Przypływy i odpływy 2

Rozdział 2 – Nie taki diabeł straszny

Klara urodziła się trzydzieści lat temu we Wrocławiu. Jej matka, kiedy zaszła w ciążę z jednym z choreografów Teatru Polskiego, od razu stwierdziła, że jego rola w życiu dziecka ograniczy się wyłącznie do poczęcia; uważała, że figura ojca jest mocno przereklamowana i matka to wszystko, czego mały człowiek potrzebuje. Była bardzo pewna siebie i nie przyjmowała krytyki, a wszelkie próby nakłonienia jej do przemyśleń i zmiany stanowiska tylko ją w nim umacniały. Tak przynajmniej wynika z tego, co mi opowiadała.

Przez ich dom przewijało się wielu kochanków matki, ale żaden nie ostał się na dłużej i – koniec końców – wychowywała córkę samotnie, co lubiła podkreślać. Prawda była jednak taka, że nie do końca robiła to tak samotnie, bo mała Klara spędzała bardzo dużo czasu z babcią i dziadkiem. Do tego stopnia, że miała u nich swój własny pokój i to ich mieszkanie nazywała domem.

Matka Klary była artystką, jedną z nielicznych, którym udało się osiągnąć sukces; projektowała i szyła kostiumy teatralne i filmowe. Była w tym niedościgniona i zarabiała świetnie, w dużej mierze dzięki rodzicom, którzy postanowili ją odciążyć, żeby mogła skupić się na karierze. Udało im się to tak dobrze, że poza doskonaleniem się w kostiumowym fachu, rozkwitała również towarzysko i to na tyle dynamicznie, że gdy Klara miała niecały rok, jej matka była już w kolejnej ciąży, którą tym razem zdecydowała się jednak przerwać, bo – jak sama argumentowała swojej nastoletniej córce – wtedy już wiedziała, że macierzyństwo nie jest dla niej.

Klarze zawsze było przykro, że to dziadkowie przychodzą na szkolne zebrania, występy i odbierają ją ze szkoły; że nie ma taty, z którym pojechałaby w weekend do zoo i który wziąłby ją na barana. Było jej przykro, że dzieci z klasy mają zakaz bawienia się z nią po szkole i nazywają jej matkę dziwaczką. Wspominała mi, że ma do matki ogromny żal za to, że decydując się na samotne macierzyństwo, zabrała jej nie tylko ojca, ale również coś, co ludzie nazywają „normalnym dzieciństwem”.  Całe szczęście odziedziczyła talenty artystyczne i gdy tylko świat stawał się dla niej zbyt okrutny, wprawdzie czernią na bieli, ale przy tym całkiem kolorowo, rysowała sobie lepszy.

Gdy była w czwartej klasie, w połowie roku szkolnego dołączył Filip. Rodzice chłopca zginęli w wypadku i został zaadoptowany przez wujka. Klara siedziała sama w ławce, więc od razu jej go dokooptowali, i tym sposobem ta dwójka została parą najlepszych i jedynych przyjaciół. Lubili się tak bardzo, że zarówno wujek Filipa, jak i dziadkowie Klary pozwalali im na wspólne nocowanie, co wcale nie było niczym oczywistym, bo – co do zasady – spanie chłopców z dziewczynkami w jednym pomieszczeniu było źle widziane. Trafili im się jednak progresywni opiekunowie, którzy od norm społecznych wyżej cenili przyjaźń. Nauczyli się funkcjonować w nieprzyjaznym im środowisku szkolnym i czas leciał. Jedyne, czego bali się naprawdę, to zielone szkoły i związane z nimi rozdzielenie w osobnych pokojach, ale i na to znaleźli sposób: zwyczajnie nie jeździli i, zamiast tego, włóczyli się po Wrocławiu – bez celu, ale zawsze znajdując sobie jakieś zajęcie.

Po skończeniu podstawówki poszli do gimnazjum, tam nawiązali nowe znajomości i pierwszy raz zdecydowali się pojechać na szkolną wycieczkę do Murzasichla. Oboje po raz pierwszy się tam całowali. Dobrze zapamiętali tę chwilę, pewnie do końca życia, bo kto zapomina pierwszy pocałunek? Stał się pamiętny szczególnie dla Filipa, bo w następstwie został pobity przez chłopców z równoległej klasy – uczucia męsko-męskie grubo wykraczały poza ich kanon i uznali, że trzeba siłą dopasować go do tych „jedynych słusznych”.

I Filip, i obiekt jego sympatii zostali tak dotkliwie pobici, że wylądowali w szpitalu. Nauczyciele i dyrekcja zdecydowali się nie pociągać do odpowiedzialności młodych zwyrodnialców, twierdząc, że „sprawców było zbyt wielu”. W oczach rodzin Klary i Filipa szkoła tylko potwierdziła swoje, aprobujące homofobię, stanowisko. Nie wahali się ani chwili, Klara i Filip natychmiast przenieśli się do prywatnego gimnazjum, gdzie – już w świętym spokoju – doczekali egzaminów końcowych. Do liceów poszli różnych, ale kiedy przyszedł czas wyboru kierunku studiów, edukacyjne ścieżki przyjaciół znów się skrzyżowały i doprowadziły ich do warszawskiego ASP. Złożyli teczki i oboje się dostali. Wynajęli mieszkanie na Oboźnej i razem przemieszkali w nim cały okres studiów. Po otrzymaniu dyplomu Akademii Klara wróciła do Wrocławia, a Filip – nie.

Na szczęście, dystans fizyczny nie oddalił ich duchowo i dalej pozostawali najbliższymi przyjaciółmi.

Jednym z projektów Klary, jeszcze podczas studiów, był plan tatuażu całego ciała w stylu polinezyjskim. Najpierw naszkicowała wszystko z zachowaniem „świętych” norm maoryskich, ale gdzieś po drodze uznała, że jeśli doda coś od siebie i zmodyfikuje tradycję na swoją, udelikatnioną modłę, to może dzieło straci na świętości, ale za to zyska na kunszcie. Tym sposobem, w niecały rok i z całą masą ciągłych poprawek, stworzyła najpiękniejszy wzór tatuażu w stylu body suite, jaki mogła sobie wyobrazić.

Zebrała stos kartek, na których z najmniejszym detalem rozrysowane były plany zagospodarowania każdego centymetra ciała, wsadziła je do grubej teczki, podpisała ją „dziara” i położyła na półce, i tak ta „dziara” tam sobie leżała.

Przez lata studiów stworzyła wiele pięknych prac, ale z niczego nigdy nie była zadowolona tak, jak z „dziary”, i pewnego, pięknego dnia, zupełnie spontanicznie, postanowiła, że musi tchnąć w nią w życie.

W obskurnym studiu na Powiślu znalazła artystę tatuatora, który bez chwili wahania oznajmił, że jest w stanie przenieść projekt z teczki na jej skórę. Wszystko to trwało cztery lata. Nie było ani tanio, ani miło, ani łatwo, ale zrobili to. Kiedyś spytałam Klarę jak czuje się w swojej podskórnej kreacji, odpowiedziała mi, że pięknie; że te wzory są zewnętrzną manifestacją jej wnętrza i cieszy się, że każdy może je zobaczyć. Bardzo spodobało mi się to zdanie i od tamtej pory, kiedy patrzę na czyjeś tatuaże, mam wrażenie, że widzę w nich kawałek duszy.

Podczas powrotnej podróży pociągiem z sesji tatuażu (jednej z miliona), cała obolała, poznała w pociągu długowłosego bruneta, z oczami niebieskimi jak lód i niewyczerpaną energią do gadulstwa. Wziął od niej numer i następnego dnia poszli na kawę. Później były dwie kolejne i po drodze jakiś obiad. Po dwóch tygodniach zaprosił ją na wspólny wyjazd, a gdy wrócili, uznali, że nie chcą spędzić ani jednej chwili więcej bez siebie, i szybko razem zamieszkali. Tak zaczęła się jej przygoda z Piotrkiem, początkowo naprawdę piękna.

Klara skończyła konserwację i restaurację malarstwa i sztuki, więc jeśli chodzi o pracę, możliwości miała wąskie. Udało się jej zatrudnić we wrocławskim Muzeum Narodowym, ale pieniądze były tak marne, że szybko zrezygnowała i otworzyła swój własny zakład, gdzie klienci płacili dobrze i bez grymasów i nie miało dla nich znaczenia to, że wartość materialna restaurowanych dzieł jest niewielka, jeśli nie zerowa – liczyła się bowiem ta sentymentalna. Przerobiła setki rodzinnych portretów i krajobrazów ojcowizn, były nawet malunki zwierząt – trochę psów, ale większość koni. Poza miłymi starszymi ludźmi i ekstrawaganckimi paniami w średnim wieku miała jednego, dość szemranego klienta, który przynosił do restauracji kradzione obrazy. Klara na pierwszy rzut oka widziała, z czym ma do czynienia, ale ze strachu wolała trzymać jęzor za zębami. Dochodząc do wniosku, że i tak jest w potrzasku, gdy przyszedł do niej kolejny raz, dała mężczyźnie zaporową cenę, licząc, że pójdzie do kogoś innego. Zdziwiła się, kiedy bez wzruszenia zapłacił.

Tym sposobem nawiązała swoją quasi-bandycką relację biznesową, z której niekoniecznie była dumna, ale która naprawdę się jej opłacała. Którejś wiosny ów typ przyszedł i zostawił kolejny obraz. Klara z przerażeniem rozwinęła spore płótno. Było stare i wycięte tak niestarannie, że aż bolało od patrzenia. Kiedy jej oczy przetworzyły, co właśnie mają przed sobą, zamarła i usiadła na podłodze. Nie miała wątpliwości, na co patrzy – to był olej na płótnie Petera Paula Rubensa Zdjęcie z Krzyża, który został skradziony podczas pożaru pewnej grudniowej nocy w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku z kaliskiego kościoła. Uczyła się o tym w Akademii. Pamiętała, że wszystkie rzeczowe dowody zaginęły w prokuraturze, ale z wcześniejszych relacji proboszcza i strażaków wynikało, że ramy obrazu do końca nie spłonęły, a w ich rogu widać było kawałki wyszarpanego płótna… wstała i spojrzała – dokładnie wiedziała, o którym narożniku ramy mówili świadkowie. Czasy PRL-u nie były łaskawe dla sztuki… Żeby tak po prostu zniknął obraz Rubensa?

