe. Odtwarzałam w głowie czarne scenariusze, od śmierci po zostanie warzywem, i sama nie mogłam się zdecydować, co byłoby dla niego gorsze. Bałam się strachem najgorszym, takim, który jest poza obszarem naszej kontroli. To nie jak skok z klifu, gdzie mogę zdecydować, czy zrobić krok. To ohydne zdanie się na uprawiający hazard los i przetrwać pomaga tylko jakaś nadzieja, która pcha naprzód. Owa nadzieja i silniki turboodrzutowe w aluminiowym wehikule niosły mnie przez strach, dając iluzję, że mogę coś wskórać.
Leciałam do domu, dopiero wtedy to do mnie dotarło. Świeżo zakupione przeze mnie cztery ściany były tylko ładnym budynkiem, dom był tam, gdzie ten chłopak, co ma metr siedemdziesiąt dwa wzrostu; nie więcej, a może mniej. Za nic nie chciałam zostać bezdomną.
Wylądowaliśmy gładko na mokrej od deszczu płycie lotniska. Warszawa jak zwykle powitała szarym gównem, pod tym względem rzadko zaskakiwała. Nie powiedziałam nikomu, że jestem, nawet ojcu. Wsiadłam w kolejkę miejską, a później w pociąg do Gdańska. Nie spałam, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Wytelepałam się z pociągu bez gracji i z podkrążonymi oczami, po czym wsiadłam w Ubera, który zabrał mnie wprost do szpitala na Zaspie. Stanęłam przed wielkim budynkiem i zmroziło mnie. Wymyśliłam sobie, że będę jego siostrą, bo siostrę wpuszczą. Weszłam. Poszłam ohydnie oświetlonym korytarzem wprost do recepcji.
– Dzień dobry pani, przyjechałam odwiedzić brata, leży u państwa na OIOM-ie.
– Nazwisko?
– Brzeziński, Max Brzeziński.
– Ach, ten chłopak – jej niewzruszone oczy spojrzały na mnie całkiem po ludzku. – Proszę chwilkę poczekać, zadzwonię na oddział.
Nie spyta mnie nawet o dowód, czy naprawdę tak łatwo pójdzie? Niemożliwe. Stresowałam się okropnie i tak samo okropnie starłam się to ukryć. Recepcjonistka siedziała z długopisem w ozdobionej złotymi pierścieniami dłoni. Włosy miała blond, wylakierowane i trochę natapirowane, upięte z tyłu wielką spinką; tylko dwa niesforne kosmyki dyndały jej przed oczami. Drugi podbródek opadał na złoty łańcuszek, a wiszące na nim serce siedziało wygodnie między obfitymi piersiami wyłaniającymi się z dekoltu rozpinanej, białej bluzki. Brązowe przebarwienia tworzyły na jej skórze cętki, pewnie od wieloletniego smażenia się na słońcu bez kremu z filtrem. Pazury miała długie i pomalowane na perłowo. Wyglądała staromodnie, ale naprawdę ładnie. Trzymała słuchawkę, przyciskając ją barkiem do ucha, zerkając na mnie co jakiś czas i racząc współczującym spojrzeniem. W końcu ktoś odebrał.
– Siostra pana Brzezińskiego przyjechała w odwiedziny.
Dziesięć sekund ciszy.
– Tak, dobrze – mówiła do telefonu, kiwając głową i patrząc na mnie ze spokojem. – Dobrze.
Odłożyła słuchawkę.
– Zna pani zasady?
– Nie jestem pewna. Byłam na OIOM-ie całkiem niedawno, ale w innym szpitalu i niewiele pamiętam – odpowiedziałam, marszcząc czoło.
– Musi pani założyć ochraniacze na buty i maseczkę na twarz, na górze dadzą jeszcze fartuch, czepek i rękawiczki.
– Dobrze, skąd wezmę ochraniacze i maskę?
– Tam jest automat – wskazała metalowe pudło przytwierdzone do ściany. – Później pójdzie pani do windy i wjedzie na pierwsze piętro, tam powiedzą, co dalej.
– Dziękuję pani.
Udało się? Czy to możliwe? Zobaczymy na pierwszym piętrze, pomyślałam i poszłam po wymagane akcesoria. Jadąc windą, założyłam już maskę, za jej zasłoną czułam się bardziej incognito i łatwiej było mi kłamać. Zapytałam kogoś w kitlu, gdzie mam iść. Kobieta o czarnych włosach zaprowadziła mnie do innej kobiety, tamta natomiast dała mi fartuch i czepek, dopilnowała, żebym założyła ochraniacze na buty, a na koniec wręczyła rękawiczki. Wprowadziła mnie do pokoju, którego nie zapomnę nigdy.
