Rozdział 5

Ładne widoki umilają drogę

– Bo wiesz, nie wpisujesz się w stereotyp… i nie to, że ja w stereotypy wierzę, zupełnie nie to… – zawiesiłam głos i widziałam, że on czeka, aż zapytam. – Piotrek, muszę cię o coś spytać – wydusiłam z trudem.

– To wal, a nie się jąkasz.

– Taki masz trochę podwórkowy styl bycia… prędzej wnioskowałabym, że jesteś… hmm…

– Homofobem niż biseksualistą? – zakpił, patrząc wprzód na pustą trasę.

– Dzięki, że powiedziałeś to za mnie.

– Trudno przez usta przechodzi, co? – zaśmiał się. – Jak chcesz wiedzieć, to musisz nauczyć się pytać. Nie ciebie jedną to dziwi, ale jako jedna z niewielu poruszyłaś temat. No to już, mów śmiało. Jakie jest to pytanie?

– No to właśnie było to pytanie… dlaczego twój wygląd nie spina się z orientacją?

– Nie każdy bi czy homo chodzi w obcisłych gatkach i z tęczową flagą, mówi miękko i nosi ręce jak t-rex – powiedział miękko, układając demonstracyjnie prawą rękę. – Zdziwiłabyś się, ilu dresiarzy i narodowców po kątach wali w dupę swoich kolegów, często ci, co najgłośniej krzyczą i najmocniej biją. – Piotrek zmarszczył się z niesmakiem. – Mówię trochę jak prymityw. Wiem, bo matka mi to zawsze powtarzała, ale musisz mi uwierzyć, że prymitywem nie jestem. A popęd… jak to popęd – każdy ma swój. To, jak się nosisz, nijak się ma do niego. Niektórzy goście lubią podkreślać swoją orientację, a inni nie. Proste. Mówię prosto, bo uważam, że prosty język lepiej trafia.

– A twoi koledzy, wiedzą?

– Wiedzą. Mówiłem ci, nie jestem prymitywem i prymitywami się nie otaczam. Co to byłby za kolega, przed którym musiałbym udawać kogoś, kim nie jestem?

– Wcale nienadzwyczajny. Mam wrażenie, że cały świat udaje przed „kolegami”.

– To znaczy tylko tyle, że świat pojebało. Jeśli komuś nie pasi, jacy jesteśmy, to nie powinien być w kręgu znajomych.

– Zgadzam się, i pewnie dlatego mam tylu ludzi wokół, ile palców w obu rękach…

– I co, źle ci z tym? Nie ilość, a jakość! Zresztą dycha to niemało. Brzmi nawet jak dużo! „Dycha” – słyszysz?

– Słyszę – powtórzyłam na głos – no, brzmi poważnie. Odpowiadając na twoje pytanie: nie. Nie jest mi źle. Jest mi idealnie. Po co więcej ludzi w życiu? Skąd wziąć na to czas?

– I pamiętać o urodzinach!

– Dokładnie tak!

– No, panienko posiadaczko ziemska, panienko bogaczko. Dyliżans dowiózł na lotnisko, samolot czeka!

– Dziękuję… za wszystko – powiedziałam, patrząc mu w oczy.

– To ja dziękuję. Cieszę się, że mieliśmy szansę się w końcu lepiej poznać. Lubię cię. Popieprzona trochę jesteś, ale równa.

– Dzięki za… komplement?

– Nie inaczej!

– Piotrek… – spoważniałam. – Ja też cię lubię. Dobrze, że spędziliśmy ten czas razem. Teraz rozumiem, o co Klarze chodziło. Będziecie szczęśliwi…

– Tak? „Coś” ci tak podpowiada? – Mrugnął okiem.

– Oby „coś” się nie myliło!

– Sama zobaczysz, że będzie dobrze. Planuję się jej oświadczyć.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Chciałem tu, ale jubiler ciągle nie może skończyć pierścionka.

– Uuu pierścionek! Masz jakieś zdjęcie czy to tajemnica?

– Tajemnica przed Klarą, ale ty możesz zobaczyć, poczekaj… – Piotrek wygrzebał telefon z kieszeni. – Wydaje mi się, że będzie totalnie w jej stylu, co myślisz? – spytał, pokazując zdjęcie.

Ciężka, nieregularna, szeroka na centymetr złota obręcz i osadzony w niej spory brylant tworzyły proste, ale nieoczywiste i bardzo nowoczesne połączenie.

– Stary… to jest piękne! Dzieło sztuki…

– Przecież to artystka, nie mogłem pójść do Apartu i kupić byle solitera. Zamówiłem u jubilera, którego biżuterię widziała kiedyś na jakichś targach i mega się jarała. Mam nadzieję, że będzie zadowolona.

– Na pewno będzie! Ten brylant jest gigantyczny… – mówiłam, wpatrując się oczarowana w jego telefon.

– Chciałem solidny, bo cholera wie, gdzie przyjdzie nam żyć w przyszłości. W Polsce to nie ma znaczenia, ale w stanach kup mniejszy niż karat, a w twarz ci spluną.

– Nie, no bez przesady.

– O nie! Ja nie przesadzam! Mój kuzyn mieszka w Nowym Jorku i jak dał swojej narzeczonej pierwszy pierścionek, to go odesłała, żeby wymienił brylant na większy.

– Jaja sobie robisz? – Skrzywiłam się, nie dowierzając.

– Nie jaja. Samo życie.

– Klara by cię nigdy z niczym nie odesłała.

– Przecież wiem… ale po tym co przeszła, zasługuje nawet na pięć karatów.

– No, tu trudno się z tobą kłócić… zdecydowanie zasłużyła.

– I dostanie, ale jeszcze nie teraz, najpierw muszę na to zarobić. Na razie musi zadowolić się tym.

– Pierścionek jest przepiękny, będzie zachwycona.

– Ty byś była? – spytał.

– Dla mnie trochę zbyt ekstrawagancki, no wiesz, nie w moim stylu.

– Myślisz, że przedobrzyłem?

– Nie! Absolutnie nie! Jest idealny dla Klary, idealny. Naprawdę.

– A jaki w takim razie byłby w Twoim stylu?

– Klasyczny soliter z Apartu – odrzekłam z uśmiechem.

– Nie, no gdzie…

– No naprawdę, zresztą w nosie to mam. Po mamie odziedziczyłam już taki pierścionek, przez który śmiało można stracić rękę. Jeden wystarczy. Wolałabym raczej kolczyki do kompletu.

– Nie, no co za pomysł w ogóle! Zaręczynowy musi być pierścionek – zaoponował Piotrek.

– Powiedział kto…?

– No tak się utarło. Taki zwyczaj.

– Jakbyś wiedział, dlaczego się tak utarło i skąd ten zwyczaj, to nie miałbyś nic przeciwko, żeby przecierać szlaki w przeciwnym kierunku.

– Tak? Chętnie posłucham – zainteresował się.

– To długa historia, teraz nie mamy czasu.

– To skróć, dawaj! Tylko najważniejsze detale! Proszę, tak szybko… ciekaw jestem, nie możesz mi tak po prostu tego nie opowiedzieć.

– Dobra, dobra, ale super szybko – zgodziłam się, spoglądając. – Myślę, że tradycja ma niejeden początek, ale kiedyś taki dziennikarz śledczy, chyba Epstein Eryk… albo Edward? Nie pamiętam. W każdym razie – ciągnęłam – opublikował on artykuł o tytule „Czy kiedykolwiek próbowałeś sprzedać diamenty?”. Cały fenomen pierścionków zaręczynowych z brylantem nazwał „diamentowym wynalazkiem” i określił jako ideę każącą wierzyć w to, że diamenty są rzadkie i cenne, co, jak się domyślasz, było bzdurą. Szerzono teorię, że ofiarowane kobiecie brylanty stanowią podstawową oznakę szacunku do niej. To wszystko działo się w dziewiętnastym wieku, kiedy odkryli w Południowej Afryce kopalnie diamentów, których złoża zalały światowe rynki. Brytyjscy biznesmeni wiedzieli, że muszą podtrzymać jakoś mit o unikalności i wysokiej wartości tych kamieni, dlatego przejęli kontrolę nad ich handlem.

– Niby jak?

– A uruchomili spółkę, o dźwięcznej nazwie De Beers.

– Czy ja wiem, czy taka dźwięczna? – Piotrek zmarszczył się. – I co ta spółka robiła?

– No jak to co? Kontrolowała handel, przecież mówię. Mieli monopol na diamenty.

– Ale jak?

– Na chłopski rozum: nie wpuszczali wszystkich diamentów na rynek, żeby ceny nie spadły.

– No to rzeczywiście na rozum, ale wcale nie taki chłopski. Mów dalej – zachęcał.

– Syn założyciela tej spółki zatrudnił amerykańską agencję reklamową Ayer, żeby rozpropagowała diamenty w Stanach Zjednoczonych. Tam, najwyraźniej, ludzie najchętniej ulegali modzie. Ceny diamentów na całym świecie jednak dalej spadały, wtedy Ayer postanowiła wmówić młodym mężczyznom, że tylko brylanty są symbolem miłości, a ich rozmiar wyznacznikiem miary nie tylko uczucia, ale i osobistego sukcesu ich samych. Kobiety zaś miały uwierzyć, że dobry kandydat na przyszłego męża z takim właśnie oto brylantem winien przed nimi przyklęknąć – tłumaczyłam, zerkając kontrolnie na zegarek. – I taką kampanię właśnie wdrożyli. Super znani aktorzy filmów romantycznych dostawali od agencji diamenty, które promowali w gazetach i magazynach. Pojawiały się opowiadania i fotografie utrwalające wizerunek takiego właśnie klasycznego solitera jako nieodłącznego elementu najpiękniejszej i najbardziej romantycznej historii miłosnej. Nawet po szkołach chodzili i infekowali tą propagandą głowy nastoletnich dziewczyn. Grubo poszli. – Wzięłam łyka wody i odchrząknęłam. – Długo to trwało, ale się udało. Od lat trzydziestych do siedemdziesiątych sprzedaż diamentów De Beers w Stanach Zjednoczonych z poziomu około dwudziestu milionów wzrosła do ponad dwóch miliardów dolarów. Czaisz?

– Wow.

– No wiem.

– Dziwnie się teraz czuję… jak ofiara propagandy – wyznał zamyślony.

– To się nie czuj. Niejedna propaganda staje się częścią kultury, a kultura przecież jest rzeczą dobrą. Niektórzy ją nawet studiują. Jak ten kierunek się nazywa? Kulturoznawstwo? – Nie czekałam na odpowiedź. – Jak sam powiedziałeś: tak się utarło. Nie ma co grzebać w historii. Koniec końców chłop nie zbiednieje, jak kupi swojej przyszłej żonie kawałek metalu z ładnym kamyczkiem, prawda?

– Prawda – przytaknął i milczał przez chwilę. – Są inne kamienie, których cena nie jest sztucznie wywindowana. Ale te inne tak nie błyszczą. No nic. Teraz w pełni rozumiem, dlaczego sama nie chcesz pierścionka.