Prace nad renowacją zaczęła natychmiast, każdego dnia trzęsąc się ze strachu, że coś schrzani i nigdy nie chrzaniąc niczego.

Mijały tygodnie, miesiące, rok, a klient spod ciemnej gwiazdy się nie zjawiał. W umowie, którą każdy zleceniodawca wcześniej podpisywał, widniał punkt, z którego jasno wynikało, że jeśli przez rok klient nie odbierze dzieła, staje się ono własnością zakładu. Klara ustanowiła ten paragraf, bo w przeszłości zdarzali się już tacy delikwenci, którzy traktowali jej lokal jako magazyn. Tym małym zabiegiem prawnym chciała wymusić dyscyplinę w terminowym odbiorze zleceń, w żadnych wyobrażeniach nie wymyśliłaby jednak scenariusza, w którym zostaje właścicielką skradzionego dzieła sztuki… ale los zrobił to za nią, a Klara wierzyła, że cokolwiek się w życiu dzieje, jest częścią większego, mistycznego planu, nazywała to „czymś” i owe „coś” niczym nie różniło się od przeznaczenia, a wiadomo, że z przeznaczeniem się nie dyskutuje.

Zastanawiała się, co zrobić z Rubensowską, zrabowaną zgubą. Wiedziała, że pewnie oddanie jej do państwowego instytutu sztuki było odpowiednim rozwiązaniem, ale ani przez chwilę nie miała zamiaru tego zrobić. Raz, że przecież nie godzi się stawać „czemuś” na drodze; dwa – nic, co państwowe, nie budziło jej zaufania; i trzy – tak zwyczajnie, po ludzku chciała Rubensa mieć dla siebie, nawet jeśli oznaczało to, że ma patrzeć na niego w samotności i zaciszu magazynu. W mało ekscytującym świecie konserwacji sztuki świadomość tego, że przykryte szkłem muzealnym i warstwą bawełny skradzione arcydzieło leży ukryte w jej pracowni, dodawało nie lada emocji. Czy się bała? Oczywiście. Przede wszystkim dwóch rzeczy” po pierwsze, że szemrany klient któregoś dnia postanowi się jednak objawić i brak obrazu wprawi go w szał, na którego drodze Klara miała przeczucie, że stać by nie chciała; po drugie miała obawy, że ktoś się dowie i będzie musiała ponieść prawne konsekwencje – na tę okoliczność jednak przygotowała już sobie strategię, a codzienny dreszczyk emocji wcale jej nie przeszkadzał. Przeciwnie – czuła, że żyje.

I z taką słodką, ekscytującą tajemnicą żyła szczęśliwie, zasypiając codziennie obok swojego generatora energii i błysku jego lodowatych oczu, robiąc rundy wokół słońca i nie myśląc o jutrze. Przyszło jednak takie jutro, kiedy Piotrek obudził się i stwierdził, że Wrocław mu się zestarzał i chce czegoś innego, nowego, a ona chciała iść z nim, dokądkolwiek go poniosło, bo taka była natura ich relacji.

Po licznych wycieczkach w polskie Tatry postanowili wyprowadzić się do Zakopanego. Zamknęła wtedy swój wrocławski zakład i otworzyła, niedaleko Krupówek, całkiem nowy i pod inną nazwą. Tym razem też nie wynajmowała, a kupiła mały pawilon na zaciągnięty kredyt. Wiedziała, że gdyby pan złodziej obrazów chciał ją znaleźć, na pewno by to zrobił, ale „coś” (występujące również w charakterze intuicji) jej podpowiadało, że o to nie musi się martwić, a Klara „czemuś” ufała – „coś” jej dotąd nigdy nie zawiodło.

O jej tajemnicy nie wiedział nikt, ani Filip, ani Piotrek. Spytacie, skąd wiem ja. Otóż któregoś wieczora, pamiętnego lata na półwyspie, trochę się upiłyśmy. Rozmawiałyśmy o tym, jak bardzo obie chciałybyśmy mieć siostry, i doszłyśmy do konkluzji, że skoro nikt nam ich nie dał, to musimy je wziąć sobie same. Tym sposobem ustanowiłyśmy się siostrami z wyboru, a jako przypieczętowanie aktu miałyśmy podzielić się naszym największym sekretem. Ja opowiedziałam o aborcji, a Klara o Rubensie, terapeutycznie zrzucając z siebie ciężar – siostra to wyjątkowa osoba.

Później otworzyłyśmy kolejną butelkę i zaczęłyśmy precyzować zasady naszego siostrzanego paktu. Stanowił o tym, że siostry nigdy sobie nie zazdroszczą, mówią tylko prawdę, nie powstrzymują łez i nie dławią śmiechu. Wspierają się, wzajemnie dobrze życzą i nie porównują. To wszystko spisałyśmy na odwrocie instrukcji jednorazowego grilla i – w pijackim widzie – przypieczętowałyśmy krwią z rozciętych otwieraczem do wina dłoni. Moja matka powiedziałaby: „takie stare, a takie głupie”, ale nie wiedziała, że wiek to stan umysłu, i o ile głupimi być mogłyśmy, to starość nam nie zagrażała.

Tamtej nocy obiecałyśmy też sobie, że zrobimy wszystko, żeby odkryć, kim jest ojciec Klary. Niejednokrotnie próbowała z matki wyciągnąć o nim prawdę, ale zawsze kończyło się to wielką awanturą i trzaśnięciem drzwiami, które raz nawet połamały jej palce.

Klara była też zwyczajnie mądra, pomagała mi patrzeć na rzeczy szerzej, gdy pędziłam wybrukowaną emocjami, tunelową wizją. Jej spostrzeżenia były dla mnie często tak szokujące w swym geniuszu, że przewrotnie nazywałam ją Klaritą.

Drogą krętą i niepodręcznikową wyrosła na pięknego człowieka. Krzywdy, które spotykały ją w dzieciństwie ze strony rówieśników, wyostrzyły w niej empatię. Rozsiewała wokół siebie aurę ciepła i opiekuńczości. Podłe dzieci nie zdołały zdławić w niej hartu, miała mocny charakter i stała się silną, pewną siebie kobietą; taką, która podaje rękę w potrzebie i o nikim nie mówi, że jest brzydki. Nie lada ewenement. Mam szczęście, że mi się trafiła.

Poza złodziejem obrazów i wymiarem sprawiedliwości nie miała zbyt wiele strachów. Były za to potężne, szczególnie doskwierał jej jeden, nasilający się z każdym obrotem wokół słońca. Bała się, że nigdy nie zostanie mamą.

Znalazł się kupiec na ziemię na Mazurach. Sama nie wiedziałam, czy mam się cieszyć, czy nerwowo przełykać ślinę; mrzonki i marzonka są słodyczą czystą tak długo, jak żyją w głowie, a gdy przychodzi co do czego i nagle mają się zmaterializować, człowieka ogarniają jakieś niepokoje. I znów się bałam: że za tanio sprzedam, więc może trzeba jeszcze z rok poczekać; że nie ogarnę papierologii; że nie znajdę odpowiedniego domu na Rodos; że mnie to zwyczajnie przerośnie. Miałam na szczęście obok siebie mądrego Maxa, który przypominał mi, żebym myślała jeden krok naprzód, a nie sto. I tak, nim się obejrzałam, byłam już w połowie drogi. Ziemia została zhandlowana za tyle, ile chciałam. Udało mi się zapłacić podatek od sprzedaży i ulokować pieniądze na koncie, gdzie ich wartość nie spadała. Żyłam i miałam się dobrze – sukces. Znalazłam nawet jakąś agencję, której, za niebandycki procent, zleciłam zajmowanie się wynajem krótkoterminowym kawalerki na Mariensztacie. Wszystko był pod kontrolą, poza ojcem, który przeczekiwał czas między świtem a zmierzchem, mając nadzieję, że następnych nie dożyje. Było na tyle słabo, że moja ciotka, a jego siostra, wprowadziła się tymczasowo na Królewską.

Dźgało mnie poczucie winy, że nie powinnam, ale mimo wszystko kupiłam bilety powrotne na wyspę. Mój lot był zaplanowany na niedzielę. Czas płynął bezlitośnie wolno aż do piątku, wtedy przyjechał Max, żeby spędzić ze mną te ostatnie dwa dni.

Choć egoistycznie chciałam się trzymać od ojca i jego smutków daleko, tuż przed przyjazdem Maxa postanowiłam go odwiedzić i porozmawiać.

Kiedy szłam Krakowskim Przedmieściem, czułam się zupełnie normalnie, ale zaraz, gdy skręciłam w stronę domu rodziców, uderzył mnie żal; oczami wyobraźni widziałam idącą z zakupami matkę w czarnym, pikowanym płaszczu i butach na niskim obcasie, zarzucającą biodrem w lewo. Podbiegłabym do niej, by przejąć ciężkie siaty i jak zwykle z pokorą przyjąć krytykę mojego stroju. Martwa matka była jak żywa. Mogłam łatwo ją na powrót uśmiercić, wystarczyło przekierować myśli gdzie indziej, zająć głowę prostszymi tematami, jak na przykład wyszczerbienia w płytach chodnikowych. Nie chciałam tego jednak, ciekawiło mnie, gdzie poprowadzi jej fantom.

Weszła do klatki. Potem schodami dotarła na odpowiednie piętro, przekręciła miedzianą klamkę i rzuciła torby w przedpokoju. Na wieszaku powiesiła ubrania wierzchnie, a na półce ułożyła starannie buty. Później przeszła z zakupami do kuchni, rozładowała je do szafek i lodówki, po czym od razu zabrała się za obieranie ziemniaków. Kotlety miała ulepione już wcześniej, postawiła wodę na gazie i poszła do łazienki rozwiesić pranie na wiszącej nad wanną suszarce.

Wyobraźnia działa mi szybciej, niż nogi, więc kiedy rzeczywiście znalazłam się pod wejściem do mieszkania, miałam przed oczami rodziców razem, jedzących mielone z ziemniakami i buraczkami, rozmawiających o planach na weekend. To, co zastałam w środku, było kompletnie inne od projekcji w mojej głowie; nie pachniało świeżym praniem i nie było obiadu. Dom stał, ale przestał być domem. Ojciec wyszedł się ze mną przywitać, ale twarz miał tak smutną, że nawet wymuszony uśmiech nie dał rady tego zakamuflować. Jego oczy mówiły wszystko, a do mnie dotarło, że razem z matką umarł i on. Umarło życie, które mieli – jedyne, które chciał znać.