Pod zwojami różnorakich kabli i przezroczystą maską tlenową zobaczyłam tak dobrze mi znaną, szczenięco gładką twarz i wszystko nagle stało się prawdą. Wybuchłam rykiem wokalnym, a z oczu popłynęły strugi łez. Podeszłam szybko do jego łóżka i złapałam dłoń, była sucha i szorstka, jak zawsze, ale jednocześnie jak nie jego, wiotka i wychudła. Jego głowa była tylko częściowo wygolona, jakby już nie mogli przelecieć maszynką po całości. Poprutą skórę zadziergali z gracją, a miejsca szwów były pokryte czymś żółtym.
Nie było krzesła, na którym mogłabym usiąść, w pół zgarbiona sterczałam więc nad nim, czując, jak maska na mojej twarzy staje się coraz bardziej mokra.
Kupiłam nam dom, piękny. Nie mogę się doczekać, kiedy tam pojedziemy i zaczniemy wspólne życie. Zobaczysz sam, południowe słońce zachwyci cię jak nic na świecie, a ja będę ci serwować sałatkę grecką na śniadanie, kompletnie naga. Obiecuję. Wyjdziesz z tego, zobaczysz. Pomogę ci. We wszystkim ci pomogę, obiecuję. Bądź silny, jeszcze przez trochę czasu, daj radę… dasz radę. Czujesz moją dłoń? Wiem, ten lateks musi być ohydny w dotyku, ale tak kazali. Ja czuję ciepło twojej skóry, tęskniłam za nim, wiesz? Marcin jest w dobrych rękach, czeka na ciebie. Oboje czekamy. Kocham… kocham cię.
Na „kocham cię” wszedł lekarz, co speszył mnie trochę, ale zaraz się zreflektowałam, że to przecież nic dziwnego, że siostra wyznaje miłość bratu.
– Dzień dobry pani – powiedział z uśmiechem ukrytym za maską, który jednak widziałam w jego oczach i słyszałam w tonie. – Pani jest siostrą, tak?
– Tak, Karolina – skinęłam głową. – Czy pan jest lekarzem brata?
– Tak.
– Moi kuzyni mówili tak enigmatycznie, że w zasadzie niewiele wiem. Dopiero dziś udało mi się dojechać, sam pan rozumie, mieszkam za granicą.
– Oczywiście. Pielęgniarka powiedziała mi, że tu pani jest, i dlatego przyszedłem. Wyjdziemy?
– A nie możemy porozmawiać tu? Chciałabym, żeby Max wszystko słyszał.
Znów się uśmiechnął.
– Jest w śpiączce, nic nie słyszy.
– Naprawdę? Słyszałam, że w śpiączce pacjenci mogą słyszeć i odbierać bodźce…
– To prawda, ale nie w farmakologicznej. Zapewniam panią, że niczego nie słyszy i żadne bodźce do niego nie docierają, taki jest właśnie cel tej śpiączki, żeby nie cierpiał. Jego obrażenia są niewyobrażalne. Zapraszam do mojego gabinetu, będzie się nam tam dużo lepiej rozmawiało.
Posłuchałam. Szliśmy labiryntem korytarzy i weszliśmy do jego gabinetu. Zsunął maskę, zobaczyłam pod nią niewiele starszego ode mnie gościa, ale z jakiegoś powodu wzbudzał moje zaufanie.
– Czy ja też mogę ściągnąć już ten kaganiec?
– Oczywiście – potwierdził i uśmiechnął się ładnie.
– Czy może mi pan opowiedzieć dokładnie o jego obrażeniach?
Wyjął mnóstwo zdjęć rentgenowskich i opisów urazów, a na ekranie pokazał mi jakiś rezonans. Zaczął opowiadać, w dużej mierze niezrozumiałym dla mnie językiem. Kiwałam głową, udając, że wiem, o co chodzi. Pod stołem napisałam szybko Kubie, że udaję siostrę Maxa i żeby nikt nie puścił pary z gęby.
– Panie doktorze, czy mogę dostać kopię tej dokumentacji?
– Oczywiście.
– A z tym kręgosłupem, czy to znaczy, że będzie jeździł na wózku?
– Na szczęście nie. Nie doszło do naruszenia rdzenia, ale rehabilitacja będzie długa, o ile…
– O ile co?
– Doznał ciężkich urazów głowy, tomografia w śpiączce nie pokazuje wszystkich funkcji mózgu, dopiero po wybudzeniu będzie można stwierdzić, czy nie doszło do trwałych uszkodzeń.
– A jak długo będzie w tej śpiączce?
– Maksymalnie tydzień. Taka śpiączka wcale nie jest obojętna dla organizmu, pacjent jest młody i silny, wolę wybudzić go wcześniej.
– Będzie cierpiał?
– Będzie.
– Ile jeszcze zostanie w szpitalu?