– Nigdy nie powiedziałam, że nie chcę. Mówiłam tylko, że wolałabym kolczyki.

Z lotniska pojechałam prosto do szpitala, bo tak się umówiliśmy z Maxem. Po drodze zrobiłam przystanek w wietnamskiej knajpie i kupiłam nam po zupie pho – taki miał kaprys.

Przenieśli go z, jak to nazywał, „umieralni” na ortopedię, gdzie dzielił pokój z dwoma dżentelmenami, mającymi na oko koło sześćdziesiątki.

Już w korytarzu słyszałam dobiegający gromki śmiech, a kiedy przekroczyłam próg, atmosfera ożyła jeszcze bardziej.

– O dzień dobry! – powiedział jeden z nich, gruby i wąsaty.

– Dzień dobry – odpowiedziałam z uśmiechem.

– Chłopaki, to właśnie moja Karolcia! – oświadczył żywo Max.

– No, no… nie przesadzałeś w swoich opisach! – oznajmił pochlebnie drugi, krótko ostrzyżony, zadbany i atletyczny. – Marek Zalewski, miło mi bardzo! A ten tu, co zapomniał się przedstawić, to Waldek. Miło nam.

– Mnie również! Cieszę się, że Maxowi trafiło się takie radosne towarzystwo. Jesteście, panowie, chyba najbardziej zadowolonymi pacjentami w całym szpitalu, słychać to już z korytarza.

– O cholera, musimy być ciszej, bo piguła się znów na nas wścieknie – odezwał się zniżonym tonem Waldek.

– Wścieknie? Za co? – spytałam.

– Chce, żeby była cisza, wnerwiamy ją. Wczoraj przyszła i powiedziała nam, że to nie bar i mamy zamknąć gęby, bo nas rozdzieli. I teraz boimy się, że naprawdę to zrobi.

– Co za terror… dziwne, przecież dobre nastroje sprzyjają rekonwalescencji.

– Może się w Mareczku zakochała i nie widzi jej się, żeby stąd wychodził – parsknął śmiechem Waldek, trochę za głośno.

Pielęgniarka, kobieta w średnim wieku o twarzy umęczonej, z głębokimi zmarszczkami między brwiami, weszła z impetem do pokoju, z miną, która wyjaśniała nieadekwatną do wieku głębokość tychże zmarszczek.

– To jest ostatnia moja prośba, jeszcze raz usłyszę wrzaski, to rozdzielę! – zarządziła stanowczym tonem.

– Proszę pani, po co te nerwy, my po prostu mamy świetne nastroje, to chyba lepiej niż… – zaczął mówić Marek, jednak kobieta przerwała mu w pół zdania:

– Panie Zalewski, świetnie, że ma pan taki dobry nastrój, niestety pacjenci w sąsiednich pokojach go nie podzielają, a śmiechy i wrzaski dochodzące z waszego pokoju utrudniają im sen i powrót do zdrowia.

– To może by pozamykać drzwi? – odezwał się Max.

– O, patrzcie, jaki mądry! Zaraz was po izolatkach rozrzucę i koniec będzie tego klubu pokerowego – spojrzała sugestywnie na talię kart przy łóżku Marka. – Jesteśmy dziś cztery na cały oddział i radzę nie grać nam na nerwach. Bądźcie sobie w dobrych nastrojach, ale na litość boską, ciszej! – pielęgniarka zaskrzeczała obcasem, obracając się na pięcie, i żwawym krokiem wyszła na korytarz.

Wszyscy spojrzeli po sobie i parsknęli śmiechem, który usilnie próbowali tłumić przyciskając do ust dłonie.

– Izolatką straszy, jak w więzieniu. Zapomniała chyba, że w szpitalu izolatka to luksus! – podsumował Marek. – Ale z tym klubem pokerowym, to podsunęła niezły pomysł! Może powinniśmy zacząć grać?

– Jak mamy grać? Łóżka są za daleko – zauważył Waldek.

– Weźmiecie krzesła albo wózki i będziemy grać na moim, ja jeden tylko nie mogę się ruszać – zaproponował Max.

– Młody ma rację! Maruś, pełną masz tę talię?

– Pełną. Jak syn mi ją przyniósł, zastanawiałem się, co mu do łba strzeliło, ale teraz wszystko zaczyna mieć ręce i nogi!  – ucieszył się Marek. – Potrzebujemy jeszcze rozmienić gotówkę na drobne.

– Gramy na pieniądze? – zdziwił się Max.

– Inaczej nie ma po co – wtrąciłam. – Jak nie masz nic do stracenia, to nie grasz, jak trzeba.

– Dziewczyna wie, co mówi! – uradował się Marek. – Z taką nie zginiesz.

– Chętnie pójdę rozbić wam tę gotówkę – zaproponowałam.

– A my chętnie skorzystamy z propozycji!

W szpitalnym kiosku pogardzili banknotami, poszłam więc do pobliskiego spożywczaka i tam już nie było problemu. Kiedy wróciłam, akurat przyszły w odwiedziny żona Marka i córka Waldka, wstrzymałam się więc z wręczeniem kupki bilonu w obawie, że mogę wyjawić coś, co chcieliby zatrzymać dla siebie. Przywitałam się grzecznie i przycupnęłam na łóżku Maxa, wykorzystując chwilę, żeby z nim porozmawiać. Pogłaskałam jego przydługie, błagające o strzyżenie włosy.

– Co powiedział ortopeda? Mów mi, wszystko – zaczęłam.

– Rzeczywiście złamałem kręgosłup, w trzech miejscach odcinka piersiowego. Mam nosić gorset ortopedyczny przez trzy miesiące, a przez pierwszy miesiąc cały czas leżeć.

– Czyli nie będzie żadnej operacji?

– Nie, miałem wielkie szczęście. Podobno za pół roku będę mógł już wrócić do pełnej sprawności, akurat na końcówkę lata i najlepszy wiatr!

– Nie wierzę, że myślisz teraz o wietrze i lecie… – odparłam, czochrając go po głowie. – Kiedy wypuszczą cię ze szpitala? Będziesz leżał w domu czy tu?

– No właśnie szukałem wskazówek na różnych forach i piszą, że mógłbym wrócić do domu, ale ten mój lekarz chce trzymać mnie tu. Nie wiem czy NFZ im za to ekstra płaci, ale w sumie nie mam nic przeciwko. Codziennie mam godzinę rehabilitacji i czuję, że idę do przodu. W domu bym oszalał, plus nie miałby się kto mną zajmować dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– Żartujesz sobie chyba? Przecież ja mogę się tobą zająć, i tak pracuję z domu.

– Masz lepsze rzeczy do roboty, niż się mną zajmować. Poza tym to dla mnie uwłaczające. Wolę być tu, naprawdę – zapewniał.

– Rozumiem, ale nie mów, że nie ma się kto tobą zająć, bo to zwykłe kłamstwo, które mnie obraża.

– Wiesz, że nie chciałem cię obrazić. – Max złapał mnie mocno za rękę pierwszy raz bez rękawiczki. – Jakie to przyjemnie odświeżające poczuć cię nie przez lateks… – Mrugnął okiem.

– A ty dalej te swoje nieśmieszne żarty. I nie dość, że nieśmieszne, to jeszcze stare.

– Taka szybka zmiana tematu.

–Przynajmniej chce ci się żartować. Widzę, że nastrój twoich towarzyszy w średnim wieku ci się udziela.

– Śmiejesz się, a nawet nie masz pojęcia, jacy to zajebiści goście – zaczął szeptać. – Waldek jest profesorem fizyki kwantowej, a Marek ma sklep z galanterią skórzaną i jest morskim żeglarzem! Podobno opłynął całe Morze Śródziemne! Jak mu opowiedziałem o twoich nieruchomościowych zakupach na Rodos, to był zachwycony. Twierdzi, że to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widział. Aż sprawił, że nabrałem ochoty tam jechać!

– Czyli moje opowieści i namowy nie wystarczyły, dopiero jak usłyszałeś to samo od obcego gościa, to ci się zachciało… nie wierzę – powiedziałam z żalem.

– Nieprawda! – zdenerwował się. – Zawsze ci wierzyłem, po prostu myślałem, że twoja wizja jest trochę podkolorowana, a gdy Marek niezależnie ją potwierdził, to dotarło do mnie, że musi być tak, jak mówisz.

– Dobrze, dobrze… już wyluzuj, bo jeszcze ciśnienie ci skoczy.

– Skoki ciśnienia mi nie szkodzą.

– Szkodzą. One szkodzą każdemu.

– Nie zawsze.

– Wypowiadamy się, a gówno wiemy – odparłam z sarkazmem w głosie.

Do pokoju weszła „piguła”.

– Przepraszam panią – zaczęłam. – Mam pytanie, czy skoki ciśnienia są niebezpieczne?

– Zanim nie przekroczy sto trzydzieści dziewięć na osiemdziesiąt dziewięć, nie ma powodów do zmartwień – odpowiedziała niemal automatycznie.

– Dziękuję.

Wyszła.

– Dalej gówno wiemy. – Rozłożyłam ręce.

I Waldek, i Marek przebywali w szpitalu na przedłużonej rehabilitacji po zabiegach wymiany stawu biodrowego. Obaj byli w wieku, w którym powrót do zdrowia potrafi się niemiłosiernie przeciągać, a u Waldka znaczna otyłość nie poprawiała sprawy. Wbrew temu, co mówiła piguła, położyli ich w jednym pokoju chyba właśnie dlatego, że całą trójkę czekał dłuższy pobyt, i chcieli, żeby dotrzymywali sobie wzajemnie towarzystwa. Pomysł był to trafiony, bo koniec końców szli do tego samego celu, a zdawało się, że wspólna droga ma lepsze widoki, jest łatwiejsza i szybciej im zlatuje.

Max ze swoimi dwoma kompanami czuł się świetnie, powtarzał mi wielokrotnie, że powinnam robić swoje i nie tracić czasu na siedzenie z nim przy łóżku szpitalnym. Wiedziałam, że poradziłby sobie beze mnie, i że to nie moja podróż, ale postanowiłam sobie już wcześniej, że w nią z nim wyruszę. Zdania nie zmieniłam ani wtedy, ani później.

Pierwszy marca powitał deszczem i szarugą. Klasycznie. Obudził mnie telefon od ojca, który zadzwonił z życzeniami urodzinowymi, taką miał tradycję, że zawsze chciał być pierwszy. Pożyczył mi zdrowia i szczęścia, twierdząc, że pieniądze już mam i więcej mi nie trzeba. Zapytał, kiedy mnie zobaczy, a ja zgodnie z prawdą powiedziałam mu, że nie wiem. Kiedy się rozłączyliśmy, była piąta trzydzieści rano i choć usilnie próbowałam, nie udało mi się już zasnąć.

Zrobiłam sobie kawę, wlałam ją do metalowego, termicznego kubka, zapięłam Marcinowi obrożę, na piżamę założyłam wiatrówkę i wyszliśmy na spacer.