– Tato, jadłeś cokolwiek?

– Nie mam apetytu, ale wmusiłem w siebie ser biały z pomidorem.

– Nie brzmi zachęcająco, może warto, żebyś zjadł coś, co naprawdę lubisz? Pomyślmy… co powiesz na napoleonkę i kawę? Chodź, pójdziemy na spacer do kawiarni – zaproponowałam.

– Nie, nie chcę nigdzie wychodzić i nie mam ochoty na jedzenie, a napoleonka to twoje ulubione ciastko, a nie moje.

– No ale coś zjeść trzeba, nie możesz żyć na serze i pomidorach. Może zamówię nam pizzę?

– Bo pizza to ma dopiero tyle witamin i wartości odżywczych – odparł z sarkazmem i pokręcił głową z pożałowaniem.

– To prawda… co innego przychodzi ci do głowy? Możemy pójść na jakiś polski obiad.

– Karolinko, nie mam ochoty jeść. Może skończ swoją krucjatę i wejdź do środka.

– Wchodzę, wchodzę, ale musimy coś zamówić, bo może ty lubisz się głodzić, ale ja długo tak nie pociągnę.

– Zamów, co chcesz, ja się dostosuję – odparł ojciec i poszedł w stronę dużego pokoju w swoich góralskich kapciach.

– Zamówiłam nam hinduskie żarcie – oznajmiłam z triumfem, siadając na kanapie. – Jak dajesz sobie radę?

– Słabo. Cieszę się, że ciocia przyjedzie i będę miał do kogo gębę otworzyć.

– Tato, zostałabym z tobą w Warszawie, ale…

– Nawet nie zaczynaj – przerwał mi od razu. – Masz swoje życie do przeżycia i w niczym mi nie pomożesz. Dostałbym szału, wiedząc, że moje jedyne dziecko traci czas na użeranie się ze mną. Chcę, żebyś robiła swoje. – Ojciec zmarszczył brwi. – Z mamą mieliśmy swój mały świat, który funkcjonował jak dobrze naoliwiona maszyna, ale to Agata była silnikiem. I teraz, gdy jej nie ma, cała reszta to złom, a ja jestem za stary, żeby szukać temu złomowi nowego silnika. Rozumiesz?

– Rozumiem, tato. Nie wiem, dlaczego założyłeś, że będę pchała cię w ramiona innej kobiety… Bardziej się zastanawiałam, czy… a myślałeś może, żeby nauczyć się samemu być silnikiem?

– Nie myślałem, bo tego nie chcę. – Rozłożył ręce. – Nie martw się o mnie, jakoś podryfuję dalej.

– Martwię się właśnie… nie poddawaj się. Żałoba jest trudna, ale w końcu mija.

– Nie w moim wieku, Karolina. Jak będziesz miała siedemdziesiąt pięć lat to zrozumiesz. Wiem, że teraz nie mieści ci się to w głowie, ale nim się obejrzysz, staniesz tu, gdzie ja – zawyrokował i wyprostował się. – Staniesz tu i zaczniesz się zastanawiać, jak pokierowałaś życiem, i to szybciej, niż myślisz… naprawdę. Jeśli mogę, to chcę cię prosić tylko o jedno: dobrze wykorzystaj ten czas, który masz. Spisz na kartce swoje marzenia, czy czego tam w życiu chcesz, i codziennie przeznaczaj godzinę albo dwie na ich realizację. I wiem, jak bywa; gdy pomysł wpada do głowy, człowiek się podnieca i ma mnóstwo energii, dopiero później okazuje się, że to wszystko nie jest takie proste i dla rezultatów trzeba się namęczyć, że zawodowe obowiązki, że zmęczenie… Ale mam do ciebie prośbę. Jeśli chodzi o marzenia, nie bądź leniwa. Ja byłem i żałuję, a dziś już jest za późno. Ty dalej masz czas, więc znajdź w sobie dyscyplinę i upór. To one popychają do celu, kiedy entuzjazm nie daje już rady. I o ile niezrealizowane pragnienia mógłbym sobie wybaczyć, o tyle tego, że nie zrobiłem nic w kierunku ich spełnienia, nigdy.

– Tato, nie wiem co mam powiedzieć. Przykro mi, że tak czujesz…

– No ale już, bez ballad żałobnych. Złego życia nie miałem, więc nie róbmy ze mnie męczennika. – Zaczesał włosy do tyłu. – Mówię ci to po to, żebyś wiedziała, że nie chcę cię tu na świadka mojej martyrologii. Chcę cię tam, na tej twojej wyspie, egzekwującą swoje sny. I jeszcze jedno: w życiu liczy się tylko garstka ludzi i trzeba dobierać ich roztropnie, ale widzę, że oko masz dobre. A reszta tłumu… resztą się nie przejmuj, bo oni też mają cię gdzieś. Nie pozwól nikomu stanąć ci na drodze, a jak spróbują, bądź jak buldożer.

– Dobrze, będę. Obiecuję. Dziękuję ci za te słowa – wyznałam i położyłam rękę na jego ramieniu. – To chyba pierwsza taka nasza rozmowa w życiu?

– Chyba pierwsza. Szkoda tylko, że do takich refleksji musiała zmusić mnie śmierć Agaty.

– A dlaczego akurat jej śmierć?

– Bo ona właśnie tak żyła… to znaczy nie tak, właśnie zupełnie inaczej. Żyła, jak trzeba. Szła po marzenia. Codziennie wstawała przed budzikiem, żeby między obowiązkami wcisnąć czas na drążenie skały. I wydrążyła sobie wszystko. Kocham… kochałem twoją matkę bardziej niż życie.

– Wierzę ci. Ale tylko życie ci pozostało, więc postaraj się z nim zaprzyjaźnić, dobrze?

– Postaram się, ale niczego nie obiecuję. Jeśli umrę, to wszystko wiesz.

– Wiem, ale spróbuj żyć.

Objął mnie po przyjacielsku i uśmiechnął się, tak naprawdę – niewymuszenie. Za chwilę zadzwonił domofon i dostawca wniósł zamówione żarcie. W całym mieszkaniu rozniósł się zapach kardamonu i innych hinduskich przypraw. W lenistwie nawet nie przełożyliśmy jedzenia na prawdziwe talerze, za co matka by nas prześwięciła. Chlebkami naan wyczyściliśmy plastikowe opakowania do cna, a na deser wypiliśmy mango lassi. Ojciec zjadł na tyle dużo, że mogłam nie martwić się o jego bilans kaloryczny przez najbliższe dwa dni.

Pożegnałam się z nim czule. Tak mi się jakoś porobiło po śmierci matki, że każde rozstanie traktowałam jako potencjalnie ostatnie. Ktoś mógłby nazwać to traumą… zwał jak zwał. Cokolwiek to było – dobrze, że mnie spotkało, bo to nie jest duży wysiłek, by uścisnąć kogoś porządnie i dać mu ciepłe słowo na do widzenia, tym bardziej że któryś raz w końcu będzie tym ostatnim.

Z Królewskiej poszłam piechotą odebrać mojego pięknego chłopca z Dworca Centralnego. Na dwie ostatnie noce wynajęłam pokój w Novotelu, bo było taniej, niż na Airnbnb.

Max wyszedł z pociągu sam, Marcina zostawił z kuzynami. Rzuciłam mu się na szyję niczym wytęskniona żona witająca męża po powrocie z wojny. Minęło zaledwie kilka dni, odkąd widziałam go ostatni raz, a już zdążyło mi go tak bardzo zabraknąć. Bałam się, co to będzie, kiedy wyląduję na wyspie i nie będę go widzieć tygodniami. Wiedziałam, że dam radę, ale pozbyłam się złudzeń, że przyjdzie mi to łatwo.

Zostawiliśmy jego bagaże w hotelu i od razu poszliśmy na spacer do parku za dawny Komitet Centralny, stamtąd przeszliśmy na kładkę nad Książęcą, zatrzymaliśmy się w jej połowie i oglądaliśmy przejeżdżające samochody. Księżyc w pełni albo jej okolicach rozjaśniał czarne niebo. Wyciągnęłam zgrabnego jointa i odpaliłam. Zaciągnęłam się porządnie, trzymałam w płucach długo, a czego utrzymać już nie mogłam, sucho wykaszlałam. Podałam skręta Maxowi i tak, mach po machu, wypaliliśmy całego.

– Okropna ta szaruga. Śmierć wisi w powietrzu – powiedziałam z obrzydzeniem.

– Wiem. Czasem zastanawiam się, dlaczego musiałem się tu urodzić. Nie mogłem gdzieś indziej?

– Gdzieś indziej też znalazłbyś powód do narzekania.

– A właśnie może nie. Zobacz, ludzie wyjeżdżają do innych krajów i jest im tam dobrze. Lepiej.

– Z własnej woli wyjeżdżają, jak są już dorośli, bardziej świadomi i pełni dystansu. Jadą po coś, co potrafią docenić. Zwykle też ciężko na to harują, a głupio tak pluć na owoce własnej pracy. – Wyjęłam z ust wyżutą gumę i włożyłam świeży listek. – Patrz, ile osób wyprowadza się z innych krajów do Polski, przecież nie było ich by tu, gdyby była takim gównem. Polska nie jest zła. My po prostu dostaliśmy ją w pakiecie i dlatego nam śmierdzi. Tak jak przydziałowa para butów. Jaka by nie była, zawsze chce się lepszej, innej, niż mają wszyscy. Ale jak już założysz to wymarzone obuwie, to się okazuje, że uwiera tak samo, o ile nie gorzej, a podeszwa jest z tej samej gumy.

– A jednak wolisz greckie sandały od polskich kaloszy. – odparł.

– To nie to, że wolę. Po prostu mi lepiej pasują. Widzę plusy i minusy obydwu.

– Jakie są plusy kaloszy? Bo ja nie widzę.

– Nie widzisz, że możesz w nich przejść po najgorszym bagnie suchą stopą? Żaden sandał ci tego nie da.

– Ale w sandałach stopa oddycha i idzie się lekko. – Max nie dawał za wygraną.

– Tak, ale docenisz to tylko wtedy, kiedy przejdziesz swoje w kaloszach.