– O tym będziemy mogli rozmawiać po wybudzeniu. Teraz trudno powiedzieć. Miał operację, kręgosłup musi się zrosnąć, dwa miesiące na leżąco będą na pewno konieczne, ale czy w szpitalu, czy w domu, to się okaże za tydzień. I chciałbym prosić o ograniczenie wizyt. On niczego nie słyszy, a ryzyko sepsy czy innego świństwa jest teraz bardzo wysokie. Ma osłabiony układ immunologiczny.
– Dobrze, kiedy będzie wybudzany ze śpiączki? Chciałabym wtedy przy nim być.
– Dokładnie za tydzień, proszę być na siódmą rano.
– Będę na pewno – przytaknęłam i uśmiechnęłam się wymuszenie, wkładając wszystkie siły w to, by się powstrzymać od płaczu. – Dziękuję, panie doktorze.
– Jeszcze mam jedną prośbę: czy może pani przekazać wszystkie te informacje rodzicom? Nie jestem w stanie spamiętać bliskich wszystkich moich pacjentów, nawet nie wiem, czy tu byli.
– Nie, rodziców nie było, nie żyją.
– Bardzo mi przykro… – Lekarz wyraźnie poczuł się zakłopotany.
– Mnie też – uniosłam brwi i zacisnęłam wargi. – Zabił ich pijany kierowca, czy to nie ironia losu? Mam nadzieję, że ta historia się nie powtórzy.
– Nie powinienem tego mówić, więc proszę nie powtarzać – zawiesił głos i spojrzał na mnie badawczo. – Nie sądzę, że życie brata jest zagrożone, o ile nie dostanie żadnej infekcji. Moim jedynym zmartwieniem jest uraz mózgu, że…
– … stanie się warzywem? – dokończyłam za niego.
– Dziękuję, że powiedziała to pani za mnie.
– Tak, w pana ustach byłoby to wysoce nieprofesjonalne – zagryzłam wargi. – A ja dziękuję panu za szczerość. Nie będę się pojawiać, ale gdyby coś się działo, proszę do mnie dzwonić. Czy mogę? – wskazałam na neonowe karteczki.
– Tak, oczywiście – podał mi jeszcze długopis.
Zapisałam numer najwyraźniej, jak umiałam, i wręczyłam świstek papieru lekarzowi. Zdjęłam fartuch i rękawiczki. Uśmiechnęłam się krzywo i wyszłam. Tama łez puściła, gdy szłam korytarzem tym razem nie do windy, a klatki schodowej. Mijali mnie ludzie w kitlach i bez. Czułam na sobie ich spojrzenia, ale nawet nie próbowałam ukrywać płaczu. Myślę, że ściany tego cholernego holu były niemymi świadkami tony bólu i oceanu łez, moje były tylko małą w nich kroplą. Urodziny, śmierć i to pomiędzy. To pomiędzy, które jest wszystkim, co mamy. Co każdego dnia jest nam dozowane po kawałku i nigdy nie przewidzimy, kiedy przypadnie nam ostatnia dola. Życie, jedyne, co jest nieprzecenione w tym świecie.
Potwory z szafy okazały się przecież nieprawdziwe. Za mądra już jestem też na to, żeby bać się ciemności. Moja własna śmierć wlecze się gdzieś tam za mną, ale nie zerkam przez ramię i udaję, że jej tam nie ma. I tak – obawiam się trochę, że dogoni mnie szybciej niż bym chciała, ale to, czego boję się naprawdę, to nie mojej śmierci, ale jego. Albo, że ciało, które dotąd było dla niego parkiem rozrywki, stanie się więzieniem i zabije w nim duszę, udusi ją w cielesnej niemocy. Dudniły mi w głowie jego słowa; o tym, jak to windsurfing tworzył jego tożsamość – sprawiał, że czuł się wyjątkowy. Co jeśli ten pijany kierowca mu to odebrał? Gdzie mój chłopak teraz odnajdzie siebie?
•
Każdej nocy spałam źle, strach zabierał mi sen. Zepchnięte w ciągu dnia przez pracę myśli tłukły boleśnie i tylko wpychały mnie mocniej w czeluści lęku. Zasraniec, pan doktor, też nie pomagał, bo pozwolił sobie użyć mojego numeru w celach innych niż informowanie o pacjencie i od dwóch dni wysyłał mi całkiem niesłużbowe wiadomości. Wiedziałam dokładnie, jak miałam ochotę na nie zareagować, ale obawiałam się, że jeśli potraktuję go nie tak, jakby sobie życzył, to i on przestanie dbać o Maxa tak, jak życzyłabym sobie tego ja. W teorii moje interakcje z lekarzem nie powinny mieć wpływu na jego relacje z pacjentem, ale ta sama teoria mówi, że lekarz nie powinien używać numeru pacjenta lub bliskiej mu osoby do celów prywatnych – taka to krótka historia teorii i tego, jak w praktyce z nią jest. Wyznając trudną zasadę, według której czasem lepiej mieć święty spokój niż rację, grzecznie odpowiadałam na jego średnio śmieszne żarty i memy, znajdujące fanów chyba tylko w medycznym dyskursie.