Deszcz lał bezlitośnie, a towarzyszące mu porywy wciąż zimowego wiatru zacinały wrogo, siekając twarz i dłonie kroplami. Marcin się nie przejmował, chyba było mu to nawet w smak. Mi przeszkadzało na początku, ale po chwili się przyzwyczaiłam.

Były to pierwsze urodziny bez matki. Zawsze w tym dniu opowiadała mi o tym, jak mnie rodziła: o sali, o zgiełku i o ogromnym bólu przyćmionym znieczuleniem, które dostała tylko dlatego, że znała ordynatora oddziału. Opowiadała o tym, jaka byłam brzydka i spuchnięta zaraz po urodzeniu i po trzech dniach magicznie zmieniłam się w najpiękniejszą dzidzię, jaką widziała. Lubiłam słuchać tej historii – była jedną z nielicznych i chyba jedyną miłą, które matka kiedykolwiek opowiadała. Brakowało mi jej, bo z jakiegoś powodu wydawało mi się, że ten dzień był naszym wspólnym świętem. Wypchnęła mnie na ten świat, świat, w którym wciąż wschodziło dla mnie słońce, ale dla niej już nie. Świat, w którym już nic nie było dla nas wspólne, bo nawet wspomnienia stały się tylko moje. Było mi smutno.

Kawa w metalowym kubku się skończyła, ale ponieważ i tak byliśmy już całkiem przemoczeni, postanowiłam zrobić jeszcze jedno kółko, w którego połowie telepałam się z zimna tak bardzo, że resztę drogi przebiegłam. Waląca w oczy ulewa rozmywała krajobraz, patrzyłam pod nogi i widziałam małe strumyki pędzące wprost do kanalizacyjnych studzienek. Zdyszana i przemarznięta dobiegłam do drzwi. Marcin wytrzepał się na klatce schodowej. Błoto, woda i sierść przykleiły się do malowanych błyszczącą farbą ścian. Ja wytrzepać się nie mogłam, ewolucja zabrała mi tę umiejętność.

Weszliśmy do mieszkania. Cała ociekająca deszczem, najpierw wytarłam Marcinowi brzuch i łapy, a później z trudem zdjęłam nasiąknięte wodą, przywarte do ciała ubranie i wskoczyłam prosto pod gorący prysznic. Wygrzewałam się pod strumieniem wody o temperaturze dochodzącej do granic mojej wytrzymałości. W pewnym momencie skóra na udach zrobiła się czerwona – uznałam to za znak, że trzeba wychodzić.

Owinęłam się ręcznikiem i wskoczyłam z powrotem do łóżka, była dopiero szósta trzydzieści.

Świat albo dopiero się budził, albo jeszcze spał. Byłam o krok przed nimi wszystkimi, co oznaczało chwilę świętego spokoju. Leżałam zupełnie sama i zauważyłam, że coś się zmieniło – że samotność przestała mi się podobać. Czyżbym w dniu moich trzydziestych pierwszych urodzin się zestarzała? Brakowało mi obok drugiego człowieka, który odezwałby się miłym słowem, przytulił i może nawet przyniósł do łóżka kolejną kawę, najlepiej do kompletu z lepką od lukru jagodzianką.

Przesiedziałam w łóżku z kawą kolejną godzinę, po której znudziło mi się dalsze mitrężenie i wzięłam się do roboty. Pracowałam, kiedy chciałam, więc wcześniejszy początek dnia oznaczał dla mnie szybszy jego koniec, a praca w niedzielę – wolny poniedziałek. Marika miała być na dworcu o czternastej, wykorzystałam więc okazję, by dopiąć przed tym wiszące nade mną deadline’y. Dziesięć minut przed planowanym przyjazdem pociągu zapisałam pliki, trzasnęłam laptopem i jak z procy wystrzeliłam na dworzec.

Na peronie czekałam na spóźniony pociąg jeszcze pięć minut. Zobaczyłam ją – wyszła z wagonu w eleganckich botkach, płaszczu i ekstrawaganckim, fioletowym kapeluszu, ciągnąc idiotyczną walizkę z Disneyowskimi postaciami. Podbiegłam do niej.

– Wyglądasz jak chora psychicznie, wiesz? – Przytuliłam ją do siebie, przytrzymując kapelusz, by nie spadł z jej głowy.

– Wiem, ale jestem za stara, żeby się takimi rzeczami przejmować. Ty teraz już zresztą też! Sto lat, kobieto w średnim wieku!

– Jakim średnim wieku? Mam dopiero…

– Wiem, ile masz – przerwała mi. – Mamy tyle samo.

– To najlepiej powinnaś wiedzieć, że żaden to średni wiek.

– Dla mnie jest średni, jestem rozwódką z dwójką dzieci i noszę wielkie sadło, które prawdopodobnie pozostanie już jedyną stałą w moim życiu – zaśmiała się bezradośnie. – Ale masz rację, tobie jeszcze daleko do wieku średniego. Moja młoda, piękna i wstrętna przyjaciółko! – Marika uścisnęła mnie i pocałowała mocno w usta.

– Dlaczego wstrętna?

– Bo młoda i piękna brzmi pretensjonalnie, nie sądzisz?

– Chyba nie tylko wyglądasz na chorą psychicznie… Chodź, ty moja pani w średnim wieku, idziemy z tego śmierdzącego peronu!

Planowałyśmy odwiedzić Maxa w szpitalu, ale głód nie dawał żyć, więc najpierw zahaczyłyśmy o Manekina. Najadłyśmy się jak głupie. Wybór naleśników był tak duży, że nie mogłyśmy poprzestać na jednym. Moje serce zdecydowanie podbił ten z nutellą i bananami, toteż postanowiłam wziąć jeszcze jednego na wynos.

Najedzone i szczęśliwe ruszyłyśmy na Zaspę, a za nami ciągnęła się dziecięca walizka. Deszcz miał znów lunąć, ale zmienił zdanie.

W korytarzu znów słychać było gromki śmiech Waldka, iście nieprofesorski. Kiedy stanęłyśmy w progu, cała trójka zamarła, coś do siebie szepnęli, a później znów się zachowywali, jak gdyby nigdy nic. Marika wyszła na chwilę, twierdząc, że za potrzebą, ale ja wiedziałam, że to nieprawda, bo zabrała ze sobą walizkę. Marek zadawał mi pytania tak sztuczne, że zastanawiałam się, jak to możliwe, że przez tyle lat życia nie opanował sztuki kłamania nawet do minimum. Max patrzył na mnie oczami pełnymi miłości, kiedy ze zmarszczonym czołem obserwowałam całe to, dość niestety amatorskie, przedstawienie. Po chwili do pokoju weszła z powrotem Marika, trzymając otwarty, biały kartonik z pięcioma napoleonkami i wbitymi w nie kilkoma świeczkami, z pewnością nie trzydziestoma i jedną. Jak na trzy cztery, zaczęli śpiewać mi sto lat. Czułam, jak twarz zaszła mi czerwienią, a oni to na pewno widzieli. Byłam zawstydzona, ale ku memu zaskoczeniu, wcale nie było to niemiłe uczucie.

– Pomyśl życzenie – powiedziała Marika. – tylko nie na głos, bo się nie spełni!

Myślałam długo, gapiąc się w podłogę, jakby naprawdę to życzenie miało się spełnić. Sformułowałam je w myśli dobrze, tak żeby fatum nie miało żadnych wątpliwości co do intencji, a potem mocno zdmuchnęłam świeczki. Wyobraziłam sobie, że ciemny dymek to ulatujące w eter życzenie znajdujące drogę ku spełnieniu.

– To twoje ulubione napoleonki, prosto od Bliklego! –oznajmił radośnie Max.

– Dziękuję, ale skąd wiedziałeś, że dziś są moje urodziny? – nieśmiało spytałam, wciąż rumiana i zawstydzona.

– Jak mógłbym nie wiedzieć? – zdziwił się.

– Bo nigdy ci nie mówiłam? – zasugerowałam oczywistą dla mnie odpowiedź.

– Nie musiałaś, są inne sposoby. Sprawdziłem w twoim paszporcie, data łatwa do zapamiętania.

– Rzeczywiście, to w końcu Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych – odezwał się Waldek.

– O tym akurat nie miałem pojęcia – przyznał Max. – Pierwszy marca po prostu łatwo zapamiętać.

– Nietrudno… – przytaknęłam. – Nie wiem, co mam powiedzieć, poza tym, że wam bardzo dziękuję. Za warszawskie napoleonki – zawiesiłam głos, spoglądając na Marikę – i za pięknie odśpiewane sto lat.

– Mam dla ciebie coś jeszcze, podejdź proszę. Wstałbym, ale nie mogę. – Max mrugnął okiem i poklepał skrawek łóżka, sugerując, bym na nim usiadła.

Przycupnęłam na krawędzi. Wyjął spod poduszki podłużne pudełko, zawinięte fioletową, atłasową wstążką, po czym wręczył mi je do rąk. Rozwiązałam idealną kokardę i delikatnym ruchem otworzyłam wieczko. W środku była bransoletka, w jednej połowie zrobiona z naturalnych pereł, a w drugiej – z odlanych na kształt tychże pereł koralików ze szczerego złota. Zapięcie na kółko z bolcem sprawiało, że była jeszcze bardziej niezwykła. Nigdy w życiu podobnej nie widziałam.

– Jest… przepiękna, dziękuję – wydukałam, rumieniąc się jeszcze bardziej.

– Ależ nie ma za co! Podoba ci się?

– Oczywiście, że mi się podoba… w życiu nie wymyśliłabym ładniejszej.

– Sam ją zaprojektowałem, wiesz? Nikt inny na świecie takiej nie ma! – powiedział z dumą.

– Jest cudowna, taka wakacyjna.

– Taki był właśnie plan! Perły to morze, a złoto jest słońcem. W końcu to dla mojej wakacyjnej dziewczyny. – Zabłysnął zębami w uśmiechu. – To biżuteria typu effortless.

– Czyżby? Na moje oko, wcale niemało „effortu” ktoś w to  włożył.

– Ha ha, to prawda! Nazywają to chyba tak dlatego, że wykończenie jest surowe i nieregularne, trochę niechlujne.

– Nie jestem na bieżąco z trendami, ale to chyba teraz bardzo na czasie, Piotrek kupił Klarze pierścionek zaręczynowy w podobnym stylu.

– Oświadczył się jej?

– Nie, jeszcze nie i absolutnie nie możecie puścić pary z ust! – powiedziałam twardo, taksując wzrokiem Marikę i Maxa.

– Nic nie powiemy, spokojnie – roześmiała się Marika.

– Wracając do bransoletki, jest piękna i dzika. – Podziwiałam świecidełko.

– Jak ty! – przyciągnął mnie do siebie i mocno pocałował, wbijając w moje wargi stabilizujące druty, które wciąż miał na zębach. – Daj, założę ci ją na rękę.

Spiął niezgrabnymi łapami przepiękne zapięcie. Bransoletka idealnie leżała na przegubie nadgarstka, swobodnie opadając na jego niewytatuowaną część i perfekcyjnie się w nią wkomponowując, rzeczywiście przypominając o słońcu i morzu.