– Nie nadążam za twoją myślą…

– Chodzi mi o to, że Polacy są zrobieni z twardszej gliny, co do zasady, oczywiście. Jesteśmy jak kalosze. Przejdziemy przez gnój, zimę i deszcze i nie rozmiękniemy. Bo my, Polacy, nie rozmiękamy. Rozumiesz? My, Polacy, pojedziemy sobie na południe i będzie się nam tam żyło łatwiej, a południowcy przyjadą tu i kaplica…

– Uważasz, że jesteśmy lepsi od innych?

– Nie, tego nie powiedziałam. Ale czy sądzę, że jesteśmy lepiej zahartowani? Tak. Polskie wychowanie jest dość szorstkie i to prawda, że niejednych dotkliwie skaleczy, ale innych za to utwardzi. Mnie utwardziło, miałam szczęście.

– Mnie chyba też. – zamyślił się.

– Na pewno. Sam zobaczysz na Rodos, obserwuję tam lokalnych windsurferów, którzy po trzech godzinach są już zmarznięci, a w tym samym czasie polscy, siedzący od rana do zmierzchu w wodzie, pływają w najlepsze, mając na sobie tylko szorty i koszulki przeciwsłoneczne. Taka moja mała, plażowa próba statystyczna, czarno na białym.

– Tamtejsi miejscowi muszą być najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Cały rok pływania, jak ja bym tak chciał…

– To nie do końca tak. Ludzie na całym świecie biją się egzystencjonalnymi rozterkami. Wyspiarze czują się dzicy i wykluczeni z cywilizacyjnego kręgu, poza tym większości nie stać na takie hobby, muszą łowić ryby czy robić jakieś inne gówno – wyjaśniłam i pozbyłam się kolejnej gumy, zawijając ją w stary paragon. – My, uprzywilejowani ludzie, zawsze znajdziemy dziurę w całym, a mamy do tego najmniejsze powody, bo jako garstka wybranych urodziliśmy się w kraju z dostępem do opieki zdrowotnej i taką ilością żywności, że jej nadmiar się wywala do śmietników.

– Dobra, ale teraz już zaczynasz wywody w stylu „jedz, bo dzieci w Afryce głodują”,

– Bo głodują! I umierają, i pracują w fabrykach, zamiast się uczyć i bawić. I to są argumenty wielkiego kalibru. Trzeba doceniać.

– To czemu, zamiast doceniać, spakowałaś się i jedziesz?

– Bo mam wielki przywilej i mogę. A jak można, to należy. Po latach noszenia, co prawda nieprzemakalnych, ale i duszących kaloszy, mam smaka na lekkie sandałki.

– Teraz taka obrończyni ojczyzny, a sama zaczęłaś od narzekania na szarugę i wiszącą śmierć.

– Co mam ci powiedzieć, narzekanie jest wpisane w polskość tak samo mocno, jak kalosze.

– Boję się, Karolcia, że ten dystans zrobi nam krzywdę – powiedział po chwili.

– Ja też się boję, ale nic z tym nie zrobimy, trzeba stawić czoła. Mogę zagwarantować, że dam z siebie wszystko – zapewniłam go.

– Ja też, ale to nie o to chodzi.

– A o co?

– Co, jeśli wszystko nie wystarczy?

– Polskie wszystko? Polskie wszystko zawsze wystarczy.

– Boje się, że do niego wrócisz…

– Do Borysa? Ty znów o tym?

– Tak. Ja będę daleko, o on pod ręką… dużo wygodniej. Zamienisz polski kalosz na grecki sandał.

– Żaden z niego sandał, co najwyżej udawany. A mój kalosz jest prima sort i na nic go nie zamienię – roześmiałam się i złapałam go za rękę. – Jak myślę o tym, że za dwa dni o tej porze będę tak daleko od ciebie, to usycham z tęsknoty. A przecież nie powinnam, przecież mam cię tu obok. – Pocałowałam jego suchą dłoń. – Uwielbiam cię i nie wyobrażam sobie trzymać ręki nikogo innego. Damy radę, ze wszystkim. Jak dotrę, to szybko kupię jakiś dom i od razu do mnie przylecisz.

– A jak nie znajdziesz niczego tak szybko?

– To coś wynajmę, o to się nie martw. Wiem, jak bardzo nie chcesz, żebym z nim mieszkała… i wiesz co? Rozumiem to. Obiecuję ci, że nie będę tam dłużej niż dwa tygodnie.

– To będą długie dwa tygodnie… mam w głowie jakieś pojebane wizje, że wita cię kwiatami i uwodzi.

– Nie będzie. Powiem mu od razu, że jesteśmy razem, nie będzie miał wątpliwości. Jego też mi w tym wszystko szkoda, chłop nic złego nikomu nie zrobił.

– Wiem, wiem, ale nic nie poradzę… takie scenariusze pisze mi łeb.

– Mój też by mi pisał i rozumiem, co czujesz, ale musisz mi zaufać – powiedziałam najbardziej uspokajanym głosem, jaki umiałam z siebie wydobyć.

– Nie mam wyjścia – przytaknął Max. – No nic, będę musiał przeżyć… nie wiem tylko, jak wytrzymam bez tego – zamruczał, po czym włożył mi lodowate dłonie pod kurkę, zaczął dotykać piersi i całować usta.

– Chodźmy do hotelu nacieszyć się sobą na zapas, co ty na to?

– Tak.

Wypaliliśmy jeszcze jednego skręta, bo taki mieliśmy plan, na ten weekend. Lubiliśmy seks po trawie, jego inność – rozluźnione ciało, wyostrzone zmysły, szersze spektrum doznań, orgazm w slow motion. Wszystkiego więcej, bez uszczerbku na jakości. Cudownie. Do tego stopnia, że trzeba tego typu atrakcje dozować, bo zbyt łatwo mogłyby uzależnić i znieczulić na miłość bez używek. Co do tego, że nałogów nie chcemy, byliśmy zgodni. I nie tylko dlatego, że podlegaliśmy zbyt wielu zewnętrznym czynnikom, żeby dokładać do listy kolejne, ale mieliśmy nieodparte wrażenie, że jointy nie tylko luzowały nam ciało, ale i tryby w mózgu, a ich częste palenie mogłoby zmienić nas w parę idiotów.

W myśl zasady, że wszystko jest dla ludzi, ale pewne rzeczy tylko od święta, do głębszego wymiaru zmysłowości, ukrytego za zasłoną dymu sativy, zaglądaliśmy tylko w ramach specjalnych okazji. A ten weekend taką okazją właśnie był.

Dławiliśmy się sobą i nadmiarem szczęścia, wiedząc, że zaraz czeka nas jego bolesny niedobór. Momenty-rarytasy, tak dobre, że nie można chcieć więcej; wypełnione szczęściem tak szczelnie, że dla strachu nie ma miejsca.

Światło księżyca wdzierało się do pokoju hotelowego przez odsłonięte okno, nie było sensu go zasłaniać – na trzydziestym piętrze i tak nikt nas nie widział. Patrzyłam na panoramę mojego miasta, które w sercu nie było już moje. Później spojrzałam na niego. On, w przeciwieństwie do miasta, był mój.

– Jacy my jesteśmy głupi… zastanawiamy się, czy nam się związek na odległość nie rozsypie. Zobacz, jakie w ogóle mamy szczęście, że się znaleźliśmy, zakochaliśmy w sobie. Są ludzie, którzy przez całe życie nawet nie poczuli miłości, a nam się udało, i to odwzajemnianą! – Umościłam się w miękkim łóżku.

– To prawda, mamy szczęście, ale nie robiłbym z miłości takiego ewenementu, myślę, że jest na wyciągnięci ręki dla każdego – wyraził swoje odmienne zdanie.

– Nie jest. Są tacy ludzie, którzy nigdy sobie nikogo nie znajdują. A to przez wygląd, a to przez charakter. Niektórzy maja takiego pecha, że są i podli, i brzydcy – skwitowałam.

– Co za bzdura, każdy kto jest choć trochę ładny albo miły może sobie kogoś znaleźć, a nawet jak nie jest, to wszystko można sobie wypracować, spójrz na mnie.

– Na ciebie? A czego tobie brakuje? Jesteś i przystojny. i miły.

– Nie jestem miły. Tak się zdarzyło, że mnie lubisz, ale wcale nie jestem taki miły. A przystojny? Czy na pewno na mnie patrzysz?

– Jesteś przystojny.

– Uważasz tak tylko dlatego, że jestem naprawdę niezły na desce. Wiem, że kiedy wchodzę na wodę, to osiągam pełnię potencjału i imponuję ludziom. – Max zamyślił się na chwilę – Gdyby zabrali mi ten skill, nagle okazałoby się, że jestem zwykłym, niskim gościem i nie wiedziałabyś nawet, że istnieję. Tak jest prawda i nie ma w niej niczego złego. Poza tym nigdy nie zamieniłbym się z żadnym przystojniakiem miejscami, moje umiejętności są warte dużo więcej i są bardziej ponadczasowe niż genetycznie zaprogramowane opakowanie.

– Z całym szacunkiem do twojego skilla, ale nie zakochałam się w tobie dlatego, że umiesz pływać na desce – zaoponowałam, marszcząc brwi.

– A ja ci mówię, że dlatego. – Zaplótł ręce za głową po ważniacku. – Może wydarzyło się to poza twoją świadomością, ale tak się stało.

– Rzeczywiście robi to na mnie wrażenie, ale przysięgam, że nie dlatego cię kocham.

– Nie mówię, że dlatego mnie kochasz, ale gdybym nie pływał na desce, nie dałabyś mi nawet szansy. Nie ma sensu rozbijać tego na drobne; chodzi mi o to, że nawet nieprzystojny gość może znaleźć sobie wspaniałą dziewczynę, pod warunkiem, że wypracuje w sobie atrakcyjność.

– To co powiesz o tych wszystkich nieszpetnych ludziach, którzy starzeją się w samotności? Sama znam takich.

– Pewnie mają szpetne dusze, mylę się?

– No mają.

– No widzisz. A nad tym też mogliby popracować, tylko im się nie chce. I to jest ich problem, bo jak się w coś wkłada pracę i energię, to jest z tego efekt, prędzej, czy później. A jak się nie chce, to gówno będzie.

– A ty? Dlaczego się we mnie zakochałeś? – zapytałam przewrotnie.

– Nie będę ukrywał, że jesteś piękna. Nie uniwersalnie, ale mnie podobasz się bardzo.

– I to tyle?