W mieszkaniu Maxa nie pachniało już odchodami, po dwóch myciach podłogi i trzech dobach ciągłego wietrzenia udało się odetchnąć bez smrodu. Marcin spał ze mną w łóżku każdej nocy, ale widać było, że jego psia dusza jest niespokojna. Miałam nieodparte wrażenie, że telepatycznie wiedział o tym, co spotkało Maxa, i coś mi mówiło, że mnie rozumie, tłumaczyłam mu więc co wieczór, że wszystko będzie raczej dobrze i że się niebawem zobaczą, że w ludzkim świecie psy nie są mile widziane w szpitalu, i że jakoś musi to przetrwać. Ja mówiłam, a on słuchał, kręcąc główką na boki i odpowiadając mi niewerbalnie błyskiem w oczach.
Pierwszy raz w życiu nie tęskniłam za upałami, tylko wypatrywałam deszczu. I spadał, nie zawiódł. Szaruga bardziej pasowała do mojego stanu ducha, słońce tylko by mnie rozzłościło. Chciałam, żeby życie znów było lekkie, nie mogłam już unieść więcej, męczyłam się z tym, co miałam. Słodkie mieszane z gorzkim, tak dziwnie. Ilekroć w moim scenariuszu pojawiał się miły akt, zaraz wszystko musiało się załamać. Podróż emocjonalna. Nadzieja. Katastrofa. Los ostrzył na mnie bagnet. Ta kolejna lekcja zmieniła mnie. Wiem, że już nigdy na luzie nie pofrunę w żadnej kolorowej bańce; nie warto, bo jak pęka, to spadasz, a im wyżej się było, tym bardziej boli. Byle przerwać ten dzień. Minuty płynęły okrutnie wolno. A potem jeszcze ostatnia bezsenna noc. Ostatnia, kiedy mogę użalać się nad sobą. Od jutra wszystko będzie się kręciło wokół niego, wybudzą go ze śpiączki do życia i bólu. Tak bardzo za nim tęskniłam i tak potwornie się bałam, że nie wróci sobą, że nie ma już mojego Maxa.
Tej nocy, czekając na budzik, nie zasnęłam nawet na chwilę. Gdy zobaczyłam na zegarku, że jest już piąta rano, przestałam nawet próbować. Wstałam z łóżka i poszłam zrobić kawę. Z kubkiem poszłam do idealnie wysprzątanej łazienki. Spojrzałam w lustro.
– No, jak cię taką zobaczy, to na pewno pomyśli, że jest w piekle – powiedziałam do siebie na głos, kwitując synergię podkrążonych oczu, odwodnionej skóry, przekrwionych białek i rysowanej smutkiem, wychudzonej gęby. Złapałam mój podręczny zestaw ratunkowy w postaci korektora, podkładu i tuszu i namalowałam na ziemistym płótnie świeższą siebie.
Umyłam zęby, ale to niewiele pomogło, z trzewi zionęło głodowym smrodkiem, pewnie dlatego, że od pięciu dni w moim żołądku nie gościło nic poza kawą i colą. Ale problem, który da się rozwiązać zieloną gumą Orbit, to nie problem. Wyszłam jeszcze z Marcinem, nie miał jednak ochoty na długi spacer, kiedy wróciłam, była szósta. Nie wiedziałam, w jaki sposób mam zabić czas, więc pojechałam do szpitala, wolałam czekać tam.
Czekałam przed wejściem zakutana od stóp do głów w sterylny strój. Przyszedł pan doktor-zasraniec, nie miał maski i uśmiechnął się do mnie obrzydliwie, najładniej jak umiał.
– Pani Karolino, dzień dobry! Dziś przełomowy dzień.
– Dzień dobry – odpowiedziałam szybko, po czym wyszczerzyłam wrogo zęby, wiedząc, że i tak nie widzi. – Tak, przełomowy… już bym chciała mieć go za sobą.
– Jeśli wszystko pójdzie gładko, za piętnaście minut się obudzi. Może na początku trochę majaczyć i jest spora szansa, że nie będzie później nic z tego pamiętał.
– Czy od razu uderzy go ból?
– Nie, dostanie odpowiednie środki – założył maskę na swój całkiem ładny, gładko ogolony pysk. – Gotowa?
– Nie. – Odchrząknęłam. – Proszę mi powiedzieć, co mam tam robić.