Zostawiłam Maxowi naleśnika z nutellą i bananami, ucałowałam go mocno i oznajmiłam, że na nas czas, a on na tę wieść odetchnął z ulgą, bo jazgotliwy głos Mariki wyraźnie go zmęczył.

Na świętowania ciąg dalszy wybrałyśmy gdańską starówkę, śmieszna walizka ciągnęła się za nami, podskakując niezgrabnie na bruku.

Krążąc jak głupie, od baru do baru, natknęłyśmy się w końcu na Tiki Jungle, gdzie szybko weszłyśmy i zostałyśmy  do późnej nocy.

Zaczęłyśmy od niepozornych, tropikalnych drinków serwowanych w kubkach będących miniaturami hawajskich tiki. Dały nam po łbie równo, ale z nóg nie zwaliły – bełkotałyśmy tylko lekko w wirującym świecie. Wieczór był młody, drinki smaczne, a lokal przytulny. Wcale nie miałyśmy ochoty, żeby ten wieczór się kończył, dlatego zwolniłyśmy tempo i na kolejną rundę zamówiłyśmy dwie szklanki wody.

– Mała przerwa od tych mózgojebów się przyda – wygłosiła Marika.

– Tak. Żarcie też by się jakieś przydało – zauważyłam.

– Zaraz zamówimy.

– No dobra. – Położyłam obie ręce na stole i spojrzałam na Marikę z powagą. – Koniec tego unikania tematu. Mów, co z tobą, jak się trzymasz.

– Są twoje urodziny, nie będziemy rozmawiać o mnie.

– Są moje urodziny i ja wybieram temat rozmowy. Mów.

– Co chcesz usłyszeć?

– Może zacznijmy od twojego stanu psychicznego. Nie teraz, na co dzień.

– Czuję się chujowo. Jak nic nie warte gówno. I ciągle się zastanawiam, czego mi brakuje. Dlaczego wybrał tamtą babę, a nie mnie? Dlaczego skreślił naszą rodzinę?

– Bo nie ma zbyt ostrego umysłu, ot co. To nie tobie coś dolega. Wiesz przecież, że to, co zrobił, nic nie ma wspólnego z tobą. Taki jest, nie utrzyma się w jednej budzie na dłużej, taki burek, powsinoga. Prawdopodobnie tę babę za kilka lat to samo spotka, głupia jest, jak się jej wydaje, że może być inaczej.

– A co, jeśli się okaże, że z nią właśnie będzie mu cudownie? Przecież wtedy szlag mnie trafi! – zdenerwowała się.

– Nie myśl o nim ani o niej. Myśl o sobie. Ty nic złego nie zrobiłaś i najlepsze przed tobą!

– Mam przeczucie, że niestety właśnie za mną… Minęło.

– Nic nie minęło. Życie się dopiero zaczyna! – zaoponowałam.

– Karolina, ja mam dwójkę dzieci, u mnie już nic się nie zacznie przez najbliższe dwadzieścia lat.

– Bzdura. To wszystko kwestia perspektywy, a ty ewidentnie źle na to patrzysz. Wszyscy wokół się rozwodzą, Tinder aż płonie od fajnych egzemplarzy z drugiej ręki. Nos do góry!

– Nawet jeśli, to nikt nie będzie chciał takiej tłustej baby. – Marika złapała się ze złością za swój, rzeczywiście całkiem pokaźny, brzuch. – Sagan pierdolony, jedyne, co udało mi się w życiu „wypracować”.

– Przestań tak mówić, naprawdę. Ten sagan dał ci dwójkę ukochanych dzieci, szacunku trochę, bo cię strzelę. – Dopiłam wodę do końca. – Tak ci wadzi ten sagan? Czemu go nie zrzucisz? To tylko ciało, możesz z nim zrobić, co chcesz. Wystarczy zapanować nad papą i nie żreć tyle.

– Nad papą to może nawet i bym mogła zapanować, ale wszyscy każą ćwiczyć, a ja sportu nienawidzę.

– Wszyscy pierdolą – podsumowałam, rozsiadając się po ważniacku. – Ćwiczenia cię wzmocnią i poprawią definicję mięśniową, ale to niewpierdalanie sprawi, że schudniesz. Nie ma czarów, trzeba żreć mniej, ot cała magia.

– To trudne – wyjąkała z żałosnym wyrazem twarzy.

– A co ty myślałaś? Łatwo jest się tylko roztyć.

– Ty jakoś nie tyjesz, a żresz tylko pizzę i napoleonki.

– Żrę, to prawda, ale żrę mało. Możesz to nazwać kontrolowanym wpierdalaniem. Tyje się od kalorii, a one są w każdym żarciu, również tym zdrowym. Gar ohydnej owsianki na wodzie upasie cię równie dobrze, co placek pizzy.

– Tak gadasz, a przecież sama ćwiczysz!

– Gówno, a nie ćwiczę. W lecie sobie popływałam na desce i tyle z mojego wysiłku fizycznego. Mówię ci, schudniesz tylko ograniczając żarcie. – Złapałam ją za rękę. – Ja ci w tym pomogę! Przez najbliższe dni będziemy wspólnie jeść mniej! Zaczniemy od jutra!

– Dobra… spróbujmy – odpowiedziała bez przekonania.

– No, to jeden problem z głowy. Co jeszcze?

– Wkurwia mnie, że ta zdzira spędza czas z moimi dziećmi. Obca baba kąpie, ubiera i karmi moje dzieci! I wiem, że gadam bez sensu, bo przecież powinno mi zależeć, żeby miały z nią dobrą relację, ale nie umiem się tych myśli pozbyć. Nie umiem. Na myśl o tym, że mają zapasową matkę chce mi się rzygać.

– Trudny temat. – Oparłam brodę o pięść. – Wcale ci się nie dziwię, też bym się tak czuła, ale myślę, że jest szansa, że to się zmieni.

– Niby jak?

– Myślę, że jak sama kogoś sobie znajdziesz, to będzie ci łatwiej. Będziesz miała poczucie sprawiedliwości, że i ty masz tego „obcego dziada” czy zapasowego ojca, co gra z dziećmi w piłkę i nosi je na barana. A do tego czasu bądź po prostu najlepszą mamą, jaką potrafisz, bo matka jest tylko jedna i żadna, nawet najlepsza, macocha jej nie zastąpi. A dobrej matki, to już w ogóle!

– Powinnam sobie kogoś znaleźć… naprawdę. Wszystkim by to wyszło na dobre – westchnęła, przewracając oczami.

– Powinnaś, ale najpierw odnajdź siebie. Tę siebie, której szukasz.

– Odchudzoną i uśmiechniętą.

– Ty sama najlepiej wiesz, jaką. A potem, jak już ją znajdziesz, to dobierzesz dla niej odpowiedniego partnera – odparłam, jakby to było najprostsza rzecz na świecie.

– Z drugiej ręki. – Marika pokiwała głową.

– Z drugiej, z pierwszej, bez znaczenia.

– Ma znaczenie. Będzie z drugiej. Chcę, żeby było symetrycznie, w sensie sprawiedliwie.

– Wiem, w jakim sensie – parsknęłam z wyrzutem. – Zapomniałaś, z kim rozmawiasz? Przecież to nasze wspólne powiedzenie!

– A wiesz, że przez chwilę zapomniałam? To chyba starość.

Przerwałyśmy rozmowę, żeby zamówić rakietę przystawek i kolejne drinki – tym razem kompletnie inne, o nazwach tak dziwacznych, że nie umiałyśmy ich nawet wymówić. Zapiałyśmy z zachwytu, kiedy barman je nam przyniósł. Cieszyły oko, w smaku jednak mocno ustępowały tym poprzednim, więc siłą rzeczy piłyśmy wolniej.

– A ty? – spytała z grymasem niesmaku. – Jak ty?

– Ostatnio mam taki problem, że jak nie położę się spać przed dwudziestą trzecią, to napadają mnie takie złe wizje, mówię ci… aż strach. Jedynym na nie remedium jest ucieczka w dobre wspomnienia czy plany na przyszłość. Nie jest łatwo przekierować te myślowe trajektorie, ale forsuję to i siłą jakoś się udaje.

– Wcale się nie dziwię. Ostatnie miesiące dały ci popalić. Te przedsenne paranoje sama miewam i zwykle kończą się nieprzespaną nocą. Dobrze, że chociaż ty masz na nie lekarstwo.

– Dobrze, niedobrze – odetchnęłam ciężko. – Bo wiesz, to nie całkiem lekarstwo, to bardziej taki no… plaster. Problemu nie rozwiązuje. Jak matka umarła, to dałam dyla od żałoby z Warszawy do Trójmiasta; tęsknotę za Maxem leczyłam Borysem; byle jaka afera ze starymi, a ja już skręcałam blanta. Ucieczka to nie tylko sposób na nocne napływy złych myśli, to mój sposób na życie. – Napiłam się cierpkiej mieszanki. – Jak byłyśmy małe, to uciekałyśmy od strachów, pamiętasz?

– Pamiętam. Wyobrażałyśmy sobie miłe rzeczy i rajskie wyspy. A jak podrosłyśmy, to zaczęłyśmy te strachy mglić alkoholem i jointami – snuła wspomnienia i krzywiła się, popijając koktajl. – Sama nie wiem, co gorsze.

– Zbyt bujna wyobraźnia, tak samo jak używki, może doprowadzić do szaleństwa – odparłam i zanurzyłam w majonezowym sosie pieczonego ziemniaka. – Już mi się to uciekanie znudziło, chcę w spokoju odnaleźć się w dyskomforcie, nauczyć się go. Wmówiłam sobie, że za wszelką cenę muszę być zawsze szczęśliwa, zawsze na górze. A przecież życie tak nie działa. Przecież te doły są równie ważną częścią sinusoidy życia. A ja, próbując wszystko wyrównać do góry, tworzę jakąś prostą kreskę, a wiadomo co prosta kreska w kardiogramie oznacza…

– Prostej kreski za nic nie chcemy! Po nocy musi przyjść dzień, a po burzy: spokój. Trochę jednak to słaba perspektywa, że smutku musi być po równo z radością.

– A no nie do końca, w prawidłowym kardiogramie przecież krzywa dominuje powyżej. – Wzniosłam w górę kubek w kształcie małpy. – Za nasze kardiogramy, żeby zawsze były prawidłowe.

– Za kardiogramy, żeby radości było zawsze dwa razy więcej niż smutku. – Marika poderwała od stołu siebie i swoją małpę. – Ale poczekaj, my tu toasty, a ja jednego nie rozumiem. Co się stało, że tak nagle postanowiłaś zmienić podejście do wszystkiego? Bo chyba sobie tego od tak nie wymyśliłaś?

– Ano było tak, że kilka dni temu nowa dziewczyna Borysa uderzyła mnie z plaskacza w pysk. W odpowiedzi przywaliłam jej dwa razy mocniej. Było to może i prymitywne, ale i bardzo oczyszczające.