– Oczywiście, że nie. Twoja uroda była przynętą, ale zakochałem się w tym, jaka jesteś. Ambitna, pomocna, odważna i nieprzewidywalna. Jesteś dla mnie przygodą, ale taką, której ufam, że się nie skończy źle. Przy tobie czuję się dokładnie tak, jak chciałbym się czuć zawsze, dajesz mi poczucie, że biorę pełnymi garściami i najlepsze przede mną. Bo tak właśnie żyjesz, od dobrego do lepszego, aż chce się być obok ciebie.

– Wow. Nikt nie umie mówić, jak ty… nikt. – Nieśmiało spuściłam wzrok. – Dobrze, że nie tylko opakowanie trzyma cię przy mnie, bo jego charakter jest dość tymczasowy – dodałam z uśmiechem.

– Wiem, ale mam jeszcze co najmniej piętnaście lat prosperity i będę korzystał, jeśli pozwolisz. – Wślizgnął się na mnie i zaczął całować po szyi.

– Korzystajmy oboje, bo za te piętnaście lat będę zwiędła jak stara śliwka, a ty zaczniesz rozkwitać i wtedy pewnie się ze sobą pożegnamy. – Mrugnęłam okiem.

– A co tu mogłoby rozkwitać? – Max spojrzał teatralnie na swoje ręce. – I właśnie to doceniam w byciu brzydalem. Nie ma się do czego przywiązywać, więc nie będzie czego żałować i za czym tęsknić – odparł i wzruszył ramionami z uśmiechem. – A tak serio, to proszę cię już ostatni raz: nie żartuj tak nawet. Nie wiem, co musiałabyś zrobić, żebym cię zostawił, ale na pewno dużo więcej, niż się po prostu zestarzeć. Zupełnie niepotrzebnie zaprzątają ci te myśli głowę, nie trać na nie czasu. Obiecuję ci, że nie masz się o co bać.

– Coś mówiłeś o korzystaniu z prosperity? – Przyciągnęłam go do siebie i oplotłam nogami.

Z hotelowego łóżka wychodziliśmy tylko na posiłki, podczas których obsługa sprzątała nasz pokój na błysk. Odurzeni chemicznym koktajlem, który płynął w naszych żyłach zamiast krwi, każdą z tych kilku wspólnych chwil, które zostały nam do odlotu, łykaliśmy jak ostatni wdech powietrza przed długim nurem w głębokie i ciemne wody rozłąki.

Niedziela przyszła, bo czas – jak to zwykle bywa – upłynął. Max odwiózł mnie na Okęcie, poszliśmy do tej samej kawiarni, gdzie kiedyś siedziałam z Borysem, ale stolik wybrałam tym razem inny. Gdy Max poszedł po kawę, spojrzałam na jego postać stojącą przy kasie w odległości dziesięciu kroków ode mnie. Już zaraz wsiądę do metalowej, latającej puszki, której działania nawet dokładnie nie rozumiem, i będę od niego znacznie dalej niż dziesięć kroków. Łzy zaczęły mimowolnie spływać mi po policzkach. To już drugi raz, kiedy za nim płakałam, pierwszy był na Helu, kiedy pojechał do Niemiec. Wszyscy wiemy, jak to się dla mnie skończyło. Po co więc znów sobie to robię? Miałam poczucie błędu i żalu i nawet perspektywa słońca nie nastrajała mnie pozytywnie.

– Proszę, latte na soi dla pięknej pani. – Postawił filiżankę na stole i spojrzał na mnie. – Ej, ty płaczesz? Co się stało?

– Nie chcę być tak daleko od ciebie.

– No nie wierzę! Karolina Richter za mną płacze! Zaznaczę ten dzień w kalendarzu i będę świętował! – zawołał z krzywym uśmiechem, objął mnie przez bark i szorstkim kciukiem, zadrapując policzek, otarł moje łzy. – Przepraszam, próbowałem delikatnie.

– Nic nie szkodzi…

– Karolcia, nie smuć się. My naprawdę zaraz się zobaczymy. Przyjadę, jak tylko wyniesiesz się od niego, przecież też wcale nie chcę czekać. Tak wszystko zrobimy, że będzie miało to ręce i nogi, nie martw się o nic. Ciągle mam jakieś wolne, połowa roku to święta. Będę u ciebie częściej, niż sądzisz.

– Jesteś świetny w pocieszaniu. Naprawdę.

– Teraz twoja kolej, pociesz mnie.

– To znaczy?

– Chciałbym, żebyś z lotniska pojechała do domu taksówką, a nie z Borysem. – Max wcisnął mi do ręki zwitek banknotów euro. – Obiecaj mi.

– Oczywiście, że obiecuję. Ale nie potrzebuję od ciebie na to pieniędzy.

– Wiem. Chciałbym, żebyś je jednak wzięła dla mojego dobrego samopoczucia. Dobrze?

– Dobrze. – Pocałowałam go mocno. – Ja też mam do ciebie prośbę. Czy mógłbyś wziąć moją toyotę i nią jeździć? Mechanik powiedział, że jak stoi, to tylko niszczeje.

– To dlaczego nie weźmiesz jej ze sobą na wyspę? Przecież mówiłaś, że potrzebujesz tam samochodu.

– A wiesz, że nigdy o tym nawet nie pomyślałam? To niegłupi pomysł… – Zmarszczyłam brwi. – Pomyślimy o tym, ale teraz i tak jej nie zabiorę. – Podałam mu kluczyki i dowód rejestracyjny. – Zajmij się nią.

– Gdzie zaparowałaś?

– Na Ordynackiej, wyślę ci adres.

– No, Karolcia, czas na ciebie. – Dopił kawę i spojrzał na zegarek. – Nie ma co przedłużać, i tak już tęsknimy, kolejne minuty nic nie zmienią. Kochaj mnie niezmiennie, tak jak ja kocham ciebie. – Wziął moją twarz w twarde łapy i prześwietlił wzrokiem.

– Nie przestanę, nawet na moment. – Przytuliłam go najmocniej, jak umiałam, jeszcze raz zaciągając się jego zapachem. – Daj mi swoją bluzę, chcę mieć coś, co tobą pachnie.

– Bardzo proszę. – zaśmiał się, unosząc tylko lewą krawędź ust, po czym ściągnął bluzę i podał mi ją wolno, wydłużając tę ostatnią chwilę.

Przeszłam przez ochronę. Pomachaliśmy sobie ostatni raz i każde z nas poszło w swoją stronę, wiedząc, że i tak w końcu nasze ścieżki zejdą się w jedną, wspólną drogę. Godzinę później wsiadłam do samolotu, który w tajemniczy dla mnie sposób wzbił się w niebiosa. Nieznane tajniki funkcjonowania maszyny nie przeszkodziły mi ufać jej na tyle, żeby dwanaście kilometrów nad poziomem morza uciąć sobie drzemkę. Skoro to przyszło mi tak łatwo, to czemu nie zaufać i miłości? Czemu nie dać się jej ponieść gdzieś wysoko i pozwolić się zabrać w stronę słońca?

Samolot wykonał swoje zadanie i przetransportował mnie i pozostałych, nielicznych pasażerów z punktu A do B.

Wysiadłam na płytę, żar na mnie nie buchnął, ale było wystarczająco ciepło, żeby się uśmiechnąć. Palmy znów powiewały na tle mającego się ku zachodowi słońca.

Złapałam pierwszą lepszą taksówkę i pojechałam w stronę Kattavii. Na szczęście było jeszcze na tyle jasno, że mogłam zobaczyć bezwstydny turkus wody.

Dojechałam na miejsce i zapłaciłam kierowcy więcej, niż się umówiliśmy, bo był cholernie miły i nie palił papierosów. Pomógł mi wyjąć z bagażnika torbę i odjechał. Wzięłam głęboki wdech i podeszłam do drzwi. Telefon złapał wifi i czułam w kieszeni, jak tańczy od wibracji, miałam nadzieję, że któraś z nich to Max.

Zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi i w napięciu oczekiwałam ruchu klamki. Borys nie kazał mi długo czekać, drzwi stanęły otworem po kilku sekundach.

– Cześć! Jak minęła podróż? Dobrze cię widzieć – wyrecytował jednym tchem, pocałował mnie w policzek, wziął moją torbę i wniósł ją do środka. Poczułam unoszącą się wokół niego woń rumu.

– Podróż świetnie, dziękuję. – Rozejrzałam się dokoła. – Nic się nie zmieniło. Miło znów tu być.

– No właśnie, będziemy musieli pogadać. – Spojrzał na mnie miękkim od alkoholu wzrokiem, nieładnym.

– Co się stało? Potrzebujesz, żebym wyprowadziła się wcześniej?

– Oboje będziemy musieli. Właściciel zdecydował się sprzedać ten dom.

– Naprawdę? Wiesz za ile?

– Nie wiem, nie pytałem. Nie sądzę, żeby chciał dużo w porównaniu do innych. Ten dom jest dość mały, działka zresztą też. I nie ma basenu, a latem by się przydał.

– Więc nie ma co się martwić, i tak nikt go nie kupi – odparłam pozytywnie.

– To nie ma akurat znaczenia, bo powiedzieli mi, że nie przedłużą umowy.

– A do kiedy ją masz?

– Podpisałem do końca marca.

– No to zaczynam poszukiwania czegoś od jutra.

– Wiesz przecież, że z niczym nie musisz się spieszyć. Możesz mieszkać tu do końca marca.

– Dzięki, ale sam wiesz, jak jest…

– Naprawdę – zaczął i nienaturalnie klepnął mnie w ramię. – Gadałem z moim znajomym, który wynajmuje apartamenty trochę bardziej na południu. Dużo wyższy standard niż tutaj i basen do wspólnego użytku, chyba się zdecyduję. Powiedział, że ma jeszcze dwa wolne mieszkania, jeśli byłabyś zainteresowana.

– Dzięki, ale chyba nie będę. Pasuje mi klimat greckiego domku, przeciągu i wysokich sufitów. Mogę żyć bez basenu.

– Jak chcesz, podrzucam tylko pomysły.

– Bardzo to doceniam i dziękuję ci, że mimo wszystko o mnie myślisz.

– No pewnie, jak mógłbym nie myśleć…

– Idę coś zjeść – zmieniłam szybko temat, czując niezdrowo narastające napięcie.

– Zrobiłem obiad, będzie gotowy za dziesięć minut.

– Naprawdę nie trzeba było… – powiedziałam ostrożnie i poczułam, jak zaczęły mi się pocić dłonie.