– Pierwszy raz ktoś zadaje mi takie pytanie – uniósł gęste brwi nad czarno oprawionymi, brązowymi oczami. – Bardzo dobrze, szkoda, że wszyscy tego nie robią – uśmiechnął się, co zdradziły jego oczy, które z okrągłych zamieniły się w wąskie szparki. – Proszę stać około metra za personelem, czekać na instrukcje i podtrzymać się od samowolnych reakcji. Jeszcze jakieś pytania?
– Nie. Jestem gotowa, wchodźmy tam.
– Jeszcze jedno, pani Karolino – zatrzymał się nagle i odwrócił w moją stronę. – Rzadko widuje się tak sobie bliskie rodzeństwo, aż miło popatrzeć.
W odpowiedzi zakwiczałam tylko dziwacznie, a brzmiało to jak pomieszanie śmiechu z płaczem.
Chudy dziad, anesteżjolog, z oczami jak diabeł i cerą jak mąka, odłączył od Maxa pompę infuzyjną, później coś mu jeszcze wstrzyknął i stanął z boku, czekając na coś, zdawał się jednak mieć to kompletnie w rzyci. Przez cały czas widoczna ponad krawędzią chirurgicznej maski część jego facjaty nawet nie drgnęła. Sam był znieczulony.
Panie w kitlach, chyba pielęgniarki, krzątały się jak kury, ale nie widziałam, co robią. Później wszystko się uspokoiło. Chudy dziad znów podszedł, zabrał się za respirator. Dalej bez emocji, pogmerał coś przy urządzeniu i chwilę później zdjął z twarzy Maxa przezroczystą kapsułę, a wraz z nią wyjął wciśniętą w tchawicę rurę. Dźwięk stłumionego odruchu wymiotnego wypełnił pomieszczenie. Na chwilę wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Zamknęłam oczy, nie mogłam na to patrzeć; przypominałam sobie, jak razem oddychaliśmy powietrzem zmieszanym z bałtycką bryzą i wciągaliśmy dym tłusto skręconych jointów. No, tyle przed nami, nie ma czasu do stracenia, dawaj chłopie – myślałam.
– Oddech prawidłowy – odezwał się chudy i wrócił do swojego kąta.
Kobiety w kitlach wróciły do krzątaniny, widziałam coraz mniej kabli i coraz więcej Maxa. Jak surykatka wyciągałam szyję, próbując dojrzeć jego twarzy, na próżno. Lekarz-zasraniec zobaczył, jak się gimnastykuję, i podszedł do mnie.
– Jeszcze chwilkę i będzie pani mogła do niego podejść – powiedział szeptem.
– Dobrze, przepraszam.
– Nie ma za co, to normalne.
Odszedł kawałek, a ja zastanawiałam się nad tym, kiedy i jak powstały normy dotyczące nienormalnych wydarzeń. Później patrzyłam już tylko na buty personelu dalej widoczne pod ochraniaczami; jedyny element garderoby, który mógł mi cokolwiek o tych ludziach powiedzieć. Głównie opowiadał historię kapitalizmu, tylko chudy anesteżjolog dumnie tupał chodakiem, a ja nie mogłam się zdecydować, co to o nim mówiło.
– Może pani podejść do pacjenta, zaraz będzie się wybudzał – powiedziała ciepłym głosem pielęgniarka w średnim wieku.
– Skąd będzie wiedział, czy to ja?
– O to proszę się nie martwić, na pewno pani nie pozna, będzie bardzo skołowany.
– Naćpany?
– Innymi słowy.
– Mogę go złapać za rękę? – spytałam z nadzieją w głosie.
– Tak, oczywiście. Proszę tylko nie zdejmować rękawiczek.
Podeszłam i chwyciłam jego ciepłą dłoń. Po kilku minutach zaczął otwierać oczy, rzucili się na niego, świecąc latarkami w źrenice, ale zdawało się, że mu to wcale nie przeszkadza. Wyglądał, jakby nażarł się tony grzybów halucynogennych i popił gorzałą. Usta miał spierzchnięte, a kąciki ust rozdarte. Ciężkie i z trudem unoszące się powieki odsłaniały żółtobrązowe, błądzące oczy, niewątpliwie jego, ale jakieś obce i pozbawione blasku. W całym tym chaosie, nierozłącznym towarzyszu początków, nagle jego wzrok najechał na mnie. Patrzył się tak dłuższą chwilę. Czekałam na uśmiech, ale jego wargi nawet nie drgnęły, podryfował spojrzeniem na lekarza-zasrańca i znów skleił powieki. Leżał tak na tyle długo, że zaczęłam wpadać w panikę i rozglądając się nerwowo, obserwowałam drużynę w kitlach. Wszyscy byli spokojni, na moje – zbyt spokojni.
– Czemu on zamknął oczy, panie doktorze? Czy wszystko w porządku? – zapytałam anesteżjologa głośno, na granicy krzyku.