– Historia ciekawa, chętnie usłyszę więcej, ale nie rozumiem, jak się ma do tematu. – dociekała, unosząc brew.

– Ano tak, że zamiast wejść za zasłonę strachu przed konfrontacją i nazwać to elegancko wznoszeniem się „ponad to” czy na „kulturalne wyżyny”, przełamałam się i dałam jej w ryj, rozwiązując w ten sposób problem od ręki.

– Dosłownie… czyli teraz zamierzasz nokautować z marszu wszystko, co stanie ci na drodze? – sparafrazowała moje słowa z lekkim sarkazmem w głosie.

– Nie wszystko. Tylko lęki i wściekłe laski. I też nie zawsze z marszu, czasem się nie da i niektóre grubsze sprawy wymagają czasu. Ale tak. Niczemu, co we mnie uderzy, nie pozwolę się tak po prostu odbić – tłumaczyłam poważnie.

– Dobry plan, brzmi… sama nie wiem jak, ale dobrze. – Marika wypiła duszkiem alkoholowe świństewko do dna, krzywiąc się przy tym strasznie. – Czyli widzisz, może koniec końców jednak kryzys wieku średniego dotknął i ciebie? Poważne postanowienia, egzystencjonalne refleksje…

– Może i tak? W końcu pojawiły się pierwsze siwe włosy – odrzekałam, wcale nie żartem. – I zrozumiałam, że jestem śmiertelna.

– A to widzisz, do mnie to wciąż nie dociera.

– Wiem. Dotrze dopiero, jak umrze twoja matka. – Dopiłam i ja.

Pod koniec siedziałyśmy w barze już całkiem same. Na odchodne zamówiłyśmy te same drinki, od których zaczęłyśmy wieczór – były tak dobre, że chciałyśmy do nich wrócić. Znów trzymając w rękach kubki na kształt hawajskich tiki i pijąc z nich pyszne koktajle – rozmawiałyśmy o życiu i jego końcu. Po gardle spływał nam słodki, różowy mix alkoholi, a po policzkach bezkolorowy i słony mix uczuć i emocji.

Barman zmywał blat i wkładał do zmywarki ostatnie naczynia, co i rusz zerkając na nas wymownie. W końcu usłuchałyśmy jego niewerbalnego przekazu, otarłyśmy łzy, ubrałyśmy się i wyszłyśmy, zostawiając stuprocentowy napiwek – tak żeby wynagrodzić mu zbyt długi dzień pracy.

Z rozładowanymi telefonami krążyłyśmy niedzielną nocą w poszukiwaniu transportu, ciągnąc za sobą po bruku śmieszną walizkę na kółkach, których dźwięk rozchodził się nieprzyjemnym echem po całej starówce.

W końcu udało nam się złapać taksówkę. Biały mercedes klasy E, zwany nie przypadkiem „okularnikiem”, był brzydki jak kupa, a jego kierowca – przeraźliwe chudy, śmierdzący papierosami typ z czarnym wąsem – okazał się jeszcze brzydszy. Rzucił nam nieuczciwą i wygórowaną stawkę, bo mógł. A my na nią przystałyśmy, bo nie było wyjścia. Nic nowego, zwykły porządek świata. Gdy nie ma wyboru, wkraczają oni – cali na biało. Skurwysyni, którzy rżną nas tak w niedzielną noc, jak i w biały dzień, właśnie dlatego, że im wolno. Potem z uśmiechem oznajmiają, że rżnięcie za przyzwoleniem to nie gwałt i dziękują za owocną współpracę.

I tak orżnięte, ale niezgwałcone, dotarłyśmy białym okularnikiem na miejsce. Lekko chwiejnym krokiem wzięłyśmy jeszcze Marcina na spacer. Szłyśmy naokoło bloku z zadartymi głowami, trzymając się za ręce. Niebo było czyste, cieszyło widokiem gwiazd.

Kryzys wieku średniego – moment, owiany tajemnicą. Jedni mówią, że zaczyna się po czterdziestce, inni, że jeszcze przed. A ja myślę, że jest z nim jak z dojrzewaniem czy menopauzą – każdego dopada we własnym czasie.

Trudno było nie zauważyć, jak dynamicznie zaczęłam się zmieniać. Pomieszały się wartości, zamieniły – rzec by można – miejscami, a przestrzeń na pierdolenie się w tańcu i pokorne przyjmowanie policzków, czy od Asi Ochockiej, czy od życia, zawęziła do zera. Całkiem był mi w smak ten mój kryzys wieku średniego czy cokolwiek to było.

Wyzbyłam się wstydu, splunęłam w twarz strachom i zaczęłam hurtem spełniać wszystkie swoje marzenia. Nazwa kryzys też mi tu nie pasuje, dla mnie to bardziej renesans wieku średniego – świadoma i dojrzała egzekucja życia.

Zamknęła się w łazience, żeby nie obudzić mnie rozmową, ale to niestety nie zadziałało – przez papierowe ściany dokładnie słychać było nawet odgłos sikania, do tłumienia ludzkiego głosu nie nadawały się  więc wcale. Wstałam, trochę niewyspana, ale w dobrym nastroju i bez kaca.

Zaczęłam robić kawę i podsłuchiwałam rozmowę. Słyszałam słowa, ale nie znajdowałam w nich sensu. Po kilku minutach wyszła.

– Masz tu jakieś wiadomości? – spytała.

– W sensie telewizyjne?

– Tak.

– Nie, nie ma ani kablówki, ani anteny, ale zawsze jest internet… takie coś, wiesz, nie dla starych ludzi – zażartowałam – A co się dzieje?

– Matka zadzwoniła cała w nerwach, że jakaś pandemia się zaczęła i zaraz dotrze też do Polski.

– Pande… co?

– Pandemia. Taka epidemia, ale na skalę światową. Podobno w Chinach ktoś zeżarł zakażonego nietoperza.

– Podobno. Nie będę komentować. – Uniosłam brwi. – I co w związku z tą nietoperzą pandemią, czym się objawia, piana toczy się z pyska, czy jak?

– A skąd ja mam wiedzieć? Chyba piana się z pyska nie toczy… – Marika spojrzała na mnie podejrzliwie. – Czy ty jaja sobie ze mnie robisz?

– Skąd ten pomysł? Jak mogłabym robić sobie jaja z nietoperzej pandemii! – odpowiedziałam udawanym, poważnym głosem, przewracając oczami. Miałam przy tym nadzieję, że moja przyjaciółka również słyszy niedorzeczność tego, co mówi.

– Tak myślałam – odparła i pokiwała głową z pożałowaniem. – Matka twierdzi, że zaraz to będzie w Polsce. Kazała mi kupić maskę i rękawiczki i wracać do domu.

– Matka każe, to trzeba robić – rzuciłam z przekąsem.

– Sama wiesz, że to nie takie proste… przecież jest z moimi dziećmi, nie mogę jej tak po prostu powiedzieć, żeby nie histeryzowała.

– Wiem, wiem. Przepraszam. Po prostu myślałam, że spędzimy razem trochę więcej czasu.

– Ja też tak myślałam, ale nic nie poradzę – westchnęła w smutko-złości, marszcząc usta tak, że wyglądały jak odbyt. – Innym razem.

– Tylko niech ten inny raz nadejdzie. Brakuje mi ciebie i nie chcę się obudzić z ręką w nocniku, jak już będziemy stare, z żalem, że spędziłam za mało czasu z moją najlepszą przyjaciółką.

– Ja też tego nie chcę i obiecuję ci, że coś na to zaradzimy.

– Ale dziś musisz wracać – dokończyłam za nią.

– Ale dziś muszę wracać – potwierdziła, po czym złapała moje poliki i ucałowała czoło. – Ale zanim wyjadę, chodźmy na śniadanie.

– Pamiętaj, że od dziś żresz połowę.

– Pamiętam.

Na ręku lśniła mi perłowo-złota bransoletka, pasująca do absolutnie każdej kreacji. Założyłam legginsy, całkiem za dużą bluzę i Martensy do pół łydki. Marika miała swoje eleganckie botki, długą spódnicę, płaszcz i ten ekstrawagancki kapelusz. Gdy szłyśmy między blokami, z tą jej śmieszną walizką, musiałyśmy wyglądać jak dwie zagubione wariatki.

Na śniadanie znów zjadłyśmy naleśniki. Później odwiozłam ją na dworzec, z którego pojechałam prosto do szpitala. Na oddziale wszystko funkcjonowało jak zwykle, nikt nie zdawał się nawet słyszeć o jakiejkolwiek pandemii.

Weszłam do pokoju, Marek i Waldek spali, Max czytał czasopismo Detektyw, które odrzucił na bok, jak tylko mnie zobaczył.

– Jesteś! Chodź tu, szybko – powiedział szeptem, rzucając okiem na śpiących współlokatorów. – Chcę z tobą porozmawiać bez świadków.

– Też chcę cię o coś spytać…

– To pytaj, tylko szybko!

– Jak zamówiłeś tę bransoletkę? Jubiler przyszedł tu do ciebie?

– Coś ty. Zamówiłem ją jeszcze przed wypadkiem, nie masz pojęcia, ile się czeka na personalizowaną biżuterię… – Zamilkł na chwilę. – Chciałem, żeby była gotowa przed urodzinami, a o odbiór z zakładu poprosiłem żonę Marka.

– Jaka kochana, muszę jej sama podziękować, i oczywiście dziękuję tobie. Jest piękna. – Spojrzałam raz jeszcze na mieniące się na nadgarstku cudo.

– Będzie pasowała.

– Do czego?

– Poczekaj –zmienił temat twardym głosem – wracając do żony Marka.

– Co z nią?

– Nie, poczekaj, bo zaczynam ze złej strony. Kurwa, stresuję się. – Max zacisnął zęby w złości.

– Ej, wyluzuj. Wdech i wydech, i mów. To przecież ja. Kogo jak kogo, ale mnie niczym nie zaskoczysz. Co się dzieje?

– Nie wiem, od czego zacząć.

– Zacznij od środka.

– To zaczynam. Chcę się z tobą ożenić.

– A jednak umiesz mnie zaskoczyć – odparłam, mimowolnie się uśmiechając. – Można wiedzieć skąd ten pomysł?

– A co, nie podoba ci się? – wyjąkał i cały pobladł.

– Tego nie powiedziałam. Po prostu zaczęliśmy od środka, a ciekawa jestem początku.

– Ten cały wypadek… kiedy trafiłem do szpitala i musiałaś kłamać, że jesteś moją siostrą… Wiem, że poszło gładko, ale udało ci się tylko przez niedopatrzenie ze strony personelu… Wtedy zacząłem o tym myśleć. Co gdyby trzeba było podejmować jakieś decyzje? Nie mam nikogo, komu ufam bardziej niż tobie. Nie chcę, żeby ciotka decydowała o moim życiu. Jesteś mi najbliższą osobą i chciałbym mieć to na papierze, nie chcę udawać twojego brata. – Max spojrzał na mnie wymownie. – Wiem, że to wcześnie. Mieszkaliśmy wspólnie tylko chwilę i to w przyczepie kempingowej. Znamy się… zresztą co ja ci będę mówił, przecież wiesz, ile się znamy. Wiesz wszystko. I biorąc to wszystko pod uwagę, uważam, że to wspaniały pomysł. – Odchrząknął. – Oczywiście przemyślałem też sprawy, które mogą być niewygodne. Rozumiem, że możesz martwić się o swoje ziemie i cały majątek, to od tego jest intercyza…

– Nie, dziękuję. – nie pozwoliłam mu dokończyć zdania.