– Karolina. – Borys chwycił mnie za ramiona. – Nie jesteśmy parą, ale dalej możemy być przyjaciółmi, prawda?

– No w sumie prawda – odpowiedziałam z idiotycznym uśmiechem, nie dowierzając, że on naprawdę uważa mnie za przyjaciółkę.

– No to super. Zanieść ci walizkę na górę?

– Nie, to nie będzie konieczne. Muszę ćwiczyć nogi, chętnie ją sama zaniosę. Dzięki za propozycję.

Weszłam do sypialni. Wszystko było tam dokładnie tak, jak zostawiłam. Otworzyłam szeroko okno, wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Maxa.

– Dojechała?

– Dojechała.

– I jak?

– Posłusznie wzięłam taksówkę i jestem. Ale nie uwierzysz… on zrobił mi obiad.

– Wręcz przeciwnie.

– Co wręcz przeciwnie?

– No, że nie mam problemu, żeby uwierzyć w to, że zrobił ci obiad. Spodziewałem się tego. Powiem ci więcej. Myślę, że ze sporą dokładnością mogę przewidzieć jego dalsze kroki.

– Powiedziałabym „daj spokój”, ale z ciekawości aż chętnie posłucham.

– To słuchaj uważnie. Będzie próbował rozmawiać z tobą o tym, co się miedzy wami wydarzyło, pewnie nawet przedstawi ci jakieś idealne wyjście i strategię naprawczą. Poprosi, żebyś do niego wróciła, zobaczysz. I możliwe, że zrobi to nawet, jeśli już zdążysz mu powiedzieć, że kogoś masz – odchrząknął. – Nie winię go, sam bym dostał szału na jego miejscu.

– Mów co chcesz, ja dalej mam nadzieję, że się mylisz.

– Możesz sobie mieć nadzieję, ale racja jest moja, zresztą sama się przekonasz. Zjadłaś już ten obiad?

– Nie, chciałam najpierw zadzwonić do ciebie.

– Dziękuję, dobrze słyszeć twój głos. A teraz idź i zjedz z nim, chłopak się narobił…

– Dziwię się, że to mówisz.

– Też jestem człowiekiem. Idź, zjedz i powiedz mu, że nie ma po co się starać. Zadzwoń do mnie jeszcze wieczorem przed pójściem spać – poprosił.

– A wiesz co jeszcze?

– No?

–Właściciele tego domu, w którym mieszkam, chcą go sprzedać.

– Naprawdę? I co, chcesz go kupić? – spytał od razu.

Przez okno wleciał biało-brązowy ptaszek, usiadł na walizce i patrzył na mnie swoimi ślepiami osadzonymi w małym łebku. Nigdy wcześniej tu takiego ptaka nie widziałam. Zdawał się słodki, ale spojrzenie miał ogniste. Nie bał się, zupełnie jakby wiedział, że nic złego go z mojej strony nie spotka.

– Właśnie wleciał mi do sypialni ptak… – powiedziałam cicho i wstałam z łóżka, a kolorowy gość ani drgnął. – Nie wiem, czy go kupię, zależy ile chcą.

Przykucnęłam i wyciągnęłam rękę. Ptaszek małymi podskokami ruszył w moją stronę.

– A jak będą chcieli mało?

– Nie wiem… zawsze może mieć jakieś wady ukryte, może kanalizacja jest stara i trzeba będzie burzyć wszystkie ściany i zmieniać rury?

Ptaszyna wskoczyła mi na dłoń, w pierwszej chwili się wystraszyłam. Czułam jej małe pazurki wbijające się w skórę.

– Wiadomo, zawsze warto sprawdzić, ale może nie ma co się źle nastawiać. Uwielbiasz ten dom, fajnie by było, gdybyś mogła go kupić.

– Ale czy to dom dla mnie?

Rudogłówka przekręciła łebek i wbiła we mnie swoje czarne oczy.

– Ty wiesz najlepiej.

– Ale myślisz, że tak? – spytałam, już nie Maxa, tylko siedzącą na mojej dłoni istotę.

Podskoczyła – mogło znaczyć to wszystko, ale wiedziałam, że mówi „tak”.

– Karolina, nigdy tam nawet nie byłem.

– Hmm… myślę, że tak. Jutro zapytam, ile za niego chcą.

Ptak kiwnął jeszcze raz dynamicznie łebkiem i odleciał. Odkąd umarła, czekałam, aż matka da mi znak, że po śmierci jest coś więcej od ciemności i końca. Być może tylko dlatego, że tak bardzo tego chciałam, ale jednak uwierzyłam, że właśnie dostałam swój znak, że koniec nie jest wcale końcem, a ten dom powinien być mój.

– Idę na ten obiad. Odezwę się później.

– Czekam.

Zeszłam do kuchni, czekał tam na mnie nakryty kolorowymi talerzami stół. Na obiad zrobił sałatkę grecką, usmażył jakąś białą rybę, którą oblał sosem cytrynowo-maślano-czosnkowym. Z lodówki wyjął białe wino i rozlał nam do kieliszków.

– Wiem, że to nie helska smażalnia, ale dałem z siebie wszystko. – Uśmiechnął się, patrząc na mój talerz.

– Wyszło ci. Nie miałam pojęcia, że tak potrafisz.

– Myślę, że mógłbym cię jeszcze nieraz zaskoczyć – odparł, po czym podniósł wzrok znad talerza i skierował go na mnie. – Doszłaś już do siebie po odejściu mamy?

– Wiesz co, wydawało mi się, że tak, ale przed chwilą do mojego pokoju wleciał ptak i jestem przekonana, że to jej nowe wcielenie, więc chyba jednak nie do końca – roześmiałam się. – A tak bez żartów, to jest dobrze. Nie byłyśmy blisko, więc na co dzień nie odczuwam jej braku. Dzięki, że pytasz. A jak u ciebie? Jak u Zośki?

– Zośka z Frankiem dalej mieszkają w moim mieszkaniu, eks dostał wyrok w zawieszeniu i zakaz zbliżania się. Zośka chce go pozbawić praw rodzicielskich, ale nie jestem pewien, co z tego wyjdzie.

– I jak długo będą mieszkać u ciebie?

– W planach jest rozwód. Na pewno się nie wyprowadzą przed podziałem majątku, więc pewnie jeszcze trochę. Niech siedzą, i tak stoi puste.

– Cieszę się, że jej się udało.

– A co z Klarą?

– Widziałam się z nią, przyjechała na pogrzeb. Co z nią…  dobrze, niedobrze. Zobaczymy, co czas przyniesie. – wzięłam kęs ryby.

– A powiedz, tak szczerze… tęskniłaś za mną choć trochę?

– Borys, nie chcę schodzić na ten temat. Zamknęliśmy go przecież.

– Tak? Bo ja mam wrażenie, że cały czas nade mną wisi. Nie daje mi to spokoju.

– Co nad tobą wisi? – zapytałam, patrząc mu w oczy.

– Mam wrażenie, że nie mieliśmy wystarczających powodów, żeby tak po prostu to detonować.

– Mieliśmy. Ty chcesz rodziny w swoim wielkim mieszkaniu w Gdańsku, a ja niekończącej się przygody, w której jest miejsce co najwyżej dla psa, a nie dla dzieci.

– Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej mi się wydaje, że te dzieci to jednak niekoniecznie są dla mnie.

– Nie, ty chcesz, żeby ci się tak wydawało, a to spora różnica.

– Nie, naprawdę. Doceniam wolność i kosmos możliwości, którego z dziećmi bym nie miał.

– Nie wiem, co mam ci powiedzieć. – Odłożyłam sztućce i złapałam za kieliszek.

– Nic nie mów, zwyczajnie się nad tym zastanów. – Borys złapał moją dłoń i zaczął gładzić ją kciukiem.

Patrzyłam na jego śliczną buźkę. Zamiast zabrać dłoń, bez wysiłku tolerowałam na niej jego dotyk, przypominający mi o cielesnych rozkoszach, w których był specjalistą. Zrobił obiad, nalał wina, miał dobre intencje. Kłuło mnie na samą myśl, że mam mu zburzyć całą tę wizję naszego idyllicznego pojednania. Maxa nie było. Mogłam zrobić wszystko.

– Mieliśmy na tej wyspie dobre chwile, jedne z lepszych w moim życiu – westchnęłam.

– Możemy mieć ich dużo więcej. I nie tylko tych dobrych i lepszych, a najlepszych.

– Nie, nie możemy. – Wysunęłam dłoń i z bólem położyłam ręce na stole. – Mam kogoś, Borys.

– Słucham? Minął miesiąc, a już zdążyłaś sobie kogoś przygruchać?

– Tak się złożyło.

– Czyli ja musiałem przez miesiące wyłazić sobie status twojego „chłopaka”, a jakiś gość dostaje go od tak? – zaczął podnosić ton.

– Zaczekaj, spokojnie… Pamiętasz, jak mówiłam ci, że przed tobą kogoś kochałam? To właśnie on, a nie żadna nowa historia.

– Wielkie pojednanie, powiadasz? – wycedził i agresywnie wsadził do ust kawałek ryby, widelec uderzył o jego zęby. – Kim jest ten szczęśliwiec?

– A jakie to ma znaczenie?

– Ma, chcę wiedzieć, na kogo byłem plastrem.

– To Max.

– Jaki Max?

– No Max instruktor. Ten, który zrobił loopa… – powiedziałam nieśmiało.

– Ty, kurwa, sobie jaja robisz? Ten brzydki dzieciak? – Borys zaczął wrzeszczeć.

– Nie podoba mi się twój ton.

– Gówno mnie interesuje, co ci się podoba! Okłamywałaś mnie cały czas! Pytałem cię wcześniej, kim była osoba, którą kochałaś, i odpowiedziałaś, że jej nie znam – wykrzyczał i odsunął od siebie talerz. – Okazuje się, że jednak znam, i to za dobrze. Czemu mnie oszukałaś, co? – kłapał zajadle, podnosząc coraz bardziej głos. – Pewnie cały czas przerabiałaś mnie na dwa fronty, co? Nie wierzę, że się z tobą zadałem… nie wierzę, mogłem się od początku spodziewać, że poza ładnym opakowaniem nie masz nic do zaoferowania. Jesteś gównem i wywłoką, nie wierzę, że właśnie nakarmiłem twój plugawy ryj – krzycząc, stanął na równe nogi.