– To normalne, spokojnie.
Chudy nie zdążył do końca odpowiedzieć, gdy w ton mojego głosu Max znów otworzył oczy, tym razem jakby szerzej. Spojrzał na mnie i usta mu drgnęły. Wszyscy to widzieli, ale tylko ja wiedziałam, że był to uśmiech.
Tamtego dnia czułam, że nadchodzące jutro przywitam bez strachu i w końcu będę spać spokojnie. Nie pomyliłam się.
Otworzyłam drzwi i powitał mnie w progu, merdając ogonem i uśmiechając się po psiemu. Był inny, radosny. Wiedział. Wróciłam do mieszkania tylko po to, żeby go nakarmić i wyprowadzić na spacer. Opowiedziałam mu wszystko, a on zrozumiał, znów był tym samym, szczęśliwym psem. Pierwszy raz od kilku dni poczułam głód i na dodatek wiedziałam dokładnie, na co mam ochotę.
W drodze powrotnej do szpitala zatrzymałam się w robiącej wrażenie przyzwoitej restauracji i zamówiłam sałatkę grecką. Zapakowany w biodegradowalne opakowanie posiłek wsadziłam pod pachę i – już na piechotę – przemierzyłam ostatni, kilometrowy odcinek drogi. Deszcz dalej padał, zimny, ohydny. Suche konary drzew i szare niebo były perfekcyjnym tłem dla przelatujących nad moją głową srok. Ostre powiewy wiatru zacinały kroplami o twarz, wmawiałam sobie, że wieje znad morza.
Na Zaspę dotarłam szybko, mocno przemoczona. Mój długi płaszcz nasiąkł wodą jak szmata, ale wszystko pod nim było suche. Usiadłam w korytarzu i otworzyłam pudełko z jedzeniem. Po kilku miesiącach życia na Rodos wiedziałam dokładnie, jak powinna wyglądać i smakować sałatka grecka, a to, co miałam przed oczami, z całą pewnością było jej smutną parodią. Spróbowałam najpierw sera. Feta z krowiego mleka? Przecież to nie feta, to jakieś przesolone gówno. Blade pomidory, wymieszane z podmiękłą sałatą, białą cebulą i ogórkiem bez smaku, zalane były nie oliwą, ale jakimś dziwnym winegretem. Do tego dorzucili grzanki, które smakowały zjełczałym olejem. Mimo, bez mała, tygodniowego postu, nie wmusiłam w siebie nawet jednej trzeciej porcji. Nie zjem więcej sałatki greckiej nigdzie indziej niż w Grecji. W Polsce zostanę przy pierogach i chlebie, pomyślałam.
Minęły trzy godziny, odkąd widziałam go ostatni raz. Gdy wychodziłam, spał i na pewno był dalej za mgłą opiatów i innych cudów. Założyłam nowy fartuch, ochraniacze, maskę, otworzyłam drzwi i wyjęłam z leżącego przy wejściu pudełka parę rękawiczek. Zwrócił w moją stronę wzrok.
– Dzień dobry!
– Karolcia… to ty?
– Tak, to ja! – wrzasnęłam radośnie. – Pamiętasz! Ty pamiętasz! – podbiegłam i złapałam jego dłoń.
– Co się stało? Dlaczego wszystko mnie tak boli? Co ja mam w gębie? Co się dzieje?
– Nie ruszaj się tylko, jesteś cały połamany.
– Nawet jakbym chciał, to bym nie mógł. – Wykrzywił wargi w bólu. – Co ja tu robię?
– Miałeś wypadek, niczego nie pamiętasz?
– Ostatnie, co pamiętam, to że wracałem do domu w deszczu.
– Tak było, a później potrącił cię samochód. Wypadł z zakrętu i uderzył cię na chodniku przy przejściu dla pieszych.
– A ty przecież miałaś być na Rodos.
– Mam wracać? – zapytałam z uśmiechem.
– Nie, nie wracaj nigdzie. – Przez grymas bólu przebił się uśmiech również na jego twarzy. – Chodź do mnie, pocałuj mnie, tylko delikatnie.
– Nie mogę… zabronili mi cię dotykać, mogę tylko przez lateks. – Mrugnęłam okiem. – A właśnie. – Zniżyłam ton i rozejrzałam się wokół. – Ważna sprawa… wszyscy myślą, że jestem twoją siostrą, więc się nie wygadaj.
– Siostrą?
– Tak, musiałam ich okłamać, inaczej nie wpuściliby mnie na OIOM.
– Jestem na OIOM-ie?
– Tak. Byłeś dwa tygodnie w śpiączce pod respiratorem.
– Dwa tygodnie? – Max szarpnął ciałem, jakby chciał się podnieść, ale ból mu nie pozwolił.