Zamilkł.

– Nie za propozycję małżeństwa. Za intercyzę dziękuję – poprawiłam się.

– Uff! – odetchnął. – Serce mi na chwilę stanęło. Czyli zgadzasz się?

– A jak według ciebie miałoby to wyglądać?

– Kiedyś możemy wyprawić sobie wielki ślub, ale teraz chciałbym to zrobić skromnie, po ciuchu i… jak najszybciej.

– Nie chcę wielkiego ślubu, nigdy. Nie lubię takich ceremonii, są nie w moim stylu.

– Tym lepiej… – przytaknął szybko i radośnie wyszczerzył zęby. – To co powiesz?

– Poczekaj… środek i początek mamy za sobą, a koniec?

– Koniec poznasz, jak odpowiesz.

– Nigdy nie zadałeś pytania.

– Zadałem.

– Nie. Powiedziałeś, że chcesz się ze mną ożenić. Gdzie tu jest pytanie?

– Masz rację. – Max zaczerwienił się zabawnie. – Wybacz, że nie klęknę. – Chwycił moją dłoń i przeszył swoim żółto-brązowym spojrzeniem. – Karolino Richter, czy zechciałabyś zostać moją żoną?

– Z wielką radością – odpowiedziałam uroczyście i pocałowałam go, haratając wargi o trzymające zęby w rzędzie druty. – To teraz czas na koniec.

– I tu pojawia się żona Marka, która jest urzędnikiem stanu cywilnego. Powiedziała, że może udzielić nam ślubu w szpitalu.

– Kiedy?

– Pojutrze. – Łypnął na mnie niepewnym okiem.

– W to pojutrze?

– Nie, w to za dwa miesiące – zaśmiał się. – Jest jedno pojutrze. Czwarty marca.

Zastygłam.

– Niech będzie i pojutrze – odpowiedziałam po chwili, ale wcale bez namysłu.

– Potrzebujemy tylko świadków z dowodami osobistymi.

– I chyba mojego aktu urodzenia i obrączek.

– To już załatwiłem, twój tata wysłał mi akt urodzenia Fedexem, po tym, jak zadzwoniłem do niego prosić o twoją rękę.

– Zadzwoniłeś do mojego starego prosić o moją rękę?! – Uniosłam brwi i rozwarłam usta.

– Tak mi się wydawało ortodoksyjnie. A co, źle?

– W życiu. Myślę, że był szczęśliwy. – odpowiedziałam. – A co z obrączkami?

– Twój tata powiedział, że dostaniemy po nim i po twojej mamie, oddał je już do polerowania i prostowania. A jeśli chodzi o pierścionek, to jeszcze na niego czekam, jutro powinien być do odbioru… jak wspominałem, na personalizowaną biżuterię się trochę czeka – tłumaczył. I tak miałem szczęście, gość zlitował się chyba nade mną przez to, że miałem wypadek i wrzucił zamówienie dla ciebie na początek kolejki.

– Spersonalizowałeś pierścionek ze szpitala? Jak? – spytałam zdumiona.

– Narysowałem i wysłałem mu mój pomysł, a on odesłał zrobiony w Photoshopie projekt do zatwierdzenia. Proste.

– Pokażesz mi?

– Nie, zaczekasz.

– No weź… pokaż! Przecież powiedziałam „tak”!

– Wytrzymasz. – Uśmiechnął się, szczęśliwy. – To co, kogo weźmiesz na świadka?

– Ojca wezmę. A ty?

– Mojego pojebanego kuzyna.

– Tego, co nie umie sprzątnąć gówna po psie? Kubę?

– Tak, właśnie tego.

Nigdy bym się nie spodziewała, że na prośbę o zostanie świadkiem na moim szpitalnym ślubie ojciec zareaguje tak wielką radością. Nie spodziewałabym się też, że koncepcja takiego ślubu, z prawie nieznajomym i o dziesięć lat młodszym chłopakiem, spotka się nie tylko z brakiem niechęci z jego strony, ale pełną aprobatą. Rzec można – ojciec mnie zaskoczył. Byłam szczęśliwa, że go zobaczę.

Do Gdańska przyjechał dzień wcześniej. Wspominał o matce na każdym kroku, ale w pogodny sposób – bez żalu. Mówił o tym, jak bardzo by się cieszyła. Nie zgadzałam się z nim – miałam pewność, że ten pomysł całkiem nie przypadłby jej do gustu i nazwałaby mnie, w najlepszym wypadku, nierozważną. „Antek, czy ty słyszysz co ona wymyśliła? Za mąż będzie wychodzić, za nieznajomego! I to jeszcze w tym postpeerelowskim przybytku! No zaraz oszaleję!” – słyszałam ją w głowie, jak żywą. Ojciec jednak znał Agatkę lepiej ode mnie, oddałam mu więc rację bez walki. Koniec końców, co by matka pomyślała, nie miało już najmniejszego znaczenia.

Ojciec uparł się, że musi kupić mi ślubną kreację. W sukni wyglądałabym idiotycznie, szczególnie biorąc pod uwagę odzianego w piżamę i gorset, leżącego na szpitalnym łożu pana młodego. Zgadzałam się z nim jednak, że dzień ten wymagał czegoś więcej niż jeansów i białej koszuli.

Na poszukiwania wybraliśmy się do Galerii Bałtyckiej. W pierwszym butiku, do którego weszliśmy, znalazłam dżersejową sukienkę écru, z długimi rękawami i golfem, sięgającą połowy łydki. Podobała mi się na tyle, że zaniechałam dalszych łowów. Pozostała tylko kwestia doboru butów, ale i tę rozwiązaliśmy całkiem szybko w sklepie naprzeciwko, kupując sięgające za kostkę, całkiem białe Conversy na siedmiocentymetrowej platformie.

Wszystko było gotowe. Wygodny ślub, przy którym nie trzeba się namęczyć, finansowo zrujnować i najeść stresu. Marika przy przygotowaniach i planowaniu swojego prawie wyzionęła ducha! Pamiętam dokładnie jej sińce pod oczami. Pamiętam też, jak ze swoim już eks-małżonkiem liczyli na to, że to, co goście dadzą im w kopertach, pokryje chociaż jedną trzecią kosztów, które musieli ponieść – bo o ile jedną połowę pokryli jej teściowie, o tyle na drugą zaciągnęli niemały kredyt. Na domiar złego, jakiś miesiąc przed ślubem dostała z nerwów dziwnych liszajów na skórze. Żaden dermatolog nie umiał jej pomóc. Całe szczęście tam, gdzie medycyna nie daje rady, pojawia się stary dobry make-up, a makijażystkę miała magiczkę i całe to dziadostwo jej załatała tak dokładnie, że nie było śladu. Na gołe oko widać było co prawda, że ma gębę pokrytą czymś w rodzaju gładzi szpachlowej, ale w obiektywie wyglądała jak złoto, a – jak twierdzi sama Marika – ze ślubu liczą się tylko zdjęcia. Skórne obrzydlistwa zeszły jej dopiero po podróży poślubnej, opłaconej zresztą z tego samego kredytu, którego niestety zawartość kopert pokryć nie zdołała. Cóż, goście się nie popisali.

Nie mam nic przeciwko ślubom za miliony, z pompą, chlebem i solą w progu, plastikowymi sukniami i dwuznacznymi zabawami w kółeczku. Na kilka byłam nawet zaproszona i bawiłam się całkiem nieźle, sama takiego nigdy jednak nie chciałam. Każdy lubi inaczej i robi po swojemu – jedni z parchami pod makijażem, a inni bez makijażu i bez parchów.

Nie tylko nie marzyłam o wystawnej ceremonii, ale nie czułam żadnej potrzeby obwieszczania nowiny wszem i wobec. Poinformowałam tylko Marikę, Klarę z Piotrkiem i Miguela, który natychmiast zażądał zdjęcia Maxa, a gdy je tylko dostał, falą emotek wyraził swoje uznanie. Cieszyłam się, że podoba się nie tylko mi – mój przyszły mąż, mający może sto siedemdziesiąt dwa centymetry wzrostu. Na pewno nie więcej, a możliwe, że mniej.

Klara z Piotrkiem wysłali nam nagranie z gratulacjami i życzeniami. Ostatnia z reakcją przyszła Marika.

Zadzwoniła wzruszona, jej głos drżał.

– Myślałam, że to się nigdy nie stanie! Tak się cieszę, że znalazłaś na tej ziemi kogoś na tyle zdziwaczałego, by iść z tobą przez życie – zaśmiała się złośliwie. – A tak serio, to gratuluję! Myślę, że to może być najlepszy ze wszystkich twoich pomysłów.

– To nie całkiem mój pomysł.

– Realizując go, stajesz się pełnomocną wspólniczką. Dobrze robisz.

– Wielu powiedziałoby, że to nierozważne i ryzykowne – zauważyłam.

– Ale ty nie chcesz być jak wielu, więc w dupie z tym, co by powiedzieli! A tak w ogóle, to zaraz kupuję bilet na pociąg i przyjeżdżam dziś w nocy, nie przegapię twojego ślubu!

– A co z pandemią? Twoja mama zostanie z dziećmi?

– Nic jej nie powiem, a dzieci mają ojca, niech z nimi siedzi.

– Wspaniale! Odbierzemy cię z ojcem z dworca, daj znać jak będziesz wiedziała, o której przyjedziesz.

Od śmierci matki moja relacja z ojcem zmieniła się drastycznie, a zmiana ta przebiegała nienaturalnie. Wiele mnie kosztowało, żeby przyjąć nowy porządek rzeczy, w którym ojciec przestał być tylko ojcem z tytułu, ale zaczął wcielać się w jego rolę. Nigdy wcześniej nie chodziliśmy na zakupy ani wspólne obiady, nigdy też się przede mną nie uzewnętrzniał.

Kolacja, na którą zabrał mnie dzień przed ślubem, o ile demencja jej nie wymaże, zostanie w mojej głowie do końca życia. Nie tylko dlatego, że podarował mi wtedy parę okrągłych, brylantowych kolczyków, ale z powodu naszej rozmowy.

– To co czujesz dzień przed ślubem? – zapytał, krojąc trochę przesmażonego łososia.

– Ciekawe, ale nic specjalnego. Jakieś to wszystko jest dla mnie naturalne. Inne myśli zaprzątają mi głowę.

– Jakie? Chętnie posłucham.

– Mam różne egzystencjonalne przemyślenia, chyba przechodzę jakąś przemianę.

– Nic niezwykłego, zmieniamy się każdego dnia – powiedział kojącym głosem.