– Jak na zwierzę, sztukę chodzenia na dwóch łapach opanowałeś do perfekcji. – Uniosłam brwi i wykrzywiłam usta w kpiącym uśmiechu. – Zastanawiałam się, gdzie są twoje wady ukryte, przez chwilę nawet się nabrałam, że może ich wcale nie masz. Ale oto są, i to w pełnej krasie. I gdzie się podziała ta nasza wielka przyjaźń? – Rozejrzałam się wokół. – Nigdzie jej nie widzę.

– Przyjaciele się nie okłamują.

– Już daj spokój, wiadomo, że nie chodzi ci tu teraz o kłamstwo. Jesteś wściekły, że to on, a nie ty. Ubodło cię to w ego.

– Masz rację – nie przestawał wrzeszczeć. – Ty tępa suko! Szkoda, że wcześniej nie wiedziałem, wtedy nie traciłbym z tobą ani chwili. I w ogóle żeby zastanawiać się miedzy tym śmiesznym chłopcem a mną?! Ty jesteś naprawdę, naprawdę pierdolnięta. – Złapał się za łeb, jakby miał mu wybuchnąć od niedowiarstwa.

– Wow… ktoś tu kogoś kocha – odparłam z zimną krwią.

– Zwariowałaś?! Nie kocham cię.

– Mówię o twojej miłości do siebie samego – zaśmiałam się złośliwie. – Wygłaszasz tu jakąś analizę porównawczą, zestawiając siebie z piętnaście lat młodszym chłopakiem.

– No właśnie, piętnaście lat młodszym… co tobie się w ogóle wydaje? Czy trzydziestoletnia kobieta myśli, że dwudziestoletni chłopak może dać jej coś więcej od, pewnie i tak słabego, ruchania? Jak tak myśli, to niech się puknie w swój ładny, ale pusty łeb! Goście w tym wieku potrzebują ziomków do jarania blantów i robienia głupot, a nie partnerki życiowej.

– Najwyraźniej więc stanowimy świetny duet, bo ja też tego potrzebuję! Zapomniałeś już, dlaczego się rozstaliśmy? Widać, jestem bardziej jak młody student niż dojrzała kobieta.

– Jesteś popierdolona. – Zapluł stół. – Mogłaś mieć to wszystko, a wybrałaś… nie wierzę, nie… ja po prostu nie wierzę.

– Mogłam mieć to wszystko?! Przecież ja mam to wszystko! – powiedziałam uniesionym głosem i uderzyłam pięściami w stół. – Absolutnie do niczego cię nie potrzebuję i teraz, kiedy widzę, jaki masz ohydny charakter, to nie chcę cię nawet znać. I dla twojej informacji, Max potrafi dać mi właśnie to, czego ty nigdy nie byłbyś w stanie, i jeśli usłyszę jeszcze raz, że go w jakikolwiek sposób obrażasz…

– To, kurwa, co?!

– To będziemy mieć wojnę.

– Myślisz, że obawiam się wojny z tobą i twoim śmiesznym niziołkiem? Nie mógłbym mieć was bardziej w dupie. – Borys oparł się o stół i zacisnął wargi.

– To się okaże. I jeszcze wspomnisz moje słowa. Można było na spokojnie, ale jak widać się nie uda. – Wstałam od stołu. – Jeśli ci łeb ostygnie i zmienisz zdanie, możemy porozmawiać w sposób właściwy dla rasy ludzkiej, wystarczy, że dasz mi znać. Wiem, że emocję bywają trudne.

– Masz tupet… spierdalaj mi z oczu. Wypierdalaj z tego domu!

– O nie, mój drogi, płacę za niego połowę i nigdzie nie wypierdalam, nie dziś. – Wzięłam talerz ze stołu. – Dziękuję za kolację, była pyszna.

– Specjalnie mnie wkurwiasz! – wrzasnął, zachodząc mnie od boku i wytrącił talerz z ręki. Porcelana trzasnęła o podłogę i rozbiła się na kawałki.

– Odsuń się ode mnie, zanim zrobisz coś, czego będziesz żałował…

– Mam ochotę ci przypierdolić i tłuc tak długo, aż zostanie z twojego ryja miazga.

– Widzę. Dlatego pójdę stąd sobie, zanim to zrobisz.

Szybko poleciałam do salonu i wbiegłam po schodach do swojego pokoju, gdzie zamknęłam się na klucz. Jeszcze nie tak dawno zostałabym na dole i pewnie wdała się z nim w bójkę, na szczęście letnia wymiana ciosów z Adamem nauczyła mnie, że z większym mężczyzną moje szanse są zerowe.

Bałam się. Mówią, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, i mają rację, bo tego najstraszniejszego nie ma na obrazkach; on wyłania się znikąd i pod najmniej spodziewaną postacią, najczęściej całkiem śliczną i wcale niestraszną.

Siedziałam w bezruchu, nasłuchując najmniejszego szmeru. Pękał mi pęcherz, ale nie wyszłam z pokoju, dopóki nie miałam pewności, że jest u siebie i śpi. Było po północy, kiedy zadzwoniłam do Maxa, odebrał od razu.

– No w końcu dzwonisz! Nawet nie wiesz, jakie miałem w głowie scenariusze.

– Nie wiem, ale gwarantuję, że żaden z nich nie był bliski tego, co się wydarzyło…

– To znaczy? Opowiadaj!

– Wpadł w szał.

– Jako w szał? Coś ci zrobił?

– Nie, tylko wytrącił mi talerz z ręki, a później mówił, jak to marzy, by obijać mój ryj…

– Psychol! Zamknęłaś się w jakimś bezpiecznym miejscu? – spytał z napięciem w głosie.

– Tak. Myślę, że już nic mi nie zrobi.

– Spakuj się i wracaj do mnie, błagam cię. Zaraz znajdę bilet.

– Nie, mam lepszy pomysł.

– Nie zgadzam się, żebyś została z nim w jednym domu, słyszysz?

– Nie zostanę, wynajmę jakiś hotel, jutro mnie tu nie będzie – zapewniłam spokojnie.

– Proszę cię, żebyś spakowała się teraz i wyszła jak najszybciej.

– Coś ty, w Kattavii o tej porze nie znajdę żadnego transportu. Znam jednego taksówkarza, ale muszę zaczekać do rana.

– To się spakuj i wyjdź jeszcze przed wschodem słońca, czekaj gdzieś na ulicy, a nie z nim w jednym domu. Błagam cię. I nie wyłączaj telefonu, chcę być z tobą w stałym kontakcie – mówił przerażony Max.

– Doceniam twoją troskę, ale naprawdę…

– Nie doceniasz natomiast tego, do czego zdolni potrafią być ludzie. Nie daj mu okazji, żeby ci pokazał.

– Nie musisz mi mówić, naprawdę przed nim spierdalałam w podskokach. Przeraził mnie, a sam wiesz, jakie to trudne…

– Nie chcę dłużej o tym słuchać. To jest jakiś błąd w systemie, że mnie tam nie ma, żeby ci pomóc!

– Spakuję się i chwilę prześpię, odezwę się rano.

– Odbieraj telefon.

– Będę. – Zastygłam na chwilę. – I miałeś rację, chciał naprawić nasz związek, ale jak usłyszał o tobie, to całkiem mu przeszło.

– Mam przeczucie, że to jeszcze nie jest koniec tej historii.

– Jest. Sama wymyśliłam jej zakończenie.

Chwilę przed świtem, wymknęłam się z mieszkania z walizką, która ciągnięta po wybrukowanym chodniku odbijała się ohydnie echem po Kattavii, i miałam wrażenie, że obudzi wszystkich jej mieszkańców. Było obłędnie. Tylko śpiew ptaków, turkot walizki i ja. Szłam w stronę domu taksówkarza, wciąż nie wiedząc, co zrobię. Wymyśliłam, że usiądę i zaczekam, dopóki nie wyjdzie. Po drodze minęłam jednak coś, co wcześniej umykało mojej uwadze: przystanek autobusowy. Uznałam, że to on jest rozwiązaniem mojego problemu. Była i ławka, i daszek, i nawet kosz na śmieci. Usiadłam i odetchnęłam. Po czterdziestu minutach przyjechał pierwszy autobus, jadący do Lindos, uznałam więc, że skoro los taką podjął decyzję, to ja mu się sprzeciwiać nie będę. Klara by przyklasnęła, pomyślałam. Wsiadłam i pojechałam.

Wysiadłam w cudownym, małym miasteczku, tak greckim jak greckie miasteczko tylko być może. Złapałam pierwsza lepszą taksówkę, co w porze pozasezonowej wcale nie było łatwe. Poprosiłam kierowcę, żeby zawiózł mnie do jakiegoś niedrogiego hotelu i po dziesięciu minutach byliśmy w Lindos Blue Sky, nie mogłam chcieć więcej.

Weszłam do pokoju, w którym łóżko ze śnieżnobiałą pościelą kusiło jak złe. Nie mogłam sobie jednak pozwolić, by zanurzyć się w boskich pieleszach – miałam za dużo pracy, chciałam też skończyć ją szybko, bo wisiała nada mną jeszcze jedna sprawa…

Zamówiłam w hotelu kawę, o dziwo mieli nawet mleko sojowe. Potrzebowałam w sumie pięciu filiżanek, ale jakoś przebrnęłam przez ten dzień. Zamknęłam wszystkie edytory, wyplątałam się ze stosów kabli i złapałam do ręki wyciszony telefon. Ignorując ogrom nieodebranych połączeń i wiadomości, weszłam prosto na stronę z nieruchomościami i znalazłam ofertę sprzedaży, której szukałam – mojego przyszłego domu w Kattavii.

Zadzwoniłam, nikt nie odebrał. Raz, drugi, trzeci. Cisza. Poddałam się i zaczęłam skrobać maila. Pisałam trzecie zdanie, gdy rozbrzmiał telefon. Był to agent, który zbiegiem okoliczności mieszkał właśnie w Lindos i był zdesperowany na tyle, że piękną angielszczyzną, okraszoną ciężkim akcentem, zaproponował spotkanie jeszcze tego samego wieczora. Umówiliśmy się o dziewiętnastej w hotelowym lobby. Czyli jednak los wiedział, dokąd wysyła mnie tym autobusem, Klara uznałaby to za niepodważalny dowód.