– Nie ruszaj się! Jesteś cały połamany – podniosłam głos.
– Siostra ma rację – powiedział lekarz-zasraniec, otwierając szeroko drzwi i wchodząc do sali. – Jak się pan czuje?
– Jakby przejechał po mnie samochód… – Max uśmiechnął się brzydko. – Nie mogę się ruszyć, bardzo bolą mnie plecy.
– To przez złamany kręgosłup – odpowiedział lekarz bez emocji.
– Kręgosłup? – Spojrzał nerwowo na lekarza, a później na mnie.
– Spokojnie, rdzeń jest cały i będzie pan chodził już za kilka tygodni.
– Na pewno?
– Proszę ruszyć palcami stóp – poprosił doktor, odkrywając prześcieradło.
Komplet włochatych palców zatańczył żwawo.
– Widzi pan – zasraniec wyszczerzył rząd zębów. – Nie ma żadnego paraliżu. Miał pan wielkie szczęście. Najbardziej obawialiśmy się o mózg. Jutro zrobimy jeszcze tomografię, ale wygląda na to, że wszystkie tryby działają.
– Chyba działają… – Max zaczął się zastanawiać. – Ale te plecy, one strasznie bolą, i tył nóg, pośladki… nie kości, jakby skóra.
– To pewnie odleżyny, niestety nie mogę pana ruszyć, dopóki ortopeda nie rzuci okiem.
– A kiedy rzuci tym okiem?
– Jutro, musi pan wytrzymać. Ale proszę się nie martwić, przepiszę leki.
– Trochę chce mi się wymiotować – dodał Max.
– Na to też zaradzimy.
– A czy mogę mieć kontakt fizyczny z ludźmi, przytulić siostrę?
– Wcale się nie dziwię, że ma pan na to ochotę. – Lekarz spojrzał na mnie krótko i wymownie. – Jeszcze nie, chcemy unikać kontaktu z wirusami i bakteriami.
Max pobladł jeszcze bardziej i odchrząknął.
– A powie mi pan jeszcze, co mam na zębach?
– Druty. Trzymają zęby, żeby z powrotem wrosły w kość.
– A co się z nimi stało?
– Poluzowały się w dziąsłach na skutek wypadku, dwa nawet wypadły. Ratownicy znaleźli je w ustach, całe szczęście, że się nimi pan nie zadławił.
– I co, tak zwyczajnie je wsadzili na miejsce? – dopytywał Max z niedowierzaniem.
– Tak.
– Czyli jeść też nie mogę?
– Nie. Na razie pozostanie pan na diecie płynnej.
– A co, jak będę musiał iść do toalety?
Zasraniec kiwnął głową i wycelował wzrokiem w przymocowany do łóżka worek.
– Bez obaw, od tego jest cewnik.
– O kurwa… – westchnął Max, patrząc w sufit. – Ale czas minie, zawsze mija. W końcu będzie dobrze.
– Minie, teraz po prostu będzie to robił znacznie wolniej. Ale minie i nim się pan obejrzy, będzie robił wszystko, co dawniej – mówił, majstrując przy urządzeniu podłączonym do Maxa. – Jutro zajrzę tu z samego rana, a dziś poproszę pielęgniarkę, żeby utuliła pana do snu czymś przeciwbólowym. – Doktor sprawdził kable i poprawił mu pod głową poduszkę. – Pani Karolino, godziny odwiedzin się już skończyły.
– Liczyłam, że zostanę z bratem na noc, nie chcę go zostawiać – zaoponowałam.
– Złota kobieta z tej pana siostry… – powiedział lekarz do Maxa.
– Złota, szczerozłota – odpowiedział mój chłopak i spojrzał na mnie złowrogo.
– Niestety, pani Karolino, na OIOM-ie nie ma takiej możliwości. –zwrócił się do mnie lekarz, rozkładając ręce. – Jest pani tu od samego rana, odpoczynek nie zaszkodzi.
– Nie jestem zmęczona.
– Ale głodna już na pewno! Jest pod szpitalem niepozorna, ale świetna restauracja, zapraszam na kolację.
– Bardzo dziękuję, ale głodna też nie jestem, może innym razem – odparłam i uśmiechnęłam się bez zębów, niezalotnie.
– Karolcia, idź do Marcina, widzimy się rano. Teraz mnie naćpają, więc i tak sobie nie pogadamy – wtrącił Max, nie mogąc zdzierżyć bezceremonialnych zalotów zasrańca.
– A właśnie, byłabym zapomniała! – Wyciągnęłam z torebki nowego iPhone’a zapakowanego dodatkowo w torebkę strunową. – To fabrycznie nowe urządzenie, włączyłam go tylko raz, żeby uruchomić numer i później zdezynfekowałam, czy może mieć chociaż to? – spojrzałam błagalnym wzrokiem na zasrańca.