– Tak, ale wcześniej to się działo na nieświadomce, a teraz wszystko widzę. – Popiłam dorsza Aperolem. – Mam trzydzieści jeden lat i nawet nie wiem, kiedy to minęło. Zaraz przeleci kolejne trzydzieści i powoli będzie czas, by się stąd zawijać. Umierać. A ja wcale nie chcę, wiesz? To życie trwa tylko chwilę i boję się, że je spieprzę.

– Chwila na tym świecie, którą losowym trafem dane jest nam przeżyć – włączył swój neoficki w ojcowskiej doktrynie, mentorski ton – jest rzeczą błahą i na tle ciągle zmieniającego się, wielkiego wszechświata nieznaczącą i śmieszną. – Odchrząknął. – W tym kontekście można by zadrwić sobie z życia, usiąść i beznamiętnie czekać, aż znów wszystko stanie się na powrót nicością. Ale, tak jak powiedziałaś: dla ciebie to życie jest całym wszechświatem; ta właśnie mała chwila, którą masz w rękach, to jest namacalne. Nie wolno tej chwili tracić, nie wolno pozwolić lękom czy lenistwu wyrwać z niej nawet małego ułamka. Mówiłem ci kiedyś, że sam zmarnowałem dużo czasu i niczego innego tak nie żałuję. Niczego. Nie wolno przegapić swojej kolejki, bo drugiej szansy nie będzie. Idź więc, moja córko, przez życie z kopyta, depcząc lęki jak karaluchy. Niech trzeszczą ci pod podeszwami ich pancerze. Idź i rób, a wtedy życia na pewno nie spieprzysz.

– A co, jeśli popełnię błąd? – spytałam, w dziwny sposób rozkoszując się jego kaznodziejsko-pouczającym tonem.

– W życiu nie ma błędów, są tylko lekcje. Tak na to patrz.

– Mówisz, że ty swój czas na realizację marzeń przespałeś. Skoro nazywasz to lekcją, to czego się z niej nauczyłeś?

– Tego, że mogę przestrzec ciebie, zanim niechcący zrobisz to samo – odparł bez dłuższego namysłu.

– A jaki z tego pożytek dla ciebie?

– Ano taki, że gdy patrzę, jak idziesz przez życie z impetem i brawurą… twoje życie cieszy mnie jak moje własne.

– Nie wierzę.

– Nie uwierzysz, dopóki sama nie będziesz miała dziecka.

– Więc nie uwierzę nigdy – odpowiedziałam gorzko.

– Nigdy nie mów nigdy. Macicy nie masz, ale jajniki tak. Zapłodnienia pozaustrojowe to nie jest czarna magia.

– W Polsce owszem.

– Świat nie ogranicza się do Polski.

– Dobra, skończmy ten temat – ucięłam.

– Kończymy. Chcesz deser?

– A pewnie, weźmy!

Czwartego marca, w dniu mojego ślubu, obudziłam się o wiele za wcześnie, a wszystko za sprawą operatorów koparki i innych maszyn, którzy postanowili rozpocząć prace o szóstej, i to nawet pomimo lejącego przez całą noc deszczu. Marika dalej chrapała, zupełnie niewzruszona, jakby uderzające w szyby krople zagłuszały dźwięk robót.

Do melodii deszczu i młota pneumatycznego czytałam internetowe poradniki przedmałżeńskie – przestrzegały przed napływami złych myśli, tych kwestionujących słuszność decyzji o zamążpójściu, i pomysłami o nagłym odwrocie. Myśli te były podobno zupełnie naturalną, ludzką reakcją na zbliżające się zmiany, do mnie nigdy jednak nie przyszły. Nie było też nerwów ani ekscytacji. I to właśnie wywołało panikę.

– Marika, ej! Wstawaj, no. – Szturchałam ją z narastającą siłą.

– Wstaję, wstaję, spokojnie. Co się dzieje? – spytała zaspana, otarła ściekającą po policzku ślinę i usiadła, odsłaniając swoje obfite piersi.

– Coś jest nie tak.

– Co jest nie tak?

– Nie stresuję się.

– To źle? – Marika uniosła brew.

– Podobno wszyscy się stresują. To normalne. Ja się nie stresuję. To znaczy, że coś jest nie tak.

– A ty znów z tymi wszystkimi. Uspokój się. Dobrze, że się nie denerwujesz. Ja się denerwowałam i zobacz, jak się to skończyło. Spokój to tylko znak, że dobrze się czujesz ze swoją decyzją, więc nie panikuj. – Zaczesała rozczochrane, jasne włosy do góry, zwinęła mocno i spięła w koczek leżącym obok długopisem. – Poproszę kawę, chociaż tyle mi się należy za to brutalne przebudzenie.

– Dostaniesz, woda się już gotuje.

– Ej, a ty pierścionek zaręczynowy dostałaś? – zmieniła temat.

– Podobno tak, ale jeszcze go nie widziałam.

– A kiedy zobaczysz?

– Stawiam, że dziś.

– Ciekawe. – zadumała się, oparła plecy o ścianę i czekała.

Przyniosłam jej do łóżka kawę, a sama poszłam się umyć. Wysuszyłam włosy, wyciągając je na szczotce, i zostawiłam rozpuszczone. Założyłam sukienkę, którą kupił mi ojciec. Ciasno zasznurowałam śnieżnobiałe, masywne trampki. Na twarz nałożyłam delikatny makijaż, a w uszy wpięłam brylantowe kolczyki, które natychmiast zrobiły użytek z chamskich halogenów i odbiły ich światło serią rozmaitych błysków. Na nadgarstku złociła i perliła mi się bransoletka. Tak miałam wyglądać w dniu swojego ślubu.

Ojciec podjechał taksówką, która czekała na dole, sam przyszedł po nas do mieszkania. Miał na sobie spodnie, koszulę i płaszcz, które kupiła mu matka. Nie żyła, a jednak dalej był przez nią ubierany.

Wziął nas obie pod rękę i powędrowaliśmy do samochodu. Z Mariką nie mogłyśmy uwierzyć, kiedy zobaczyłyśmy białego mercedesa okularnika, a w nim tego samego, chudego skurwysyna kierowcę. Spojrzałyśmy tylko po sobie i nie powiedziałyśmy ani słowa.

W taksówce śmierdziało papierosami tak samo, jak poprzednio. Z tylnego siedzenia przyjrzałam się dokładnie licznikowi starego typu, który bezlitośnie nabijał złotówki.

– Panie kierowco – spytałam grzecznie – a od kiedy to w środę o dziewiątej rano obowiązuje druga taryfa?

– Ojej, pomyliło mi się! – odpowiedział kretyńskim tonem i natychmiast przełączył urządzenie.

– Jasne, pomyłki się zdarzają, ale rozumie pan chyba, że my za tę pomyłkę płacić nie będziemy?

– No ale, pani droga, przecież przełączyłem.

– Ale wiózł mi pan ojca na drugiej taryfie całą drogę. Proszę zatrzymać licznik i zredukować kwotę.

– Ale pani droga, przecież cofnąć się nie da.

– Jak się nie da, to my podziękujemy – skwitowałam ze słodko-gorzkim uśmiechem.

– Dobrze, dobrze, pani droga, pani się nie denerwuje. Już zeruję, umówmy się, że to trzy dychy były. – Kierowca spojrzał na ojca.

– Żadne trzy dychy. Dwie – odpowiedziałam, nie dając ojcu okazji na wyrażenie zgody.

– Dwie dychy, stoi. – Machnął ręką. – To gdzie jedziemy, pani droga?

– Do szpitala na Zaspę.

– To jedziemy.

I pojechaliśmy. Akurat przestało padać i ludzie jakby odzyskali umiejętność prowadzenia pojazdów, nawet korek się trochę rozładował.

Na miejscu byliśmy w piętnaście minut. Wysadził nas tuż obok wejścia, przy wielkiej kałuży, musiałam więc zrobić spory krok, żeby nie ubrudzić w niej moich bieluśkich butów.

Byłam zadowolona, że uniemożliwiłam skurwysynowi dopuszczenia się kolejnego skurwysyństwa, mój triumf jednak nie trwał długo, bo gdy tylko ojciec zamknął za sobą drzwi, skurwysyn dał po gazie, mając zaciągnięty hamulec. Syfiaste pomyje rozbryzgujące się przy obrotach zanurzonych w kałuży kół efektownie, niczym fontanna, oblały mnie całą od stóp do głów. Nie wiem, czy z braku czasu, czy z łaski, ale kierowca odjechał, zanim cała woda z kałuży wylądowała na mnie. Nie robiło to zbytniej różnicy w efekcie końcowym. Rozłożyłam ręce i rzuciłam w niebiosa kurwą, jako że nic innego mi nie pozostało.

Sukienka ecru i białe buty zmieniły kolor na szary. Twarz ociekała mi błotnistą wodą. Spojrzałam na wciąż jeszcze falującą kałużę, widziałam w niej tęczowe, tłuste oka benzyny, pióra ptaków i pety. Chciało mi się rzygać, ale nie płakać. Brylanty dalej lśniły, odbijając słońce, którego nie było. Tak wyglądałam w dniu swojego ślubu.

Ojciec i Marika stali dłuższą chwilę jak wryci, bez słowa.

– Co za skurwiel! – wrzasnął ojciec. – Co teraz? – spytał, podając mi chusteczkę.

– Jak to co? – Starłam z twarzy pomyje. – Za piętnaście minut biorę ślub. Max może występować w piżamie, to i moja usyfiona sukienka nikogo nie zdziwi, zresztą tam sami swoi. Idziemy.

– No to idziemy.

– Wiecie, jaka z tego wszystkiego jest lekcja? – ojciec znów przyjął mentorski ton.

– No, jaka? – zaciekawiła się Marika.

– Dwie lekcje, tak naprawdę – odchrząknął. – Pierwsza, że to nie życie, ale życiowe wybory tworzą skurwysynów, a druga – że okularniki mają napęd na tył.

– Nie wiem, co nam po tej lekcji – odparła, wzruszając ramionami.

– Ja też – przytaknął ojciec.

– Co to za zgromadzenie ludowe się tu odbywa? – spytała piguła, wyraźnie zdegustowana.

– Ślub biorą, proszę pani! – oznajmił radośnie Waldek, rumiany na polikach tak, że można by pomyśleć, że pije od rana gorzałę.

– Jak żyję, czegoś podobnego nie widziałam! Poszalały te nowe pokolenia – odparła zaskakująco przyjaźnie i z grymasem przypominającym uśmiech.

– Poszalały… i tylko im tego zazdrościć – skwitował ojciec.

W całym zamieszaniu, poza Maxem, nikt nie zdawał się mnie zauważać… całe szczęście.

Żona Marka stała przy parapecie i spisywała dane świadków z ich dowodów osobistych, czegoś tam brakowało, ale obiecała, że zajmie się tym już później. Była ubrana w coś przypominającego togę sędziowską, a na szyi dyndał jej orzeł biały przewieszony przez wielki, złoty łańcuch – przypominający te, które noszą amerykańscy raperzy; aż dziwota, że kark jej się pod tym nie załamał.