Wyglądałam strasznie; odwodnienie, zmęczenie i kawowy cug nie służyły mojej skórze, kolor uleciał z niej całkiem, a podkrążone oczy i brudne włosy tylko potęgowały efekt, i jeszcze te brudne spodenki od piżamy… Prezentowałam się bardziej jak nieprzewidywalna ćpunka niż solidna kontrahentka. Jak cię widzą, tak cię piszą, a tego dnia byłam metaforą nieszczęśliwie kończącego się dramatu i szybko trzeba było temu jakoś zaradzić.

Zależało mi. W głowie ułożyłam już sobie, że dom będzie mój, i nie miałam w planach przyjęcia żadnej odmowy. Nie tylko dlatego, że ptaszka (który, jak później sprawdziłam, okazał się być dzierzbą rudogłową) miałam za moją martwą matkę, mówiącą mi podskokami i kiwaniem łebka, że dom jest mi przeznaczony, ale ze zwykłego, ludzkiego chciejstwa. Chciałam też, symbolicznie, przejąć twierdzę i pokazać w ten sposób Borysowi środkowy palec. Był też czynnik lenistwa, znaczący: nie chciało mi się uprawiać nieruchomościowego „shoppingu”. Znałam ten dom i wiedziałam, że ma mocne ściany, które wprawdzie  mogły kryć za sobą pordzewiałe rury, a nawet i trupa, ale nie bałam się zaryzykować; może dlatego, że pieniądze dostałam od rodziców, a nieswoim dużo łatwiej żonglować.

Pan agent jednak o tym wszystkim nie wiedział, a ja musiałam zadbać, żeby tak pozostało. Weszłam więc pod zimny prysznic, ale woda z rodyjskich rur w porównaniu z tymi warszawskimi była przyjemnie letnia i rezultat okazał się mierny. Na szczęście z odsieczą przyszedł stary, dobry podkład, którym zbalansowałam kolor skóry na bardziej rześki i zakryłam fioletowe powieki.

Wysuszyłam łeb, pomalowałam rzęsy i psiknęłam się Versace. Założyłam lnianą, luźną koszulę w naturalnym kolorze i spodnie do kompletu. Wyszłam z pokoju pięć minut przed umówionym spotkaniem i wkroczyłam do lobby, nieostentacyjnie klapiąc skórzanymi sandałami. Byłam pierwsza. Wzięłam wodę z cytryną, choć marzyłam, żeby była wzmocniona lufką tequili. Czekałam. Dwie minuty po czasie do lobby wszedł wysoki, chudy brunet, z krótko ostrzyżonymi i ułożonymi na tonę żelu lokami. Miał na sobie niegustowny, czarny garnitur i aktówkę pod pachą. Wstałam i pomachałam do niego zapraszającym gestem, od razu podbiegł i przysiadł się ochoczo. Spod rękawa wystawał mu niemożliwy do przeoczenia złoty zegarek w stylu amerykańskiego rapera. Pachniał intensywnie Azzaro Chrome i uśmiechał się sztucznie, ale bardzo ładnie.

Rozgrywałam wszystko, jak wyobrażałam sobie, że powinna polska dziedziczka wielkiego majątku, nawet moje nazwisko pasowało. Oszukałam agenta, że szukam czegoś inwestycyjnie. Zapewniłam, że ten domek podoba mi się na zdęciach na tyle, że jeśli da mi okazyjną cenę, to mogę kupić go za gotówkę od ręki grając przy tym wszystkim niewzruszoną, bardzo zajętą wielkimi biznesami i nie mającą czasu do stracenia. Wyraźnie łyknął moją historię. Myślał, że jestem kapitalistką z krwi i kości, a nie zwykłą hazardzistką, która gotowa jest utopić majątek rodziców w fanaberii.

On sam też grał swoje; opowiadał mi kłamstwa o tym, jaki ten dom jest wspaniały, o klasycznej kuchni w stylu starogreckim, kolumnach w salonie i przestronnych oknach. Nie miał jednak biedaczek pojęcia, że przemieszkałam tam swoje i wiedziałam doskonale, jak te wszystkie, przedstawiane przez niego w superlatywach aspekty wymagają natychmiastowego remontu. Kuchnia nadawała się do kompletnej renowacji, z kolumn odpadały fragmenty ustrojstwa, z którego były zrobione, a wielkie okna przy większym wietrze świszczały jak stare klocki hamulcowe i przeciekały przy okazji najmniejszego deszczu.

Karmiliśmy się tymi bajkami przez ponad godzinę, marszcząc czoła i zadzierając nosy, jakbyśmy zjedli wszystkie rozumy świata. A nie zjedliśmy, więc na pewno wyglądaliśmy dość głupio. Ja miałam pieniądze, a on to, na co chciałam je zamienić. Widziałam w oczach greckiego agenta turecki błysk, który kazał mi sądzić, że ta sprzedaż to nie tylko zimna, twarda zero-jedynkowa transakcja, ale sztuka dla sztuki, i im dłużej gram i więcej się uśmiecham, tym lepiej na tym wszystkim wyjdę. O dziewiątej wieczorem nie wytrzymałam i zamówiłam tequila soda, on też się skusił. Pokazywał mi inne nieruchomości, w tym połacie niezagospodarowanej ziemi. Po drinku powiedziałam mu, że jak da mi dobrą ofertę na ten dom, to kupię od niego też i ziemię, mimo że po dwóch godzinach nawijania jak kataryny, kwestia ceny dalej nie została przedstawiona. Ekwilibrystyka, którą uprawiałam, wymykała się spod kontroli, zdałam sobie sprawę, że agent zakręcił mną wokół swojego palca tak sprawnie, jak loki na żel. W końcu powiedziałam, że robi się późno, i wprost zapytałam o cenę. Wyjął z teczki wydrukowane oferty, chyba by udowodnić mi, że nie wyciąga cen z rękawa. Miałam jednak teorię, że przygotował sobie kilka takich plików i w zależności od przebiegu negocjacji pod koniec wybiera ten, który pasuje mu najbardziej do rozmówcy.

W pewnym momencie, kiedy udał się za potrzebą, nieelegancko zerknęłam do jego aktówki i przekonałam się, że jednak nie był tak śliski, za jakiego go miałam – nie znalazłam tam nic poza broszurą reklamującą katamarany i wyprawy nurkowe. Czyli kłamie tylko trochę, pomyślałam.

Wrócił z łazienki i przedstawił mi wycenę. Właściciele chcieli za dom  sto tysięcy euro – dużo mniej, niż się spodziewałam. Nie miałam potrzeby się o nic targować, ale czułam, że z szacunku powinnam, a alkohol w negocjacjach był mi bardzo pomocny.

Powiedziałam mu, że jak zjedzie dziesięć tysięcy, to dokupię też ziemię, którą reklamował. Spodziewałam się, że odpowiedź dostanę dopiero, gdy skontaktuje się z właścicielami, ale zgodził się od razu. Zrozumiałam wtedy, że Anatolij nieźle mnie przerobił i oszukał  pewnie na kilka tysięcy. Ale nie miałam z tym problemu, żadnego. Bo koniec końców oboje wygraliśmy i byliśmy szczęśliwi, czy więc należy w ogóle chcieć więcej?

Na do widzenia zamówił nam jeszcze po herbacie, wracał samochodem i chyba chciał trochę wytrzeźwieć. Te dziesięć minut, które kosztowało nas jej wypicie, było tym, czego potrzebowałam, żeby domknąć warunki dokładnie tak, jak planowałam.

– Anatolij, wspomniałeś, że ktoś ten dom teraz wynajmuje?

– Tak, i wyobraź sobie, że też Polak! – zapiał radośnie. – Umowa kończy mu się w marcu i wie, że do tej pory musi się wyprowadzić. Ale jeśli chcesz, możemy zmienić najem tak, żeby przedłużył go już z tobą.

– Nie, nie, wręcz przeciwnie, nic z nim nie chcę przedłużać – odchrząknęłam i uniosłam brwi. – Jeśli to możliwe, chciałabym, żeby wyniósł się wcześniej, najchętniej w dniu podpisania przeze mnie umowy zakupu.

– Niestety tak to nie działa. Umowa to umowa, nie można tak po prostu wyrzucić najemcy z lokalu.

– Tak, tak, to przecież oczywiste. Chciałam zaproponować najemcy finansową rekompensatę wysokości kwoty miesięcznego najmu. Jestem pewna, że się skusi.

– Przekażę mu jutro i dam ci znać, co powiedział.

– Wspaniale. Dziękuję, Anatolij – uśmiechnęłam się sztucznie, ale ładnie. – Biznes z tobą to czysta przyjemność!

– A co z tą ziemią, jej też nie chcesz oglądać na żywo?

– A wyobraź sobie, że ziemię dla odmiany akurat chętnie zobaczę. Może wybralibyśmy się po podpisaniu umowy zakupu domu, co ty na to?

– Brzmi świetnie! W środę?

– W środę.

Widziałam, co robię. Trzymając perspektywę zakupu ziemi na kiju niczym marchewkę, nęciłam mojego osła – Anatolija – by parł do finalizacji transakcji z uporem i pośpiechem. A co do Borysa i jego wcześniejszej eksmisji, nie miałam wątpliwości, że się zgodzi – w końcu sam mi powiedział, że znalazł już mieszkanie, a tylko głupi by się nie pokusił na finansową nagrodę za wcześniejszą wyprowadzkę. Wiedziałam też, że pewnego dnia dowie się, kto ten dom kupił. Połączy kropki i dojdzie do prawdy, która dotkliwie go zakłuje. Żałowałam, że nie zobaczę wyrazu jego twarzy w chwili, kiedy dotrze do niego, że zapłaciłam mu za wyniesienie się z domu, do którego sam mnie zabrał. Domu, który nazywał swoim, a który ja zrobiłam moim.

I nie, wcale nie czułam się potwornie. Bo o ile ten wybuch emocji i chamskie zachowanie byłam gotowa mu wybaczyć, o tyle braku przeprosin – nie. Nie szkoda mi było ani wspólnych chwil, ani jego samego. Plujący jadem potwór, z którym dzielił powłokę, całkowicie wyleczył mnie z żalu. Cieszyłam się, że wypowiedział mi wojnę i z ofiary przerobił się na wroga – sporo mi tym ułatwił. Zabrał strach przed tym, że zranię niewinnego człowieka, bo niewinnego człowieka już tam nie było.

Udostępnij felieton na:

Related Posts

Join Our Newsletter

Scroll to Top
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

Ściśle niezbędne ciasteczka

Niezbędne ciasteczka powinny być zawsze włączone, abyśmy mogli zapisać twoje preferencje dotyczące ustawień ciasteczek.