– Oczywiście, telefon może mieć, jak najbardziej.
– Dodałam już swój numer i wszystko, co trzeba. Bądź ze mną w kontakcie – powiedziałam do Maxa z uśmiechem.
– A co się stało z moim starym telefonem?
– Do szpitala trafiłeś bez niego, pewnie szlag go trafił w wypadku. Teraz masz lepszy.
– Właśnie widzę… nie wiem, jak się wypłacę.
– To prezent. Prezent od siostry – powiedziałam i mrugnęłam okiem.
– Że też mi się taka siostra w przydziale nie trafiła! – zażartował zasraniec.
– Bo takich sióstr nie robią, panie doktorze – odpowiedział Max.
– Słyszałaś tego typa? Przecież on cię bezceremonialnie podrywa – powiedział do mnie Max, jak tylko lekarz opuścił pokój.
– Myśli, że jesteś moim bratem.
– Trudno mu się dziwić…
– Poudawaj, jeszcze tylko tydzień.
– Tydzień? Nie ma mowy, nie chcę tego oglądać ani sekundy dłużej! Przenoszą mnie na inny oddział i będzie mógł odwiedzać mnie każdy. Koniec tych kłamstw. Przestajesz być moją siostrą – sczerwieniał ze złości.
– A pomyślałeś, jakie mogą spotkać mnie konsekwencje, jak wyjdzie na jaw, że kłamałam?
– Nad tym się nie zastanawiałem – odparł i odwrócił wzrok w stronę okna.
– Tak myślałam – pokręciłam głową zrezygnowana. – Nie wspominając o tym, że sam lekarz-zasraniec może zacząć cię gorzej traktować, teraz przynajmniej jesteś jego priorytetowym pacjentem.
– Przestań tak mówić, bo się porzygam. To obrzydliwe.
– Nie bądź przewrażliwiony, przecież nie przyjmuję jego żałosnych zalotów.
– Nie? A powiedziałaś mu, że masz chłopaka? – Max patrzył na mnie długo. – Tak właśnie myślałem… czemu tak niechętnie przyznajesz się do tego, że kogoś masz? Czekasz z otwartymi drzwiami z nadzieją, że wpadnie ktoś lepszy?
– Jesteś podły, naprawdę. Wybaczam ci tylko dlatego, że w tym całym bólu nie myślisz trzeźwo.
– Wiesz, co jest podłe? – Oczy zapaliły mu się wściekłością. – Że każesz mi patrzeć jak podrywa cię mój lekarz, wiedząc, że nie mogę nic zrobić, a to boli bardziej niż te pierdolone żebra i odleżyny!
– Wiem, też jest mi to nie w smak, ale musisz mi uwierzyć, że w tym momencie nie mamy innego wyjścia – powiedziałam łagodnym głosem i przytuliłam go delikatnie, wbrew zakazom.
– Nie mogę przytulić cię tak, jakbym chciał, bo ciągle się boję, że ktoś tu wejdzie. – Max wtulił skroń w mój policzek, poczułam wbijające się wąsy szwów. – Chcę cię pocałować.
– Na to musisz jeszcze zaczekać. – Pogładziłam kciukiem jego górną wargę. – Pielęgniarka mówiła, że rusztowanie w gębie zdejmą ci lada dzień.
Nagle wszedł lekarz-zasraniec, zapomniał czegoś dopisać do karty pacjenta. Odskoczyłam od Maxa jak z procy, udając, że podnosiłam coś z podłogi. Zanurkowałam dłonią do kieszeni i wyjęłam telefon.
– Panie doktorze, dobrze, że pan jest! Mam jeszcze jedno pytanie – wypalił Max, marszcząc czoło.
– No pewnie, słucham.
– Czy mogłaby odwiedzić mnie moja dziewczyna?
– Niech wstrzyma się do jutra, na ten oddział wchodzi tylko rodzina – odpowiedział lekarz z uśmiechem. – Jak zrobi pan dziewczynę żoną, to wszędzie będzie mogła wejść. Co, oczywiście, ma tak samo dużo plusów, jak i minusów – zażartował, mrugnął okiem i zarechotał obrzydliwie.
– Tak myślałem, chciałem się tylko upewnić…
Telefon Maxa rozbrzmiał dźwiękiem.
– Czyżby to dziewczyna dzwoniła? – spytał zaczepnie lekarz.
– Nie, to mój narzeczony! – poderwałam się i złapałam telefon, zanim Max zdążył po niego sięgnąć. – Pewnie dzwoni do ciebie, bo mam włączony tryb samolotowy – odrzekłam z pełnym przekonaniem. – Panowie wybaczą, muszę odebrać – uśmiechnęłam się przepięknie i wyszłam na korytarz.