Kuba miał na sobie koszulę w kratkę i idiotyczną, fioletową muchę. Stał w kącie ze splecionymi na brzuchu dłońmi, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Nasłałam na niego Marikę, wyglądającą w dżinsowej kurtce, kowbojskich kozakach i kapeluszu do kompletu nie mniej idiotycznie od niego. Max wgapiał się we mnie jak sroka w gnat. Nie wiedziałam, o co mu chodzi, więc podeszłam i wszystko szybko stało się jasne. W całym swoim popłochu, bez słowa, wsunął mi na palec pierścionek. Spojrzałam na lekko za luźny krążek z osadzonym centralnie brylantem i towarzyszącymi mu po obu stronach dwiema perłami. Złoty, o kształcie nieregularnym i niewygładzonym, w tym samym, rzemieślniczym stylu, co bransoletka – podobał mi się bardziej niż soliter z Apartu. Był piękny i wyjątkowy. Zdążyłam się tylko uśmiechnąć, ale wiem, że poza rzędem zębów śmiały mi się też oczy i to właśnie w nich widział wszystko, co miałam do powiedzenia. Zaraz potem żona Marka spytała, czy jesteśmy gotowi, dając tym pytaniem pospiesznie znać, że to ona już jest.

Stanęłam obok łóżka Maxa w swojej mokrej, obłoconej sukience i brudnych butach. Na dworze znów zaczynało padać. Słuchając treści przemówienia zaślubin, spojrzałam w stronę okna, żeby upewnić się, czy aby na parapecie nie siedzi rudogłówka, ale były tam tylko dwie, chroniące się przed deszczem wrony.

Minęła chwila, wcale niewiekopomna. Podpisaliśmy się na dokumencie, a po nas nasi świadkowie – chyba w tej kolejności. Ojciec wyjął z kieszeni marynarki dwie obrączki. Pasowały jak ulał, ale nie na te palce co trzeba.

– Zawsze możecie zmniejszyć u jubilera – zauważył ojciec.

– Po co? Na tym lepiej spełniają funkcję, będziemy pozdrawiać potencjalnych absztyfikantów i absztyfikantki zaobrączkowanym, środkowym palcem – odpowiedziałam z uśmiechem.

Zgromadzeni buchnęli śmiechem.

Na koniec daliśmy sobie buziaka, znów poharatałam sobie usta o druty na jego zębach. Piguła zrobiła nam zdjęcia telefonem, a samowyzwalacz lustrzanką, którą wcześniej ustawiłam na statywie. Po uroczystości zamówiliśmy pizzę, a Kuba pojechał po napoleonki.

– Gratulacje, państwo… Zalewscy? – zawahał się Marek.

– Ty już nie Richter? – zapiała swoim ptasim głosem Marika, nie dowierzając, że mogłabym zmienić nazwisko.

– Richter, Richter. – Mrugnęłam do niej uspokajająco. – Pani Richter i pan Zalewski.

– To takie nowoczesne podejście, trochę chce się być rodziną, a trochę nie – rzuciła piguła, niby bez ładunku, a jednak złośliwie.

– Zmiana nazwiska, czy jej brak nie mają żadnego wpływu na rodzinne więzy – zripostował ojciec, wyraźnie radosny z tego, że zostałam przy rodowym.

Piguła tylko przewróciła oczami i zaraz wyszła. Rozmowy wrzały i twarze się uśmiechały. Woda z kałuży zdążyła już całkiem wyschnąć, zostawiając po sobie tylko brzydkie plamy, urozmaicone kremem z napoleonki, której nie udało mi się schludnie zjeść. 

Chwilę później okazało się, że w jakimś mieście w jakimś szpitalu pojawił się jakiś chory na tę pandemiczną chorobę – COVID-19. Na Zaspie zawrzało, atmosfera poruszenia i niekontrolowanie szerzące się plotki zdominowały oddział. Ktoś włączył wiadomości, dopiero wtedy dotarło do mnie, co się dzieje i dlaczego mama Mariki tak schizowała. Cały świat tonął pod falą paniki, która powoli zalewała też Polskę.

Marika pojechała z moim ojcem do Warszawy, a ja poszłam na długi spacer do domu, będąc świeżo upieczoną żoną, a jednak tą samą, starą Karoliną, co choć miała męża, to dalej szła przez siebie samą wytyczoną drogą.

Byłam w połowie drogi, kiedy Max zadzwonił do mnie i powiedział, że atmosfera w szpitalu robi się coraz bardziej niepokojąca, a plotki – przerażające. Powiedzieli mu, że pacjenci na rehabilitacji będą zwalniani do domów, bo placówki szykują się na eksplozję pandemicznej bomby.

Poza szpitalem też krążyły tak zwane słuchy; o zamknięciu kraju, izolacji w domach, zawieszeniu szkolnictwa i innych cudach. Nie wiedziałam, co myśleć i komu wierzyć, przestałam więc czytać wiadomości i zaczęłam grać na komputerze w Call Of Duty.

Z każdym dniem sytuacja stawała się coraz bardziej tajemnicza i chaotyczna, a ogarnięci konfuzją ludzie – wystraszeni. Ze szpitali zaczęto wypisywać bardzo chorych ludzi tylko dlatego, że ich dolegliwości nie były związane z wirusem – wcale nie bardziej morderczym niż nowotwory czy niewydolności serca, na które cierpieli.

W kraju zapanował dziwny, zły stan. Każde kaszlnięcie w publicznym miejscu wywoływało złowrogie spojrzenia. Ludzie zaczęli się od siebie izolować fizycznie i dystansować mentalnie. Sama zaczęłam się trochę bać.

Gdy pod koniec tygodnia poszłam odwiedzić Maxa, powitał mnie dziwną miną – już kiedyś taką u niego widziałam, ale nie mogłam przypomnieć sobie kiedy. Usiadłam obok, udając, że tego nie widzę. Rozejrzał się wokół, upewniając się, że nikt na niego nie patrzy.

– Karolcia.

– No?

– Coś wymyśliłem.

– Czyli to oznacza ta mina… coś knujesz – powiedziałam bardziej do siebie, niż do niego.

– Chcesz usłyszeć czy nie? – zniecierpliwił się.

– Patrząc na twój wyraz twarzy, to sama nie wiem.

– Już ja ci mówię, że chcesz… – powiedział ciszej, taksując mnie wzrokiem.

– Mów więc. – Odetchnęłam głęboko.

– Ten mój lekarz, nie zasraniec, tylko ortopeda, powiedział mi, że ma informacje… podobno zamkną się granice i w Polsce będzie lockdown, taka, no wiesz… pełna izolacja.

– A skąd ten lekarz ma takie informacje? Kosmici mu je przekazali?

Max spojrzał na mnie zniecierpliwiony.

– Wszyscy mamy taki sam dostęp do wiadomości, z całym szacunkiem do pana doktora – ciągnęłam.

– Myślę, że dyrekcja szpitala może wiedzieć więcej niż to, co sprzedaje nam telewizja.

– Myślę, że nie… ale mów dalej, bo widzę, że nie skończyłeś.

– Powiedział mi, że pod koniec przyszłego tygodnia będzie musiał mnie wypisać.

– Przecież pod koniec przyszłego tygodnia dalej nie będziesz mógł chodzić. Jak twój genialny doktor sobie to wyobraża?

– No właśnie podobno będę już mógł, o kulach. Podobno wszystko się szybko goi – tłumaczył dalej.

– Za dużo tu „podobno”. Ktoś robił ci jakieś prześwietlenia, żeby móc to stwierdzić?

– Tak, wczoraj. Nie bądź niemiła.

– Nie jestem. I cieszę się, że się ładnie goi. Mów dalej. – Zagryzłam zęby.

– Podobno… bez podobno. Pod koniec tygodnia zacznę chodzić i siedzieć.

– Wspaniałe wieści! Odbiorę cię toyotą, oddałam ją do warsztatu i powinna być gotowa w połowie następnego tygodnia.

– O to właśnie chciałem cię prosić. Odbierzesz mnie stąd i ruszymy prosto do Aten – dokończył swoją myśl.

– Ha ha, dobre. Masz jeszcze inne ciekawe pomysły? – zadrwiłam.

– Tak. Żebyś poszła z Marcinem do weterynarza i sprawdziła, czy nie musi mieć dodatkowych szczepień poza wścieklizną – odpowiedział śmiertelnie poważnie.

– Czy ty sobie żartujesz? Prosto ze szpitala, chcesz wsiąść w samochód i ruszyć w tygodniową podróż z psem?

– Damy radę w trzy dni, a może nawet dwa. Położymy tylne rzędy w samochodzie i rozłożymy dmuchany materac, żebym mógł się położyć w razie czego. Twoje auto jest wielkie, możemy w nim nawet spać.

– Rozumiem, że marzą ci się wakacje, ale czy pomyślałeś, co będzie, jak złapie nas policja z takim tobą wylegującym się bez pasów?

– Dostaniemy mandat, wielkie mi co. Poza tym nikt nas nie złapie, będziesz jechała ostrożnie i przepisowo.

– Dobrze, a co jak już do tych Aten dojedziemy? Ile chcesz tam siedzieć?

– Wsiądziemy na prom, który przetransportuje nas i samochód na Rodos i będziemy siedzieć tam tak długo, aż cała sytuacja się nie uspokoi.

– A co z rehabilitacją, twoimi studiami?

– Instrukcje do rehabilitacji wyślą mi chyba na maila i będziesz musiała mi pomagać ty, ale tego jeszcze nie wiem. Co do studiów, podobno zajęcia będą odwołane, zresztą w tym stanie i tak nie mógłbym chodzić na uczelnię.

– A co, jeśli „podobno” okaże się bzdurą?

– Wtedy będziemy myśleć.

– Słuchaj, ten plan brzmi naprawdę fajnie, ale może poczekamy trochę, aż zaczniesz lepiej chodzić i będziesz mógł normalnie siedzieć?

– Nie możemy.

– A to dlaczego?

– Bo podobno zamkną granice.

– Wiesz, że znów wszedłeś na kanał „podobno”?

– A co mam poradzić, że taka nastała era? Nic nie wiadomo na pewno, można tylko gdybać i liczyć, że się trafi.

Nie odpowiedziałam.

– To będzie taka nasza podróż poślubna. Już ustaliłem trasę, pójdziemy przez Bratysławę – oznajmił krótko.

– Czemu tamtędy?

– Bo tam ładnie, a ładne widoki umilają drogę.

Udostępnij felieton na:

Related Posts

Przypływy i odpływy 2

Rozdział 4 MAŁA ŚMIERĆ Postanowiłam zmierzyć się z ignorowaną przez ostatnie dni rzeczywistością. Czekały na mnie milion nieodczytanych SMS-ów i

Read More

Join Our Newsletter

Scroll to Top
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

Ściśle niezbędne ciasteczka

Niezbędne ciasteczka powinny być zawsze włączone, abyśmy mogli zapisać twoje preferencje dotyczące ustawień ciasteczek.